Wszystkie recenzje, inne teksty, zdjęcia stosików i zdjęcia książek zamieszczone na blogu Siostry W Bibliotece są naszą własnością i nie zgadzamy się na ich kopiowanie bez naszej wiedzy i zgody.
(Na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

niedziela, 9 kwietnia 2017

radio silence / alice oseman

Radio Silence / Alice Oseman / Harper Collins Children's Books / 25 lutego 2016 / zobacz okładkę

Jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna, przepiękna choć smutna i momentami naprawdę tragiczna historia. Przedstawiam wam Radio Silence autorstwa Alice Oseman, coś niesamowitego, co zapamiętam na bardzo długi czas i na pewno nie raz, nie dwa będę wracać. 

Niektóre książki kocha się za niesamowitą historię, inne za wspaniałych i autentycznych bohaterów, jeszcze inne podobają się ludziom tylko dlatego, że mają piękną okładkę. Są też powieści ze specyficznym klimatem, którego nie sposób doprecyzować, opisać w kilku słowach, trzeba po prostu samemu przeczytać daną powieść, żeby zrozumieć, co autor lub osoba polecająca miała na myśli. Do tej kategorii (chociaż do tych z samego początku listy też) należy Radio Silence autorstwa Alice Oseman, która jest tylko dwa lata starsza ode mnie. A odwaliła kawał dobrej roboty, lepszej nawet od niektórych dojrzałych pisarzy, którzy mają na swoich kontach dużą ilość książek. 

Jest to powieść z gatunku young adult, więc pomyślicie sobie pewnie: Alicja, upadłaś na głowę, kolejna typowa młodzieżówka! Po co to komu? Ale właśnie sęk w tym, że to nie jest typowe, to nie jest nawet w jednej czwartej schematyczne! Okej, momentami podczas czytania o niektórych sytuacjach może nam się nasunąć słówko cliché (w którymś updacie na GoodReads sama to tak określiłam), natomiast bardziej mi się to kojarzyło z takimi bardzo słabymi i przewidywalnymi tekstami na podryw (pokroju: czy bolało jak spadłaś z nieba) aniżeli przykładowo ze schematycznym trójkątem miłosnym, czy ratowaniem świata przez jednostkę ze specjalnymi umiejętnościami. Co to, to nie. Muszę to jeszcze dodać teraz, że za granicą książki tego typu (zaraz wyjaśnię o co chodzi) przydziela się do kategorii diverse books. Z mojego reaserchu i przeczytania kilku książek wysnułam wnioski, że chodzi o takie książki, które są po prostu "inne" niż wszystkie, poruszają niekiedy bardzo poważne tematy (tematy tabu) wśród młodych ludzi, a bohaterami są osoby o innej orientacji niż heteroseksualna, mogą to być również osoby innej rasy, niż biała, które najczęściej są spotykane w popularnych książkach lub mają po prostu korzenie jakiejś narodowości (co widać również w wyglądzie). Uważam więc, że jest to bardzo fajne i niesamowicie potrzebne, bo mimo że mamy XXI wiek, to nie wszyscy są w stanie zrozumieć wszystkie zjawiska, że tak to ujmę, jakie mają miejsce w społeczeństwie. 

Tutaj mamy do czynienia z bohaterką, która jest Brytyjką, jednak ma etiopskie (mam nadzieję, że mi się nie pomyliło) korzenie, Frances, która ma niesamowity zapał do nauki, a jej marzeniem jest dostać się na Uniwersytet w Cambridge. Ma również pewien sekret, ma obsesję na punkcie pewnego podcastu na YouTubie, Universe City, którego twórca nie jest znany. Historia opowiedziana w tym podcaście skupia się na tytułowym bohaterze o imieniu Radio, który został zamknięty w pewnym miejscu i nadaje taki program radiowy w przestrzeń kosmiczną, mając nadzieję, że ktoś tego słucha. Dodatkowo tworzy (w sensie Frances) fanarty do tego podcastu i umieszcza je na Tumblr pod pseudonimem toulouse. Nikt z jej znajomych nie ma o tym bladego pojęcia.

W życiu Frances nie dzieje się kompletnie nic, zwykle spędza wolny czas nad książkami i nauką do egzaminów, a gdy wreszcie znajdzie czas to ogląda seriale i tworzy owe fanarty. No i słucha oczywiście Universe City. Ma typowych szkolnych znajomych, z którymi rzadko widuje się poza murami szkoły, wywnioskować można, że woli spędzać czas sama (albo z mamą) w domu. Historia w sumie zaczyna się stosunkowo niewinnie, kilka sytuacji z okresu, gdy Frances miała piętnaście lat, nieco opowieści o Carys, jedynej prawdziwej przyjaciółce (rok starszej), jaką miała. Do czasu. Ciężko mi jest powiedzieć, który moment jest tak naprawdę tym momentem kulminacyjnym, po którym następuje stopniowe rozwiązywanie fabuły, gdyż takich momentów jest kilka i nie wiem, który jest do opowiedzenia najmniej inwazyjny, ponieważ obawiam się, że większość tych wydarzeń, to spoilery, dlatego mam nadzieję, że tym powyższym opisem zaintrygowałam was na tyle, abyście sami zechcieli przeczytać Radio Silence, bo naprawdę jest to książka warta uwagi, a nie chciałabym zepsuć wam przyjemności z jej poznawania.

Wbrew pozorom jest to powieść, która porusza dużo ważnych tematów, zarówno dla niektórych społeczeństw, które nie są tak duże, jak i dla większości osób w wieku szkolnym, które muszą podejmować bardzo ważne decyzje, ważące później na ich przyszłości, jak chociażby wybór kierunku studiów i uczelni, na jaką się pójdzie. Wydawać by się mogło, że to problemy błahe, natomiast nie można ich lekceważyć. Polecam tę powieść osobom bardzo niezdecydowanym, może nie odkryjecie tego, czym chcecie zajmować się w przyszłości, ale zobaczycie, że nie jesteście sami i to jest bardzo powszechny problem. Dodatkowo jest również ważny temat rodziny, natomiast w tym wypadku również boję się, że zepsuję wam przyjemność z poznawania historii, więc nic więcej nie powiem.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki, zarówno fabuły, jak i bohaterów, stylu pisania i płynnego przechodzenia z jednego wydarzenia, do drugiego. Jestem zaintrygowana książkami tej autorki i na pewno sięgnę po coś jeszcze, a do Radio Silence na pewno będę często wracać. Muszę zaopatrzyć się tylko w papierowy egzemplarz, bo naprawdę warto!

★★★★☆

środa, 22 marca 2017

trzynaście powodów / jay asher

 
 Trzynaście powodów / Jay Asher / Wydawnictwo REBIS / 2009

Każdy z nas chyba ma takie książki, o których często słyszy i które często widzi, czy to na blogach, czy na Instagramie, ale jednak w dalszym ciągu nie zna historii w nich zawartych. Dziwna sprawa, a jednak powszechnie (tak mi się zdaje) występująca. Ja tak właśnie miałam, bo już nie mam, skoro przeczytałam, z Trzynastoma powodami Jaya Ashera. Ni to wyróżniająca się okładka, zarówno ta, jak i ta druga, taka szara z dziewczyną na huśtawce, ani jakiś chwytliwy tytuł, a przynajmniej nie średnio intrygujący, nie spowodowały, żebym wpisała tę książkę w wyszukiwarkę i poszukała, o czym jest. Do czasu, aż się nie okazało, że Netflix będzie robił serial. I na początku zapierałam się rękami i nogami: ja obejrzę serial bez przeczytania książki (tak robię, i takie miałam postanowienie w tym wypadku), natomiast przy wizycie w bibliotece postanowiłam wziąć z półki to stare wydanie (nie z dziewczynką) i pożyczyć. Tak się stało, a ja, nie pamiętam już czy od razu, czy nie, ale w ciągu dwóch dni, bardzo krótko od dnia wypożyczenia przeczytałam tę książkę. I się zakochałam, już od pierwszej strony.

Trzynaście powodów wygląda i brzmi bardzo niepozornie, ot, kolejna książka dla młodzieży o młodzieży z problemami. Cóż, może to i prawda, może i nie jest to coś odkrywczego, ale jednak ma w sobie to coś, co mnie intryguje, co wzbudza we mnie bardzo dużo emocji i zapada w pamięci na długi czas. A wszystko chyba za sprawą specyficznego klimatu, który robią nagrania na kasetach magnetofonowych. Skąd jednak one się wzięły? Już wyjaśniam. 

Poznajemy w tej książce Claya Jensena, który jest nastolatkiem, chodzącym do szkoły, nastolatkiem, jak każdy inny, z tą różnicą, że on (i dwanaście innych osób) dostaje w pewnym momencie swojego życia pudełko z ponumerowanymi kasetami. Kiedy odsłuchuje pierwszą z nich, zamiera. Nie może uwierzyć w to, co się stało, nie pojmuje, dlaczego to on właśnie dostał owe kasety, przecież nie zrobił nic złego. Ale o co chodzi, spytacie, już wyjaśniam: na samym początku, jego koleżanka: Hannah Baker, dziewczyna, która bardzo mu się podobała i z którą pracował i chodził na część zajęć, wyjaśnia, że jest trzynaście powodów, dla których się zabiła. I Clay jest jednym z nich. 

I tak oto poznajemy tytułowe trzynaście powodów, jedne z nich wydadzą nam się troszkę naiwne, po poznaniu innych stwierdzimy, że o niektóre rzeczy Hannah sama się prosiła, o niektóre sytuacje, zaznaczam, niektóre sytuacje, a nie o śmierć, natomiast jeszcze inne wydadzą nam się naprawdę sensowne i będziemy zachodzić w głowę: dlaczego nikt nie zauważył jej stanu? Czemu nikt się nie zorientował, co się dzieje z ich koleżanką z klasy? Takim oto sposobem zaczniemy kierować nasze myśli na ścieżkę, na którą nie wchodzimy tak często, no właśnie, a wydaje się przecież, to to temat dość ważny, ba! Nawet bardzo ważny.

Muszę przyznać, że nie jest to najlepsza powieść młodzieżowa jaką miałam okazję czytać, było o wiele więcej lepszych historii, fajniejszych bohaterów, lepiej skonstruowanych, natomiast w Trzynastu powodach jest coś tajemniczego, magicznego i niespodziewanego (na pozór, bo część z czytelników może w pewnej chwili zrozumieć już, o co chodzi). Wszystko to jest zbudowane za sprawą naprawdę niesamowitego klimatu, jaki stworzył autor i chociaż sam styl pisania nie jest jakiś wybitny, to ma w sobie to coś, co ciężko ubrać w słowa, to po prostu trzeba przeczytać.

Mimo że w tej powieści poruszony jest dramatyczny temat, jakim jest właśnie samobójstwo młodych osób z powodów przeróżnych, ale w głównej mierze przez wpływ społeczeństwa, tego szkolnego, to czyta się ją lekko i bardzo szybko, ale pozostawia w nas taki niepokój, a przynajmniej tak było w moim wypadku. Nie wiedziałam, czego spodziewać się na kolejnej stronie, ogarniała mnie panika, gdy poznawałam kolejne wypowiedzi Hannah, słuchałam ich razem z Clay'em i to było niesamowite, przerażające i obezwładniające, ale w dalszym ciągu: niesamowite. Dawno nie czytałam aż tak... zgubiłam słowo, a może tak naprawdę nigdy go nie znalazłam? Jeśli chodzi o tę książkę ciężko jest mi opisać uczucia, jakich doświadczyłam podczas jej czytania. Nie do końca idealnym, ale chyba najtrafniejszym porównaniem jest porównanie tego do sytuacji, w której jesteśmy piekielnie smutni (na pewno każdy z was kiedyś tak miał) i mimo że wiedzieliśmy wszyscy, że słuchanie dobijających i melancholijnych piosenek, które kojarzą nam się może i z dobrymi wspomnieniami, ale jednak wzbudzają w nas właśnie jakiś rodzaj rozpaczy, to nie potrafiliśmy ich wyłączyć i zająć się czymś innym. Dokładnie tak samo miałam z Trzynastoma powodami i pomyślicie sobie pewnie, że jak to tak, skoro taki dramat, czarna rozpacz i w ogóle, to jak mogłam przyjemnie spędzić czas przy tej książce, ano mogłam. Może nie nauczyła mnie jakoś specjalnie dużo, bo jednak to wszystko siedzi w mojej głowie i jestem świadoma tego, jak ogromny wpływ na życie niektórych jednostek mają nie tylko czyny, ale i słowa, natomiast jest to właśnie idealna powieść do uświadamiania nieuświadomionych. Powinna być czytana w szkołach na zajęciach z języka polskiego. Nie jest to Pan Tadeusz, czy Wesele, natomiast może komuś otworzyłaby oczy na troszkę inne sprawy.

★★★★☆

piątek, 17 marca 2017

mleko i miód // rupi kaur

milk and honey / rupi kaur / wydawnictwo otwarte

Zapewne dziwi was ten post, ponieważ na moim blogu ukazała się już opinia na temat tego tomiku poezji, o tutaj. Moja opinia na temat tej książeczki się nie zmieniła, ale chciałabym wam pokazać, jak duży wpływ na odbiór ma język, w jakim się czyta - czy w języku ojczystym, czy w tym przypadku - angielskim. 


milk and honey to przepiękna publikacja, którą warto mieć na swojej półce. Do przeczytania albo na jeden wieczór albo do czytania wybiórczo, w zależności od nastroju i aktualnej sytuacji życiowej. Bardzo prawdziwe, piękne i wzruszające krótkie (albo i trochę dłuższe) historie na pewno zaciekawią niejednego czytelnika, a dodatkowo nacieszą oko. Cieszę się, że kupiłam sobie tę książeczkę, chociaż jest taka niepozorna, to kryje w sobie naprawdę wiele. Polecam z całego serca. 
fragment mojej recenzji

Od bardzo długiego czasu byłam ciekawa, jak te wiersze mogą wyglądać w języku polskim, bowiem są one bardzo proste (w większości) i krótkie (również w większości). Byłam również ciekawa reakcji, a raczej powinnam rzecz: opinii innych, którzy nie mieli okazji przeczytać tego tomiku poezji w języku angielskim właśnie. I moje przeczucia w dużym stopniu się sprawdziły. Zarówno u mnie, jak i u innych. 

Jak już powiedziałam, te wiersze są bardzo proste i w języku polskim brzmią, cóż, śmiesznie. Więc nie dziwię się zarzutom, że niektórzy nie są w stanie zrozumieć tego fenomenu, jednakże powinniśmy zaznaczyć, że autorka nie miała na celu oczarować nas poetyckim językiem, a właśnie prostotą i brutalnością wydarzeń ze swojego życia.

Nie ukrywam, niektóre te teksty brzmiały głupio po polsku, ale są również takie, które wypowiadane na głos są przyjemniejsze w odbiorze właśnie w naszym języku. Może to za sprawą przekleństw, jakie są momentami między jednym a drugim zdaniem. Wiemy wszyscy, jak brzmi owe przekleństwo po angielsku, a jak dosadne i brutalne ma brzmienie w naszym języku. Wydaje mi się, że w tym może tkwić problem. 

Jeśli o mnie chodzi to cieszę się, że mam wydanie polskie, jak i angielskie, a i wam polecam raczej zapoznanie się z obcojęzyczną wersją. Natomiast jeśli koniecznie chcecie kupić od polskiego wydawnictwa, to raczej skusiłabym się na waszym miejscu na wersję właśnie dwujęzyczną. Zobaczycie, co brzmi lepiej, jak zostało to przetłumaczone i co jest tak naprawdę lepsze. A może nie tyle lepsze, ile co wam bardziej pasuje. Niemniej jednak, cieszę się, że polskie wydawnictwo zdecydowało się wydać mleko i miód, bo w moim odczuciu, to coś pięknego. Strasznego, ale przepięknego.

środa, 15 marca 2017

miasteczko darkmord // shane hegarty


darkmouth / shane hegarty / wydawnictwo znak

Z polskim rynkiem książki dziecięcej jestem w miarę na bieżąco. Lubię oglądać w księgarniach nowe książki, to jak są wydane, jakie mają ilustracje, o czym są. I w większości przypadków chętnie bym po nie sięgnęła, ale niestety doba ma tylko 24 godziny i nie da się wszystkiego przeczytać. 

Ta książka zwróciła moją uwagę zaraz po wejściu do księgarni. Cała czarna, włącznie z bokami, i fluozielona paszcza potwora - zastanawiałam się, czy nie za bardzo przerażająca jak na książkę dla dzieci, ale na pewno przyciąga uwagę. Ta okładka podoba mi się nawet bardziej niż wersji oryginalnej.

Fabuła osadzona jest w miasteczku Darkmord, położonego na uboczu, do którego nigdy nie zajeżdża się świadomie, a gdy przypadkowo tam trafisz jedyne o czym myślisz to, aby jak najszybciej stamtąd uciec. Miasteczko ma jeszcze jedną bardzo specyficzną właściwość, która już prawie nigdzie nie występuje... Mianowicie miasteczko jest nawiedzane... Ale nie przez jakieś tam zwykłe duchy. Nawiedzają je Legendy, czyli potwory ze wszelkich mitologii i wierzeń. Natrafić możemy tam na minotaura, hydrę, mantykorę, hobgoblina czy wolpertingera.  A wszystko to, dlatego że miasteczko połączone jest z innym wymiarem, krainą potworów, Skażoną Strefą.

Jednak miasteczko wcale nie jest bezbronne. Mieszka w nim Hugo Wielki, ostatni aktywny łowca Legend. W przeszłości na świecie było więcej takich miasteczek jak Darkmord, jednak teraz nie wiadomo dlaczego Darkmord zostało ostatnią nawiedzioną wioską. Hugo Wielki szkoli swojego następcę, dwunastoletniego syna Finna, który już niedługo ma zostać ogłoszonym pełnoprawnym łowca. Niestety chłopiec niespecjalnie dobrze radzi sobie podczas treningów, jest nieporadny, a każda dotychczasowa próba pokonania Legendy, kończyła się fiaskiem. Jednak już niedługo Finn stanie przed wielkim wyzwaniem, którego pokonanie będzie wymagało od chłopca nie tylko odwagi, ale i zachowań, które do tej pory mu nie wychodziły. Potwory chcą przedrzeć się na dobre do świata ludzi, dowodzi nimi Gantrua, mityczny i przeraźliwy potwór, który zdaje się ma pomocnika w świecie ludzi.... Kto okaże się zdrajcą i czy Finnowi  uda się przezwyciężyć własne słabości? 

Z początku główny bohater bardzo mnie irytował, taka trochę szkolna niedojda, ale autor w miarę postępowania fabuły zaczął kreować zupełnie inny obraz chłopca. Fajnie wykreował przemianę ze słabego i trochę strofowanego przez ojca dzieciaka w odważnego i podejmującego dorosłe decyzję młodziaka, aby uratować przyjaciół i rodzinę.

Autor miał fajny pomysł na historię, ciekawa jestem jak rozwinie się w kolejnych tomach. Jednak nie może być tak różowo - spodziewałam się większego trzymania w napięciu, ale może to wynika z mojej wrodzonej potrzeby rozwiązywania zagadek, bania się, itp. Myślę, że fajna książka dla dzieciaków w wieku końcowopodstawówkowym, czyli 12-13 lat - chłopcom na pewno się spodoba, ale dziewczynki też będą usatysfakcjonowane, ponieważ Finna ma rezolutną koleżankę, Emmie. Jeśli szukacie ciekawej lektury, to ta książka zdecydowanie jest warta uwagi.

sobota, 11 marca 2017

o kapitanie, mój kapitanie! czyli trochę o stowarzyszeniu umarłych poetów

Stowarzyszenie umarłych poetów // Nancy H. Kleinbaum

Większość z was zapewne słyszała kiedykolwiek tytuł Stowarzyszenie umarłych poetów, prawda? Natomiast nie wiem, czy to za sprawą filmu, czy może książki. Bo chociaż ja wiedziałam, że istnieje książka, to nigdy mnie do niej nie ciągnęło, aż do pewnego piątku, kiedy postanowiłam obejrzeć sobie film, który wydał mi się niezwykle ciekawy. No i dodatkowo bardzo popularny tytuł wśród książkoholików. To nawet lektura szkolna, czyż nie? W każdym razie, co o tym myślę? Cóż, mam kilka zastrzeżeń, ale koniec końców cała historia mi się podobała. Natomiast bardziej w wersji filmowej, niźli książkowej, ale o tym za chwilkę. 

Jak wyglądało moje oglądanie i czytanie Stowarzyszenia umarłych poetów? Otóż, jak już napisałam, coś mnie tchnęło w pewien piątek i sobie włączyłam film. Stwierdziłam jednak, że chciałabym też przeczytać książkę, więc po obejrzeniu 20 minut (pi razy drzwi, dokładnie nie pamiętam) wyszłam z domu i poszłam pożyczyć książkę z biblioteki. Zaczęłam czytać i zatrzymałam się mniej więcej na czterdziestej stronie. Wróciłam do filmu i tak też skończyłam film te ileś godzin później, to był stosunkowo długi film, z tego co pamiętam. A później wróciłam do książki, ale zeszło mi się z nią nieco dłużej. Nie pytajcie czemu, przecież to taka króciutka książeczka. 

Ale, może zatrzymamy się na chwilę i opowiem, o czym to całe Stowarzyszenie w ogóle jest? Otóż opowiada ono o pewnej grupce chłopców z męskiej szkoły z internatem, gdzie pracę rozpoczyna absolwent tejże właśnie placówki jako nauczyciel języka angielskiego. Mężczyzna ten nie jest aż takim konserwatystą, a jako że sam przechodził przez to, co ci chłopcy, postanowił zmienić nieco formę prowadzenia zajęć, co oczywiście wzbudza w uczniach ciekawość, natomiast w reszcie kadry oburzenie i niedowierzanie, nawet może strach, bo co to z ich pupilów wyrośnie. John Keating, bo tak zwie się owy nauczyciel był właśnie członkiem tytułowego stowarzyszenia, a jeden z głównych bohaterów, Neil Perry, postanawia kontynuować, a raczej przywrócić do życia tę grupę. I tak to wygląda. Nic więcej, niż mniej. Chociaż w pewnym momencie sytuacja nieco się komplikuje, natomiast to byłby zbyt duży, co ja piszę: ogromny spoiler, więc wypowiem się na temat zakończenia w nieco okrojonej formie, ale to... na koniec. 

Jako że jest to blog książkowy, to w głównej mierze wypowiem się na temat właśnie niej, ale zaraz dodam coś o filmie, nie bójcie się. Więc jeśli miałabym patrzeć na Stowarzyszenie umarłych poetów właśnie tylko przez pryzmat formy papierowej, to muszę przyznać, że jest całkiem nieźle napisana i ciekawie skonstruowana, mam jednak pewne ale. Przede wszystkim fakt, że niektóre sytuacje są strasznie płytkie, źle wyjaśnione i bardzo niedokładne. Zaznaczam, że książka powstała po filmie, została napisana na podstawie scenariusza i wydaje mi się, że właśnie w tym tkwi problem. Ta historia to historia idealna do przedstawienia na dużym ekranie, przeniesiona na kartki jest spłycona, okrojona, dodatkowo: nie wnosząca do filmu nic ważnego. Również jeśli ktoś nie obejrzał filmu przed przeczytaniem książki może odczuć pewien dyskomfort wobec bohaterów, ponieważ nie są oni jakoś bardzo dobrze zakreśleni, tego właśnie nie wymaga film, natomiast powieści już tak. Nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo, bo wiedziałam, że to nie będzie nic genialnego, skoro powstało po filmie (w ogóle, co to za pomysł pisać powieści na podstawie scenariusza?!).

W Stowarzyszeniu umarłych poetów poznajemy przede wszystkim młodych ludzi, chłopaków, mających takie i inne problemy, jednak można wyróżnić jeden główny problem, który doprowadził do takiego, a nie innego finału i tym problemem jest brak akceptacji ze strony rodziców Neila Perry'ego, naszego głównego bohatera. Chociaż chłopak uczy się bardzo dobrze, wręcz wybitnie, i znalazł czas na hobby, jakim jest teatr, to ojciec nie aprobuje, a wręcz zakazuje mu uczestnictwa w wystawianej sztuce. Dodatkowo również poznajemy problemy z byciem tym gorszym, młodszym bratem, odrzucenie ze strony dziewczyny, w której zakochuje się jeszcze inny bohater, ale również solidarność z grupą, tworzenie jej i po prostu czystą, szkolną i młodzieńczą przyjaźń. Jest to coś niesamowitego, że w tak krótkiej książce tak pięknie przedstawione są te aspekty.

Już prawie koniec, bo nie wiem, czy mam do powiedzenia coś jeszcze na ten temat, to właśnie zakończenie, które jest... mocne, natomiast zarówno w filmie, jak i w książce całość nie trzyma się kupy, gdy wziąć pod uwagę zakończenie. Nic, naprawdę: nic, nie wskakuje przez całą historię na to, by zadziało się na koniec to, co się zadziało. I wiem, jestem w stanie się domyślić, dlaczego doszło do takiego obrotu sprawy, natomiast według mnie nie jest to wystarczające, aby tak rozwiązać tę historię.

Jeśli o mnie chodzi, trochę żałuję, że przeczytałam tę powieść, natomiast nie zepsuła mi ona filmu aż tak bardzo (może to kwestia tego, że samo zakończenie nie przypadło mi do gustu). Cieszę się, że najpierw widziałam film, a później przeczytałam tę historię, natomiast wszystkim fanom filmu nie radzę zabierać się za powieść, chyba że jest to wasza lektura szkolna, wtedy to nie macie zasadniczo wyboru. Stowarzyszenie umarłych poetów z dużego ekranu trafia na listę mych ulubionych dzieł kultury, natomiast do książki nie wrócę i tak jak najpierw chciałam mieć ją na półce, to cieszę się, że jej nie kupiłam, nawet jeśli w księgarniach internetowych kosztuje grosze. 

niedziela, 5 marca 2017

caraval. chłopak, który smakował jak północ / stephanie garber

Caraval. Chłopak, który smakował jak północ // Stephanie Garber

Caraval, ach, Caraval, idealna książka na karnawał. Nie żartuję! Chociaż przyznam szczerze, że gdy słyszałam o niej na zagranicznych mediach społecznościowych nie spodziewałam się tego, co dostałam. Okładka (mówię tutaj o zagranicznej, choć i pod polską również mogę to podciągnąć) nie zdradza niczego. Może tylko tyle, że będzie magicznie i tajemniczo, ale nic więcej. Kiedy jednak poczytałam troszkę więcej, stwierdziłam, że koncept wydaje się być ciekawy, ale z pewną dozą dystansu podchodziłam do lektury. Czemu? Na pewno wielu osobom Caraval skojarzył się z Cyrkiem nocy Erin Morgernstern, nie bez przyczyny, z tym że mi ta książka średnio przypasowała. Była niedopracowana i źle mi się ją czytało, więc i po Caravalu raczej fajerwerków się nie spodziewałam. Czy mnie jednak zaskoczył? Trochę tak i trochę nie.

Historia w Caravalu skupia się na starszej z dwóch sióstr - Scarlett, która w wyniku niefortunnych wydarzeń trafia do gry, właśnie do Caravalu (na Caraval?) by odnaleźć swoją siostrę, jak zakłada, porwaną przez kogoś wynajętego przez Mistrza Gry - tajemniczego Legendę. Musi pamiętać, że tam nie należy nikomu ufać, dodatkowo obawia się nie tylko uczestników gry, ale i własnego ojca, który zaaranżował jej małżeństwo ze zdecydowanie starszym od niej mężczyzną. Czy Scarlett uda się uratować siostrę, uciec przed złym ojcem i odnaleźć prawdziwą miłość?

Przyznam szczerze, że gdy otrzymałam tę książkę i chociaż mnie ciekawiła w dużym stopniu, to nie spodziewałam się po niej nic wielkiego. I co więcej: nie planowałam nawet jej czytania od razu. Stało się jednak tak, że sięgnęłam po nią szybciej, niż myślałam i przyznam, że nie żałuję, chociaż mam kilka zastrzeżeń, o którym zaraz wam opowiem.

Język, jakim napisana jest ta książka był według mnie bardzo przyjemny, nie jest to niesamowicie poetycki styl pisania, ale na tyle klimatyczny i plastyczny, że byłam w stanie wyobrazić sobie te wszystkie miejsca, zapachy i kolorowe stroje uczestników Caravalu. Dzięki temu można wyróżnić tę powieść na tle innych i na pewno ten specyficzny klimat pozostanie w mojej pamięci, natomiast z fabułą już nie idzie to w parze.

Chociaż pomysł wydaje mi się bardzo ciekawy i przyznam, że nie mogłam doczekać się, aż będę mogła znów wrócić do czytania tej powieści, to mam z nią tak, że gdy trzymam książkę w rękach i przewracam strony, to wzbudza we mnie ogrom uczuć, niektórych tak sprzecznych, że nie sposób tego ogarnąć. Natomiast, gdy tylko ją zamykałam i odkładałam to cały ten natłok emocji gdzieś wyparowywał. I to jest zasadniczy problem, jaki mam z Caravelem, chociaż nie jedyny. Nie mogę jednak powiedzieć, że nie jest to ciekawa historia. Autorce udało się w bardzo naturalny sposób wpleść kilka wątków, które nie są aż tak często poruszane w książkach (przemoc rodzica wobec dzieci), jednak nie skupia się to na tym i nie to generuje dalszą fabułę, chociaż początkowo jest tym katalizatorem do podjęcia przez Scarlett takiej, a nie innej decyzji.

Co mi się również bardzo podobało, a raczej kto, to Julian, który pojawia się już na samym początku książki i nie jest tym, za kogo go uważamy, chociaż tutaj zawsze trzeba być ostrożnym i nie należy nikomu ufać. Julian jest najlepiej wykreowaną postacią, chociaż spotkałam się już z opiniami bardzo negatywnymi na jego temat. Scarlett natomiast nie jest wyróżniającą się postacią na tle innych,  jest zwykłą dziewczyną, trochę zagubioną, nie wiedzącą czego chce od życia i jak powinna się zachować - i pomyślicie sobie pewnie: kolejna nijaka bohaterka, a ja wam powiem: wcale nie. Większość bohaterek, jakie mamy okazję spotkać w książkach są tymi niezależnymi od faceta zbawczyniami świata i to one się niczym nie wyróżniają. Tutaj mamy bardzo prawdziwy ogląd na to, jakie dziewczyny rzeczywiście są i to mi się bardzo spodobało. Mimo że miłością do tej bohaterki nie pałam, to podziwiam autorkę za to, że zdecydowała się stworzyć taką bardzo normalną postać, bo takich coraz mniej w książkach jest.

Mam jeszcze małe zastrzeżenie, co do podtytułu chłopak, który smakował jak północ. Nie ma go w wersji zagranicznej i sądzę, że w polskiej również go nie powinno być. Okej, rozumiem, co wydawnictwo mogło chcieć osiągnąć dodając te zdanie, natomiast do fabuły ono ma się nijak. Jest bardzo mylące, a później często zrozumieć, po co to jest i dlaczego, ten chłopak (nie wiadomo nawet jaki) smakował jak ta północ, no i przede wszystkim: jak smakuje północ? Jeszcze tego nie odkryłam i nie sądzę, by mi się udało, ale kto wie? Może życie mnie zaskoczy.

Jeśli jesteście ciekawi, czy będę sięgać po kontynuację, to będę, a wszystko za sprawą zakończenia. I tutaj również jest to kwestia sporna, czy zakończenie jest odpowiednie, natomiast zakończenie tej powieści jest typowe dla książek dzisiejszych czasów - ma zachęcić, niemal zmusić czytelnika do sięgnięcia po następny tom. Tutaj również jest to kwestia gustu, czy się komuś spodoba, ja jednak nie mam do niego większych zastrzeżeń. Nie pozostawia jednak czytelnika, a przynajmniej mnie nie pozostawił, w totalnym stanie zawieszenia, nie biłam się z myślami, co powinnam zrobić ze swoim życiem, ale jest według mnie zadowalające na tyle, by dać szansę drugiej (i zarazem ostatniej) części Caravalu. 

 ★★☆☆☆

niedziela, 26 lutego 2017

kim jestem w książkowej sferze?


Dzisiaj przyszłam wam coś wyjaśnić. Nie jestem recenzentką. Ani amatorką, ani tym bardziej profesjonalistką. Jestem dziewczyną, która chce dzielić się z ludźmi tym, co przeczytała. I tym różnię się od większości społeczeństwa, które czyta. Właśnie tak. Tym, że umieszczam swoje przemyślenia w internecie. Właśnie w taki sposób podsumowała to Klaudia z bloga Odczytaj o tutaj. Trafiła w punkt. Kto tak robi, w sensie dzieli się swoimi przemyśleniami książkowymi? Wydawać by się mogło, że dużo osób, patrząc na ilości blogów czy bookstagramów, ale prawda jest taka, że odsetek ludzi mających jakieś książkowe social media w ogóle ludzi lubiących czytać jest niewielki. Dlatego powinnam czuć się ważna, powinnam czuć się kimś. Ale tak nie jest. A wiecie czemu? Bo nie jestem osoba, która się na literaturze zna. Nie skończyłam studiów typu filologicznego (nawet nie wiem, czy to poprawnie określiłam), nie brałam udziału w żadnych warsztatach pisarskich (aby wiedzieć, jak się powinno pisać), a tym bardziej nie zgłębiłam połowy, ba, pewnie nawet dziewięćdziesięciu dziewięciu procent tekstów literackich, które choćby w jednej tysięcznej mogłoby przybliżyć mnie do posiadania bardzo podstawowej wiedzy z dziedziny literatury. Smutne, bo smutne, ale takie są fakty. 

Co więc robię tutaj? Jak już napisałam: dzielę się tym, co myślę na temat danej książki lub jakiś okołoksiążkowy/okołoliteracki temacik, ot co. Nic więcej. Kiedyś jednakże, gdy byłam młodsza, posiadanie bloga było dla mnie czymś niesamowitym, a pisanie postów o książkach podnosiłam do rangi recenzji. Na samo to wspomnienie przechodzą mnie ciarki i wzdrygam się mimowolnie. Czemuż to, zapytacie. Otóż temu, że ja na recenzowaniu książek znam się tak, jak Królowa Anglii na fizyce jądrowej (poprawcie mnie jeśli się mylę, może Królowa jednak się na tym zna, zmienię wtedy swoje porównanie). Złapaliście się pewnie za głowy, co nie? Cóż, ja wtedy pewnie też bym się załapała, jakby ktoś napisał coś takiego. Teraz już nie. 

Co się zmieniło? Przede wszystkim zmieniło mi się nieco patrzenie na świat, niektóre wątki w książkach zaczęły mnie nudzić, a inne style pisania, niż miałam okazję poznać do tej pory otworzyły mi oczy na to, jak pięknie można ubrać w słowa bardzo prostą historię. I nie, nie mówię, że to co sądziłam do tej pory i to, co czytałam, nie daj Boże, jest już be i fu. Ludzie dorastają, zmieniają im się gusta czytelnicze i nie jest to niczyja wina, tak jest i już. To, że zaczęłam czytywać Tołstoja nie robi ze mnie znawczyni literatury i bogini w książkowym światku, a odnoszę wrażenie, że znaczna część osób sądzi, że za takiego kogoś się uważam. Błagam was, czy ja wam wyglądam na świętą Alinę Starkov? Nigdy z siebie nie robiłam mądrzejszej od całej reszty, ja po prostu nie chce marnować czasu na coś, co nie wniesie do mojego życia tego, czego aktualnie potrzebuję. Nie czuję potrzeby czytania danej książki, to jej nie czytam jednocześnie NIE ZNIECHĘCAJĄC was do sięgnięcia po dane pozycje. Często dostaje pytania, czy planuję czytać książkę A albo B, a gdy odpowiadam, że nie, to tylko widzę teksty typu "ale to takie dobre, bo to warto przeczytam" i okej. Nie kwestionuję tego, że dana pozycja jest dobra i warta uwagi, ale jak czegoś nie chcę czytać, to czytać tego nie będę i tyle.

Często też odnoszę wrażenie, że ludzie mnie nie słuchają. Oczywiście, nie jestem przecież prezydentem naszego wspaniałego kraju, mnie nikt nie musi słuchać, ale kiedy ktoś wypowiada się na temat tego, co powiedziałam, to zależy mi na tym, żeby wysłuchał mnie do końca, a nie tylko usłyszał jedno zdanie (prawdopodobnie w dodatku niepochlebne) na temat książki, którą dany osobnik kocha i od razu mieszał mnie z błotem. Okej, nie ukrywam, mnie bardzo często ponosi, gdy wypowiadam się na temat pozycji, które nie przypadły mi do gustu, ale ja nie atakuje czytelników i miłośników danej książki, chciałabym, żebyście o tym pamiętali. 

Ja dzielę się opiniami, moimi opiniami, na temat książek, jakie przeczytałam. I nie jestem odpowiednią osobą do analizy, jakiej grupie wiekowej powinnam ją polecić. W dodatku Weronika z bloga Bookocholic nauczyła mnie, że kategoryzowanie wiekowe wcale nie popłaca i nie zawsze jest na miejscu. Ja mówię i piszę to, co ja sądzę i wydaje mi się, że to jest oczywiste. Nie muszę szukać plusów i minusów każdej książki (co jednak oczywiście robię) i nie mam obowiązku, wręcz czuję się dobrze z powiedzeniem: nie mam nawet prawa, by mówić dlaczego po to warto sięgnąć, a od czego trzeba się trzymać z daleka. Zakładam, że każdy ma jakiś rozum i wie, co może mu się spodobać, a co nie. Zakładam (czytajcie uważnie, to tylko założenia), że każdy mój czytelnik, widz czy obserwator mojego bookstagrama wie jaki mam gust i czy jego gust jest podobny do mojego (choć to też temat na oddzielny post, bo to często się ze sobą rozmija) i czy coś może mu się spodobać, a coś nie. Istnieją wyjątki od reguły, niektóre książki są po prostu takie, że podobają się nawet osobom, które danego gatunku nie lubią. I tyle, takie jest życie

Nie ukrywam oczywiście, że zawsze mi jest przyjemnie, gdy ktoś sięga po coś z mego polecenia (o zgrozo, wracamy do punkty wyjścia), ale tak jak napisała Klaudia, pozwolę sobie zacytować, bo to idealnie odda punkt widzenia: 
Czasem znajduję różne komentarze pod filmikami i widzę jak ktoś mówi, że zmusiłam go do przeczytania danej książki albo sięgnął po książkę, bo ja tak polecałam, a nigdzie nie znalazł tych moich zachwytów Może ich nigdzie nie znalazł, bo każdy z nas ma swój gust. Każdemu podoba się coś innego, moje zachwyty to najprawdopodobniej nie są Twoje zachwyty.
Nie twierdzę, że nigdy nie popełniłam grzechu i przez pryzmat mej opinii zdarzyło mi się uderzyć krytyką w czytelników danej pozycji. Jestem tylko człowiekiem i błędy się zdarzają. Aktualnie jestem na etapie końcowym wykorzeniania z siebie przeświadczenia, że to co nie podoba się mi, musi się nie podobać również całej reszcie. Każdy z nas uczy się całe życie, każdy z nas przechodzi różne fazy, nie tylko czytelnicze, nie tylko te w życiu książkowym. I ja, i wy mamy jakieś książkowe potrzeby i one mogą być inne. Inne, nie znaczy złe. Tego się trzymajmy, egzystujmy w sferze booktubowo-blogowo-bookstagramowej w zgodzie. Moja opinia nie jest zła, jest po prostu moja. Tak jak wasza opinia, jest wasza i wcale też nie jest zła.

Do czego dążę? Może zabrzmieć to idiotycznie, biorąc pod uwagę fakt, że dzielę się z wami opiniami na temat książek, ale nie zawsze należy mnie słuchać przy wyborze następnej lektury. Nie uważam się za recenzentkę, ani za osobę, od której można wymagać jakichkolwiek polecajek przygotowanych pod ręką dla widzów/obserwatorów/czytelników. Jeśli oglądaliście kiedyś mojego lajwa na instagramie, to na pewno często słyszeliście, że nie jestem w stanie wybrać jakichś konkretnych książek do polecenia (np. z jakiegoś gatunku, czy dla grupy wiekowej podanej przez osobę pytającą). Właśnie na tym polega problem. Pewnie gdybym była profesjonalną recenzentką, to bym bez wahania miała kilka takich pozycji, jakie mogłabym wam podsunąć. Ja was nie znam, tym bardziej nie znam waszych gustów czytelniczych. Wy znacie siebie najlepiej i wiecie, co lubicie, więc należy z głową wybierać swoje lektury. I proszę, nie nazywajmy siebie wzajemnie recenzentami, bo nimi nie jesteśmy. A przynajmniej ja.

niedziela, 19 lutego 2017

Kiedy myślisz, że coś będzie rewelacyjne, a jest wręcz przeciwnie, czyli o trylogii Grisza // Leigh Bardugo

Cień i kośc / Szturm i grom / Ruina i rewolta // Leigh Bardugo

Moje zafascynowanie Rosją, autorami stamtąd pochodzącymi i książkami, gdzie są jakieś nawiązania do tego kraju i kultury rozpoczęło się jakoś w liceum. Nigdy jednak nie przywiązywałam większej wagi do trylogii Grisza, nie potrzebowałam kolejnej młodzieżówki, która nic by za sobą nie pozostawiła. Do czasu. Do czasu aż nie zaczęłam szperać na GoodReads w poszukiwaniu książek z historiami osadzonymi w Rosji (albo w krainach jej podobnych), wszystko za sprawą serialu The OA, gdzie bardzo spodobał mi się pewien wątek i takim właśnie oto sposobem moja miłość odżyła i zapragnęła czytania większej ilości książek z takimiż nawiązaniami. Cóż, przekonałam się jednak, że Grisza niestety nie należy do książek, które będę miło wspominać i wcale nie chodzi mi tutaj o brak klimatu Carskiej Rosji. Ten problem leży głębiej. Dużo głębiej, powinnam rzec.

Ravka, kraj położony w samym centrum świata stworzonego przez Leigh Bardugo, otoczony przez nieprzyjazną Fjerdę oraz Shu Han. Wydawać by się mogło, że tylko nieprzyjazne ludy zagrażają władcom rosyjskopodobnej krainy, jednakże nic bardziej mylnego. Pośrodku Ravki zieje wielka Fałda (znana również jako Niemorze), nieprzedzieralna, z okropnymi wilkorami, które są gotowe rozszarpać każdego, kto znajdzie się w zasięgu ich małych oczek. Nie dodałam jeszcze, więc zrobię to teraz: Fałda to nieprzeniknione ciemności, z każdym kolejnym dniem rozszerzające się na całą Ravkę. Także nie dość, że ludzie tam muszą zmagać się z nieprzyjaciółmi spoza granic ich kraju, to są narażeni na przeraźliwą Fałdę (której nazwa brzmi tak śmiesznie, że za każdym razem chce mi się śmiać) i czające się w ciemności stwory. 

Generalnie nie mogę zarzucić nieciekawości albo błahości świata, jaki próbowała stworzyć autorka, ponieważ dodając do niego Griszów, czyli takich troszkę magów, którzy mają różne umiejętności (powierzchownie opisane, więc i ja nie mam Wam na ten temat dużo do opowiedzenia), wydawałoby się, że ten świat jest super. Więc wyprowadzę Was z błędu: nie jest super. Okej, nie powiem, że mnie nie zaciekawił, z tym że autorka ma jeden wielki problem z opisaniem tego w nieco bardziej rozbudowany sposób. Wiemy, co gdzie jest (choć też nie do końca, bo sprawa z Fałdą to kolejne, jedno z wielu, nieporozumień w tej trylogii), wiemy kto tam żyje, ale to jest tak opisane po łebkach, że nie można nawet się ucieszyć z nowego, całkiem niebanalnego uniwersum. 

Skoro znacie już troszkę świat przedstawiony, to przejdźmy do głównej bohaterki, która ma ogromny wpływ na historię Ravki i okolic. Alina Starkov, siedemnastoletnia sierota wychowana w jakimś sierocińcu założonym przez jakiegoś możnego człowieka. Ot zwykła dziewczyna, chuda, przez służbę określana jako brzydka, nic specjalnego. Aż w końcu okazuje się, że jest Griszą - kto by się spodziewał. Kolejna bohaterka mająca ocalić świat, nie tracąc przy tym samej siebie. Czy jej się uda? Cóż, kogo to tak naprawdę obchodzi. 

Nie zrozumcie mnie źle, doceniam wysiłki, jakie Leigh Bardugo włożyła w wykreowanie tego wszystkiego, ale po drodze troszkę się zgubiła. Jak czytałam te książki (jedna po drugiej) ciężko mi było zrozumieć, gdzie jest ten skomplikowany świat, o którym mówili wszyscy w internecie, bo mi wydawał się być bardzo prosty, szczególnie biorąc pod uwagę, jak niedokładnie autorka go opisała. I sęk w tym, że muszę przyznać, że łatwo się w tym świecie zgubić, ale Boże broń, nie dlatego, że jest niesamowicie skomplikowany, tylko jest niedokładny, wydaje mi się, że Leigh Bardugo miała zbyt dużo pomysłów i zamiast skupić się na jednym, wcisnęła wszystkiego po trochu. Czułam się trochę jakbym szła przez znane mi miasto bez okularów albo soczewek, widząc wszystko jak przez mgłę, mając świadomość tego, że coś czeka za rogiem i wydaje mi się, że to znam, ale tak naprawdę później okazuje się, że ciężko stwierdzić, co to konkretnie jest. I tutaj zaczynają się wszystkie problemy, jakie mogę tej trylogii zarzucić, gdyż jestem osobą, która zwraca ogromną uwagę na świat wykreowany. Bohaterowie mogą być nudni, fabuła może być denna, oklepana i nie wiadomo jak przewidywalna, ale jeśli świat jest ciekawy, który można analizować na kilka różnych sposobów, zastanawiać się, skąd autorzy czerpali inspirację: książka będzie w moim mniemaniu całkiem dobra i chętnie będę ją polecać. Tutaj nie mam czego polecić! 


 Ostatnio do mnie dotarło, właśnie podczas czytania tej książki, że ja nie cierpię żeńskich postaci w wielu książkach, jednakże Alina wygrywa wszystko. Konkurs na najbardziej denerwującą postać, mistrzostwa świata w byciu kretynką i dodatkowo: olimpiadę na najbardziej zbędną główną postać w całej historii świata. Mamy zwycięzce, przed państwem: Alina Starkov. Zapomnijcie o denerwującej i nudnej jak flaki z olejem Belli Swan ze Zmierzchu i przywitajcie Alinę z trylogii Grisza. 

Natomiast z drugiej strony mamy takiego Mala, przyjaciela Aliny, który okej, mogę przyznać rację, jest typowym chłopakiem, który zna naszą gwiazdę od dzieciństwa, ale wbrew pozorom dzięki temu jest najlepiej wykreowaną tutaj postacią. W drugim tomie (chyba) pojawia się jeszcze jedna męska postać, która jest przez wielu uwielbiana, ja miłością tego pana nie darzę, ale muszę przyznać, że jednak jest ciekawy i nadaje tej historii bardziej znośnego charakteru. Ale wracając do Mala. Autorka z nim robi w pewnym momencie coś tak idiotycznego, że tak naprawdę cały sens bytu tej trylogii staje pod ogromnym znakiem zapytania. I to wygląda generalnie bardzo ciekawe, jeśli by się o tym usłyszało od kogoś w ramach spoilerowania książki, ale gdy się to czyta, to to jest chyba najgorszy możliwy scenariusz, na jaki mogła porwać się Leigh Bardugo. Przez ten jeden fakt cała trylogia staje się bez sensu, skoro tak chciała rozegrać tę sprawę, mogła napisać jednotomówkę, dajmy na to: 600-stronicową i nie mogłabym wtedy mieć aż tylu problemów wobec nie (chociaż kto to wie). 

Nie ukrywam, że zakończenia pierwszego i drugiego tomu pozostawiają czytelnika w takim stanie, że musi sięgnąć po kolejną część, ale zakończenie Ruiny i rewolty to jakiś nieśmieszny żart. Kompletnie mi się nie podobało i wiem, że wielu czytelników również jest negatywnie wobec zakończenia nastawione, całe szczęście. Nie cierpię, gdy autorzy najpierw mają jakiś pomysł, który wstrząsa czytelnikiem, a później dochodzą do wniosku: zrobię inaczej, żeby czytelnicy byli zadowoleni. Jezu Chryste, naprawdę? I Leigh Bardugo tak właśnie zrobiła. Nie wiem, czemu nikt jej nie powiedział, żeby została przy pierwszym pomyśle, bo wtedy to nie byłoby takie złe, ale cóż, błędy chodzą po ludziach, prawda? No prawda, co poradzisz. 

Ja naprawdę chciałam tę trylogię pokochać, szukałam w niej tyle dobrego, ile tylko mogłam, starałam się, by to przypadło mi do gustu. Niestety jest to trylogia, która na tle innych niczym się nie wyróżnia (chyba, że irytującą Aliną, bardzo irytującą), lukami w fabule i niedopracowanym światem. Nie czytało mi się tego wolno, dzięki Bogu, ale byłam zmęczona już tym wszystkim, bohaterami, bezsensownym rozwiązaniem sprawy i zakończeniem. Miałam dość wszystkiego, jedyne czego potrzebowałam, to zapomnieć, jak złe to było. Nic więcej.

Trylogia Grisza to jedna z tych pozycji, o których czyta się pieśni pochwalne w internecie, a gdy przychodzi co do czego, to wychodzi jeden wielki wegetariański klops. Nie mogę powiedzieć, że czytało mi się to źle, bo naprawdę szybko przebrnęłam przez te wszystkie książki, ale chciałam to jak najszybciej skończyć. Zakończyć przygodę z Aliną-idiotką, z której zrobili świętą (nie żartuje), opuścić czym prędzej Ravkę i nigdy tam nie wracać, bo nie to nie jest tego warte, odłożyć na biblioteczną półkę i zapomnieć (thanks God, że nie wydałam na to złamanego grosza). Leigh Bardugo nie jest królową YA, jest jej przeciwieństwem. Niestety, Szóstka wron nie jest o wiele lepsza, jest odrobinkę, ale o tym w innym poście. 

★☆☆☆☆

niedziela, 22 stycznia 2017

Krótko o książkach Rory Gilmore // edycja 4

 Cześć i czołem! Dzisiaj chciałabym do Was przyjść z kolejnym postem z serii tych, w jakich opowiadam Wam, jakie książki z wyzwania czytelniczego Rory Gilmore udało mi się przeczytać. Wiem, że te posty cieszą się popularnością, więc tym bardziej byłam pełna mobilizacji, by skleić te kilkanaście zdań o każdej z pozycji, bo nie wiem, jak Wy, ale ja aktualnie mam dni zawalone nauką, robieniem projektów i oddawaniem ich na ostatnią chwilę. Ach, no i jeszcze sesja is coming, więc wiecie haha W tym zestawieniu wyjątkowo cztery, a nie trzy pozycje, ale mam nadzieję, że nikomu to przeszkadzać nie będzie, tymczasem: zachęcam do lektury!

Moja walka. Księga 1 / Karl Ove Knausgård // Wydawnictwo Literackie / styczeń 2015 // ★★★★★

   Uwielbiam trafiać na książki, o których myślałam, że są tyko dobre, a okazują się być genialne. Magiczne w swej prostocie, niezwykle prawdziwe i piekielnie wciągające. Taką książką jest właśnie Moja walka, a raczej pierwsza księga, bo tylko tę (póki co) udało mi się przeczytać. Autobiografia Karla Ove Knausgårda, którego dzieł jeszcze nie znam, opowiadająca o człowieku, o którym prawie nic nie wiem, pozostawiająca dziwne uczucie nostalgii po zakończeniu. Dawno nie czytałam tak dobrej książki, zapomniałam już, jak to jest trafiać niemalże na arcydzieła. Stosunkowo duża objętość książki (ponad pięćset stron) nie przytłacza, czyta się ją szybko i przyjemnie, o ile możemy mówić o czerpaniu przyjemności z czytania o śmierci. Jest w tej pozycji coś magicznego, niesamowitego i tajemniczego, co intryguje, ale i przeraża. Mrozi krew w żyłach, mimo że nie jest kryminałem, zapiera dech w piersi nawet jeśli nie dzieje się nic pełnego akcji, oczarowuje, to odpowiednie słowo do jej opisania. Jest to jedna z najlepszych pozycji, jakie udało mi się przeczytać w 2016 roku i nie mogę się doczekać zapoznania z dalszymi księgami, które wchodzą w skład tejże autobiografii, ano i Wam gorąco polecam, bo naprawdę warto.


Pokuta / Ian McEwan // 2002 / Świat Książki // ★★★★☆

   Pokuta to jedna z tych książek, wobec których mam mieszane uczucia. Z jednej strony jest to  bardzo ciekawa pozycja, ale z drugiej nie do końca mnie przekonuje. Trzynastoletnia Briony zrobiła pewne okropieństwo wobec jednego z członków swojej rodziny, aż w końcu postanawia to naprawić. Problem polega jednak na tym, że autor, oczywiście moim zdaniem, źle rozpisał tę historię. Podzielona jest na trzy części, z czego w pierwsza i trzecia opowiadają głównie o naszej głównej bohaterce, a druga, ta środkowa to losy Robbiego, przyjaciela rodziny, do której należy Briony. Fakt, że w tej środkowej części autor pokazuje to, jak wygląda wojna, co ja bardzo w książkach lubię, ale tym razem nie sądzę by było to komukolwiek potrzebne. Nie sądzę, by była to bardzo zła książka, podobała mi się i chętnie przeczytałabym ją jeszcze raz... gdyby wyrwać tę drugą część, ale tak to jest bardzo wartościowa i uważam, że warto się z nią zapoznać. I tak, jestem jedną z niewielu osób, które wolą 1 i 3 część od drugiej, więc może to Was zachęci haha
 
Opowieść miłosna / Erich Segal // Wydawnictwo Albatros / 2004 // ★★☆☆☆

   Cieniutka Opowieść miłosna, w oryginale: Love story (i z tego co wiem, to i u nas znana raczej pod tym tytułem) to historia pewnej pary, która związuje się nie mając na to zgody ojca chłopaka. Oliver, który poznaje Jenny w trakcie studiów zakochuje się w niej bez pamięci, mimo uszczypliwych z jej strony uwag, a może raczej powinnam napisać: dzięki nim, jest nią oczarowany. Jenny jest specyficzną bohaterką, tak samo jak i Oliver, ale ich związek jest najzwyczajniejszy na świecie. Może z wyjątkiem tego, że Jenny jest chora i niedługo umrze. Nie łudźcie się jednak, nie jest to kolejna opowieść o umieraniu (o tym przeczytacie na ostatnich kilkunastu stronach). Czy mi się podobała? Średnio. Nie widziałam w niej większego sensu, gdyż dla mnie pokazywanie, że należy walczyć o miłość, na którą nie przystają rodzice jednego z partnerów, to coś oczywistego, a może raczej nie tyle oczywistego, ile absurdalność widzę w tej "niezgodzie". Wiem, że takie sytuacje mają miejsce, niemniej jednak nie sądzę, by ta książka miała komuś na coś oczy otworzyć. Czytało się szybko i przyjemnie - na raz, na czterdzieści minut lektury, do odłożenia i zapomnienia, więc raczej nie polecam.

Dziwny przypadek psa nocną porą / Mark Haddon // Świat Książki / 2004 // ★☆☆☆☆

   Dziwny przypadek psa nocną porą to książka, od której miałam ogromne wymagania. Skoro otrzymała nagrodę Whitbread Book Of The Year w 2003 to coś musiało być z tą pozycją na rzeczy. Jak się jednak okazało, do mnie nie przemówiła. Opowiada ona o piętnastoletnim chłopaku, którego imienia nawet Wam nie będę podawać, bo nie ma to większego znaczenia, który jest chory na autyzm i pewnego wieczora znajduje zabitego widłami psa swojej sąsiadki, pani Shears. Postanawia rozwiązać zagadkę, jaką jest morderstwo owego psa i przy okazji poznajemy jego przygody. Jedyne co mi się w tej książce podobało to matematyka, która jest ważnym aspektem w tej historii, ze względu na to, że główny bohater, mimo (albo dzięki) swojej choroby jest geniuszem w tej dziedzinie. Jak wiecie, jest to coś, co mnie bardzo interesuje i takie aspekty w książkach, nawet delikatnie zarysowane są czymś ciekawym. Niestety sam Christofer, no dobra, macie jego imię, jest postacią... dziwną i nie przypadł mi do gustu. I nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że nie lubię go dlatego, że jest chory, po prostu jest specyficzny i tak jak z każdym innym bohaterem, albo się go polubi, ale nie, i tyle. Sama historia, czyli to poszukiwanie mordercy psa byłaby ciekawa, gdybyśmy nie dowiedzieli się go ledwie za połową książki. Skoro się dowiedzieliśmy, co się stało, to bez sensu pisać inne rzeczy (które nie wniosły nic do tej opowieści), które tylko irytują czytelnika. Nie rozumiem fenomenu tej powieści i Wam nie polecam, a wręcz odradzam jej czytanie. Cóż, jak widać wyzwanie czytelnicze Rory Gilmore to nie tylko wspaniałe książki, ale szczerze powiedziawszy, wcale się tego nie spodziewałam.

// 

Na samym końcu chciałabym Was zaprosić na podobne posty dwóch osób - Izy (Isabel czyta) oraz Weroniki (Bookocholic), które zdecydowały się wziąć udział w tym wyzwaniu (i tak jak ja, zakochały się w serialu)! Także zapraszam do klikania w linki poniżej.


Ja Was tymczasem żegnam i zachęcam do czytania książek z wyzwania!
Miłej niedzieli,
Alicja

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Kiedy nie wiesz, co się dzieje w Szkocji, czyli Uwięziona w bursztynie

Uwięziona w bursztynie / Diana Gabaldon // Świat Książki / 2010

   Wiedz, że gdy od razu pożyczasz trzy części jednej serii naraz, to to nazywa się już obsesją. Tak właśnie było w moim przypadku. Ale w sumie: czy na pewno, skoro po przeczytaniu drugiej części nie miałam ochoty, ani nie chciało mi się wygospodarować czasu na Podróżniczkę? Cóż, to jest oczywiście kwestia sporna, nie ukrywam jednak, że mimo wszystko uwielbiam serię Outlander, zakochałam się w Jamiem Fraserze i osiemnastowiecznej Szkocji i czym prędzej chciałam tam wrócić. Czy było to warte czasu, jaki musiałam poświęcić na brnięcie przez Uwięzioną w bursztynie, a później zmuszanie się do czytania, bo gonił mnie termin w bibliotece? Zaraz się o tym przekonacie. 

   Nie zamierzam tutaj na prawo i lewo rzucać wydarzeniami z drugiej części, bo nie chcę psuć radości z czytania tym, którzy są dopiero przed, a ci, których to nie interesuje, a jedynie chcieliby poznać moje zdanie na ten temat, nie muszą sobie zaprzątać głowy tym, co konkretnie miało miejsce. Ale ważne jest to, że to, co się działo mnie zachwycało! Niemalże cały czas. Tak do ostatnich stu albo dwustu stron. Serio. Gdybym mogła wydrzeć z Uwięzionej w bursztynie te kartki to byłabym najszczęśliwszym czytelnikiem na świecie. A druga część miała swój potencjał! I to ogromny. Byłam zachwycona (nawet bardziej niż pierwszą częścią) i tak bardzo chciałam dać tej pozycji pięć gwiazdek. A tu co? A tu klops. Jeden wielki wegetariański klops. I sama nie wiem, czym konkretnie to było spowodowane. Nie były to aż tak dramatyczne/złe/smutne (niepotrzebne skreślić) wydarzenia, ale czuję, że gdyby Diana Gabaldon zdecydowała się na inne rozwiązanie sprawy, to chyba byłabym szczęśliwsza. No, może poza jedną rzeczą, a mianowicie Szkocją (ci, co czytali, wiedzą o co mi chodzi, a ci co nie czytali: będzie Was to dręczyć, do końca Waszych dni, just kiddin').

   Bałam się tego tomu i jednocześnie byłam niezwykle podekscytowana. Nie spodziewałam się, że po tak mocnym początku, autorka da sobie radę, szczególnie, że z każdym kolejnym tomem rozszerza jego objętość i czytelnikowi ciężko ogarnąć, jakim cudem jej się to udaje, w dodatku w taki sposób, że nie jest się znudzonym (no, prawie). Ale w większości scen, które rozgrywają się na kartach tej książki siedzimy na fotelu/kanapie/leżymy na podłodze, nie wiedząc, co powinniśmy ze sobą począć. Jednocześnie ma się ochotę rzucić książką o ścianę oraz podnieść ją, przeprosić i zagłębić się w nią dalej. Autorka wie, jak targać emocjami czytelnika i to chyba tak naprawdę przykrywa te niedociągnięcia fabularne i dialogowe Uwięzionej w bursztynie, bo nie będę Was oszukiwać, że one istnieją.

   A jeśli już mówimy o wadach, to powiem Wam, bo może się nie zorientowaliście: zakochałam się w tej serii i to nie jest tak, że tylko ją wychwalam i uważam za najlepszą, jaka powstała, bo to stek bzdur, jest milion innych książek, zdecydowanie lepszych, do których pałam większą miłością. Cóż, to prawda, ale powiem Wam, że jednak wady w tej pozycji nie mają większego wpływu na odbieranie bohaterów, akcji i książki jako całości. W dodatku nawet nie doceniając tego, co nasi bohaterowie muszą przeżywać, to trzeba przyznać, że Diana Gabaldon musiała poświęcić ogrom pracy i czasu, by napisać coś takiego, więc już za samo to należy się jej szacunek.

    Wiem i w końcu muszę to głośno przyznać: oceniam tę książkę przez pryzmat serialu, przez pryzmat Sama Heughana, przez klimat, jaki jest oddany na ekranie mojego laptopa, gdy brnę przez kolejne minuty każdego odcinka, ale nie umiem tego oceniać inaczej. Dla mnie książka i serial to jedna i nierozłączna rzecz, dla mnie jedno nie może istnieć bez tego drugiego i może to jest kwestia moich zachwytów, choć wiem, że wiele osób uważa Outlander za serial, który sięgnął dna otchłani beznadziejności serialowej.

   Polecam Wam jednak serdecznie tę serię i tak. Może zakochacie się tak, jak ja, a może nie? Więc jeśli nie jesteście przekonani do tak ogromnych objętościowo książek, przepełnionych w dodatku rozdzierającymi emocjami, to polecam zacząć od serialu, jeśli się zakochacie: bierzcie się za czytanie, a jak nie, to może chociaż serialowe odwzorowanie pokaże Wam, jak wspaniałym Jamie jest bohaterem i dlaczego tak mocno go kocham.

★★★★☆

OD AUTORKI: Nareszcie udało mi się zmobilizować i napisać kolejną recenzję. Nie jest może najlepsza, ale nie należy do moich najgorszych. Czytaliście Obcą oraz Uwięzioną w bursztynie? A może oglądaliście serial? Dajcie znać w komentarzach! 

Trzymajcie się, 
Alicja 

czwartek, 12 stycznia 2017

Dlaczego rok 2017 może być najlepszy pod względem czytelniczym i dlaczego taki będzie?


Rok 2017. Kolejne 365 dni, w trakcie których możemy przeczytać niesamowite książki. Czy to te, które mamy na półce już od jakiegoś czasu, czy to nowości zakupione dwa albo trzy dni temu, czy to jeszcze większe starocie, wydane w okresie II Wojny Światowej pożyczone z biblioteki. To kolejny rok pełny nowych możliwości, których nie możemy zmarnować.

Nowości książkowe

Każdy z nas jest na swój sposób łasy na nowości. Codziennie (albo troszkę rzadziej, ale raz na jakiś czas na pewno) przeszukujemy internet w poszukiwaniu ciekawostek, zapowiedzi i dat premier coraz to nowych powieści, które gdzieś tam zobaczyliśmy po raz pierwszy (i możliwe, że jedyny). Świeżutka powieść naszej ulubionej autorki, nowy reportaż od znanego podróżnika albo nowiusieńki debiut kobiety, o której świat jeszcze nie słyszał. Nie oszukujmy się, każdego z nas ciągnie do takich hasełek, jeśli widzimy je w sieci i to jeden z powodów, dla których 2017 będzie świetny - bogaty w książki (zupełnie nowe albo dodruki już dawno wyprzedanych egzemplarzy).

Poznawanie nowych autorów

Jak to mawiają: nowy rok, nowa ja, a może powinniśmy to zmienić: nowy rok, nowi autorzy! Wiem, że wiele osób, boi się sięgać po twórczość osób, których kompletnie się nie zna, ale czy to nie jest takie trochę wychodzenie ze strefy własnego komfortu, po to, by może odkryć kolejną taką strefę? Ja często w ciemno sięgam po przeróżne dzieła naprawdę różnych autorów, których nie spodziewałabym się nigdy pokochać, a jednak tak się dzieje i nie żałuję tych decyzji. Także: nowy rok, nowi autorzy, polecam serdecznie, Alicja. 

Wyzwanie czytelnicze Rory Gilmore

U mnie to wyzwanie to jedyne (poza tym "ilościowym" na GoodReads), w którym biorę udział. Uwielbiam serial Gilmore Girls, a czytanie książek, które się tam pojawiły sprawia mi ogromną frajdę, nawet jeśli niektóre powieści nie przypadły mi do gustu. Wybieranie tej jednej na dany okres z ponad trzystu książek jest niesamowicie trudnym, ale satysfakcjonującym wyborem i również Wam polecam udział w tym wyzwaniu. Jak już wspomniałam, czasem warto wyjść z własnej strefy czytelniczego komfortu, żeby poznać coś nowego, co się pokocha równie mocno, a może nawet i mocniej?

Re-reading 

Ponowne czytanie książek to coś, co ma zarówno swoich przeciwników, jak i zwolenników i ciężko określić, kogo jest więcej. Ja należę do osób, które zmieniły front z: czytanie książek kolejny raz jest bez sensu na przeczytam ulubione serie trzy razy do roku, bo dlaczego by nie? I właśnie pod takim znakiem stawiam swój 2017 rok, jeśli chodzi o tą część czytelniczą. Przeczytałam tyle wspaniałych powieści w całym swoim życiu (ale głównie w zeszłym roku) i teraz chcę do nich wrócić, bo wiem, że się nie zawiodę, a jedyne co, to mogę bardziej pokochać bohaterów i styl pisania danego autora.


A wy macie jakieś przemyślenia odnośnie tego, jaki będzie 2017? Dajcie znać w komentarzu!
 Pozdrawiam cieplutko,
Alicja

wtorek, 10 stycznia 2017

Nie do końca mało o (nie)Małym życiu

Małe życie, Hanya Yanagihara; Wydawnictwo W.A.B, 2016

   Czytamy książki, to oczywiste. Czasem są one lepsze, czasem gorsze. Czasem bardziej angażują nas emocjonalnie, a czasem wręcz przeciwnie: nie pozostawiają w nas żadnego ani pozytywnego, ani negatywnego odczucia. Są, bo są, a my je przeczytaliśmy i tyle. Rzadko zdarza się, by książka była idealna, wiadomo, jak już napisałam: jedne są lepsze, inne gorsze, ale nawet te lepsze mają swoje wady. Mimo wszystko doceniamy te dobre książki, bo wiemy (tak zakładam), że nie ma ich aż tak dużo, skoro w XXI wieku książki może pisać każdy. Dlatego doceniamy te dobre. Za styl autora, za bohaterów, jakich wykreował, za samą fabułę, która może nas zaskoczyć, albo po prostu niesamowicie wciągnąć. Za cokolwiek, ale doceniamy, bo wiemy, że nim trafimy na jakąś lepszą pozycję mogą minąć tygodnie. Dlatego cieszę się, że przeczytałam Małe życie i należy ono do kategorii tych lepszych książek, nie idealnych, ale fantastycznych, budzących emocje i pozostających w pamięci na długi czas.

   Małe życie, światowy fenomen, największe wydarzenie literackie 2015 roku, do Polski przywędrowało troszkę później, ale ważne, że w ogóle. Szybko stało się obiektem pożądania książkoholików, pieczołowicie fotografowana na bookstagramie, temat do rozmów dla dosłownie wszystkich, elektryzujące spekulacje na temat zawartości, umiejętności tłumacza czy po prostu fajności okładki, która no, nie ukrywajmy, jest fajna. W pewnym momencie temat ucichł, nie słyszałam na każdym kroku o tym, jak ta książka jest dobra, nie sprawdzałam recenzji, autorstwa tych pierwszych szczęśliwców, którym udało się zdobyć powieść dwa czy trzy dni przed premierą. Ale cały czas coś mnie do niej ciągnęło, do książki, do tej historii, do Willema i Jude'a (tak, wiem, to nie są jedyni bohaterowie). Ale mój entuzjazm opadł, aż w końcu moje życie wróciło na spokojne tory egzystencji normalnej dwudziestolatki, która pół roku po zakupie Małego życia doszła do wniosku, że nareszcie jest gotowa na poznanie tej historii i zachwycanie się nią.

   Wszystko zaczyna się, gdy nasi główni bohaterowie, czyli już wspominany Jude i Willem oraz Malcom i JB przeprowadzają się do Nowego Jorku po skończeniu collegu. Każdy z nich przed tym coś przeżył, wiadomo, że nie wtedy zaczęli swoje życie, jednak tak jak obserwujemy naocznie wspomnienia, jakimi się dzielą między sobą, to niestety nie jesteśmy w stanie dostrzec nic, zza ciemnej kotary, którą osłonił się Jude.

   Początek był tragiczny. Nie rozumiałam kompletnie nic, myliłam bohaterów, nie mogłam się w tym połapać, a wszystkiego było po prostu za dużo: za dużo postaci, za dużo wątków, zbyt dużo historii i przede wszystkim: zbyt dużo stron, a wiecie przecież jak bardzo kocham grube książki. Za dużo wszystkiego to powinien być, według mnie z września, nowy tytuł tej książki. Błądziłam w labiryncie wielowątkowości, zbytniej złożoności, a jednoczesnej prostoty tego wszystkiego, nie mogłam zrozumieć, jakim cudem, to się ludziom podoba, ciężko było mi się skupić i dobrnąć na następną pełną stronę. Liczyłam, ile mi zostało do końca rozdziału, załamując się, że są to aż sto trzydzieści trzy strony. Ale nie po to zabijałam się jak głupia przed premierą tej powieści z Polsce o najniższą z możliwych cen w księgarniach internetowych, żeby teraz wyrzucić Małe życie niczym zbitego psa za drzwi mojego mieszkania. Zacisnęłam zęby i z mozołem okropnym, z brakiem jakichkolwiek nadziei na poprawę brnęłam dalej niczym ślepiec przez życie, tu: Małe życie. 

   To, co opisałam wam wyżej ma się nijak do tego, co czuję w chwili obecnej wobec tej książki. Niesamowita, łamiąca serce, niezwykle emocjonalna, elektryzująca, przepiękna, prosta, prawdziwa, głęboka, smutna i wesoła w tym samym momencie. Jednocześnie to kocham i nienawidzę, próbuję samej sobie to w jakiś sposób wyjaśnić, ale nie potrafię. Nie potrafię odpędzić od siebie widoku twarzy Jude'a, który obserwuje mnie, gdy tworzę ten post, nie jestem w stanie znieść kpiącego uśmiechu na ustach JB, który zagląda co jakiś czas do mojego pokoju, żeby sprawdzić, jak idzie mi pisanie. Tak samo nie jestem w stanie zdzierżyć chęci niesienia pomocy Malcolma, który choć na pisaniu zna się jak ja na grze na pianinie, to chce mi pomóc poprawić wszystkie błędy. Ale rzeczy, której nie jestem w stanie zrozumieć najbardziej to niezwykłe opanowanie Willema, który siedzi tylko na łóżku i czeka, aż skończę pisać, żeby mnie zapewnić o wspaniałości i sensie tego wpisu.

   Czym jest Małe życie, które zachwyciło miliony na całym świecie? Piękną opowieścią o przyjaźni, która nie zawsze jest taka idealna, jak się nam wydaje, że jest. Historią o tym, jak ogromny wpływ na nasze teraźniejsze życie ma przeszłość i to, jakich ludzi spotkaliśmy na swojej drodze. O tym, że należy wybaczać, nie tylko innym, ale i samemu sobie, to właściwie przede wszystkim, bo inaczej nie będziemy w stanie ruszyć do przodu. Tematyka książki jest, jak widzicie, oklepana, cóż, czasem i tak jest, nie twierdzę, że to jest fenomen, który porusza jakieś wątki po raz pierwszy w literaturze, co to, to nie, ale z tymi bohaterami, z niesamowitym piórem Hanyi Yanagihary tworzą świetną całość, którą na pewno zapamięta się na długi czas. 

   Nie zawsze jednak jest w Małym życiu tak kolorowo. I nie chodzi mi o to, co spotyka głównych bohaterów, ale o same minusy tej powieści. Przede wszystkim: nie wiemy, w jakim okresie mniej więcej dzieje się akcja i chociaż tak samo (w większości, a na pewno przy Tajemnej historii) jest z twórczością Donny Tartt, to tutaj troszkę bardziej mnie to raziło, ale nie uważam, żeby jakkolwiek miało to umniejszać wartości tej książki, bo tak naprawdę jakie to ma znaczenie przy ogromnie problemów głównych bohaterów (jednych mniejszych, innych większych: mówię o problemach), no właśnie - żadne. Inną sprawą jest idealizowanie Jude'a, osoby, które czytały Małe życie prawdopodobnie złapią się za głowę: co ty w ogóle mówisz?!, spytają. Ano, Jude umie wszystko, mimo że tego nie wie (a może jednak?), nie mówię, że ta jego idealizacja jest jakoś wyraźnie widoczna, ale jakby się nad tym troszkę dłużej zastanowić, to parę osób na pewno mi przytaknie. To jednak również jest mały minus, jeśli weźmiemy pod uwagę to, co musiał w życiu przeżyć nasz główny bohater, ale nie mogę was okłamywać, że to idealna powieść, dosłownie dla każdego, bo tak (nie)stety nie jest. Przede wszystkim brutalność, jaka jest wszędobylska w Małym życiu ma swoich przeciwników. Historia usłana nie różami, a bólem, cierpieniem i obrzydzeniem. Nie ukrywam swej odrazy wobec ludzi i świata, jaka mi towarzyszyła podczas czytania tej powieści, nie będę jej ukrywać, bo tak było i tyle, ale w końcu doszłam do wniosku (z niewielką pomocą), że o to chodzi, taki był zamysł i tak powinno się czuć podczas czytania Małego życia. Moja niechęć do otaczającej mnie rzeczywistości rosła z każdą kolejną przekręcaną stroną, żeby w pewnym momencie osłabła i aby wydarzenia z książki dały mi jednak, choć namiastkę, nadziei na lepsze jutro dla tych postaci, dla prawnika-Jude'a, architekta-Malcolma, malarza-JB i aktora-Willema, nadzieję dla nich, ich przyjaźni i związków.

   Na zawsze zapamiętam JB, Malcolma, Willema, Jude'a, Harolda, Andy'ego i inne postaci, które przewijają się przez ponad osiemset stron Małego życia. Na każdym kroku będę czuć magię sztuki JB, widzieć Willema na wielkim ekranie w kinie, Jude'a, który spieszy się na kolejne spotkanie z klientem, czy Malcolma, który mnie nie zauważy, bo będzie żuł końcówkę ołówka próbując nanieść poprawki na jakiś projekt. (Nie)idealna opowieść o życiu, małym życiu, które paradoksalnie jest wielkie, ogromne, nieskończone. Piękne w swojej brutalności, prawdziwe w swoim okrucieństwie, ale przede wszystkim zapadające w pamięć. Nie mogę wyjść z podziwu, mimo że za miesiąc lub dwa dojrzę całą resztę wad tej historii, ale na tę chwilę (i na każdą kolejną też, mimo wszystko) polecam wam. Nie. Ja was zmuszam do przeczytania Małego życia. Jeśli czujecie się na siłach. A jeśli nie, to jeszcze poczekajcie. Ale nie zwlekajcie zbyt długo, kto wie, ile nasi bohaterowie jeszcze będą stąpać po tym świecie?

piątek, 6 stycznia 2017

Seria książkowo-zdjęciowa #grudzień2016



Cześć. Dzisiaj wstyd mi do Was przychodzić, z tym co mam. Z dwóch powodów tak naprawdę: po pierwsze dlatego, że jest tego mało, a po drugie, że jest tego tak mało, bo jestem zbyt leniwa, żeby skleić więcej tych... sklejek. W dodatku ten post miał nigdy nie powstać, ponieważ rezygnuję ze zdjęciowych podsumowań comiesięcznych, ale stwierdziłam, że Wam należy się słowo wyjaśnienia, a mi chociaż w pewnym stopniu odciąży to wyrzuty sumienia.

Wiem, że to nie tak, jakbym usuwała albo rezygnowała z bloga, ale od 2013 roku robię to w miarę regularnie, więc to troszkę takie rozstanie. Przyczyn mojej decyzji, jest kilka. Przede wszystkim chyba jednak fakt, że zaczęłam robić więcej zdjęć aparatem. I tutaj pewnie powiecie: no to Alicja, wstawiaj te zdjęcia. No i prawda, mogłabym to robić, tylko, że duża ilość tych zdjęć jest podobna. Różni się delikatnie światłem, przybliżeniem, nieco innym kątem ustawienia aparatu. Plus: większość zdjęć to autoportrety, jeśli można to tak nazwać. Kombinowałam parę tygodni z instagramem, co powinnam zmienić, bo mi to nie pasuje, aż w końcu doszłam do konsensusu z samą sobą i zdecydowałam. Dlatego teraz robię takie zdjęcia, a nie inne. 

Kolejną sprawą jest fakt, że choć podobają mi się zdjęcia, które robię prywatnie, to nie chcę się już nimi dzielić. To są moje małe pamiątki, które chcę, by zostały ze mną i tylko ze mną, na dłużej. Przestała mi się również podobać presja czasu, jak i ilości, którą czułam przez cały miesiąc: oo, tutaj wypadałoby zrobić zdjęcia, o nie, zostały tylko trzy dni do końca miesiąca, a ja zdjęć mam dwadzieścia, a nie sto dwadzieścia. I wiem, że wielu osobom by nie przeszkadzała mała ilość zdjęć, czy brak różnorodności, ale mnie samej przestało zachwycać robienie tego typu rzeczy. 

I na koniec, co teraz do mnie dotarło, również jest jednym z tych głównych i znaczących najbardziej powodów, który powinnam wymienić chyba pierwszy albo drugi to fakt, że chcę zrobić z mojego instagrama coś ciekawego. Wiem, że w sferze bookstagrama jest stosunkowo ciężko o przysłowiową oryginalność, bo wszystko to niknie w tysiącach albo nawet setkach tysięcy kont i zdjęć, wykorzystujących ten sam motyw, kąt padania światła, czy co jeszcze. Ale jestem zadowolona z tego, co robię, co do tej pory osiągnęłam, nawet jeśli nie są to zdjęcia idealne. Jestem z nich dumna i z chęcią je wrzucam na swój profil. Nie czując presji, by dać Wam znać, co aktualnie czytam, a czując autentyczną dumę z publikowania kolejnego zdjęcia, nawet jeśli z niego nie wynika, ile przeczytałam, albo co nowego kupiłam w księgarniach.

Mam nadzieję, że zrozumiecie i może zachęcę Was do zaobserwowania mnie na instagramie (@booksforlynch) i tam właśnie śledzenia moich fotograficznych poczynań i samodzielnego rozwoju, nabierania pewności siebie i autentycznej radości, a nie chorej potrzeby robienia kolejnych zdjęć. Natomiast teraz jeszcze zapraszam Was na te marne parę sklejek, które dla Was przygotowałam na grudzień. 









Trzymajcie się ciepło,
Alicja
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka