Wszystkie recenzje, inne teksty, zdjęcia stosików i zdjęcia książek zamieszczone na blogu Siostry W Bibliotece są naszą własnością i nie zgadzamy się na ich kopiowanie bez naszej wiedzy i zgody.
(Na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

piątek, 21 lipca 2017

szóstka wron + królestwo kanciarzy / leigh bardugo

Muszę przyznać, że  mam bardzo duży problem z ocenieniem tej serii, a raczej duologii (choć to podobno złe słowo) od Leigh Bardugo. Jeśli czytaliście mój post dotyczący Trylogii Grisza od tej samej autorki, to wiecie, że w moim odczuciu była to totalna klapa, choć szczerze powiedziawszy całość miała potencjał, w szczególności świat, jaki wymyśliła autorka. Niestety realizacja tej trylogii, od początku, do samego końca, leży w gruzach i właściwie nie sądzę, żeby jakiekolwiek dodatki mogły to uratować. Problem bowiem polega na tym, że ten świat jest bardzo pobieżnie nakreślony i jeśli samemu nie założy się paru rzeczy, to ciężko jest cokolwiek z tego wynieść, natomiast nie chcę tutaj znów wylewać swoich żali na Bardugo, a przynajmniej nie w tej chwili. Czemuż? Otóż, jak już napisałam, mam twardy orzech do zgryzienia ze względu na rozbieżne (nie jakoś bardzo, ale jednak) odczucia wobec pierwszego i drugiego tomu. Dlatego też nie jestem pewna, czy jeden post na te dwie książki jest odpowiednim rozwiązaniem mojego konfliktu tragicznego, natomiast nie mam innego pomysłu (mój głos w głowie podpowiada mi, że dwa oddzielne to też spoko posunięcie, natomiast fakt, że przeczytałam pierwszą część i nie napisałam o niej posta, a przeczytałam już drugą, trochę mi w tym przeszkadza). 

Chcę jednak opowiedzieć tutaj zarówno o pojedynczych częściach, krótko, bo krótko, ale jednak, jak i podsumować całość i jakie, finalnie, mam odczucia wobec Szóstki wron, jako tejże właśnie (podobno niepoprawnej) duologii.

Szóstka wron / Leigh Bardugo / Wydawnictwo MAG / 2016
★★☆☆☆

Jak większość z was zapewne wie, ta seria opowiada o losach tytułowej szóstki wron, czyli w gruncie rzeczy o sześciu osobach (no prawie), których łączy paranie się brudną robotą. Kaz Brekker, nasz główny bohaer, do którego jeszcze wrócę, nie martwcie się, jest jakby szefem tego gangu, chociaż ma on nad sobą jeszcze jednego człowiek, ale to nie jest aż takie ważne. Wracając do historii, Kaz dostaje zlecenie wydostania z Lodowego Dworu, która jest określana mianem niezdobytej wojskowej twierdzy, gdzie przetrzymywana jest osoba posiadająca pewien sekret, który każdy chce posiąść. Dla wron nie ma on (ten sekret), większego znaczenia, bo tak naprawdę chodzi im tylko o zdobycie pieniędzy, ogromnej sumy, jakiej nie widzieli nigdy na oczy.

Historia wydawała mi się całkiem ciekawa, głównie ze względu na to, że nie ma tutaj ratowania świata, a bohaterowie nie są typowymi bohaterami książek młodzieżowych, są oni bowiem, no, szumowinami z Ketterdamu, którzy popełniają liczne przestępstwa i żyją na krawędzi prawa. Natomiast jest jeden problem, to nastolatki, którzy nie mają w sobie ani krztyny bycia nastolatkiem. Ja wiem, niektórzy z nich przeżyli piekło, niektórzy musieli użerać się z wielkimi przeciwnościami losu, natomiast poza dwoma bohaterami (ewentualnie trzema), oni zachowują się jak czterdziestoletni ludzie, nie żebym miała coś do czterdziestoletnich ludzi, bo nie mam, ale to się kupy nie trzyma.

A wiecie kto nie trzyma się kupy najbardziej? Kaz Brekker. Nie musicie przecierać okularów, tutaj serio jest napisane Kaz Brekker. Wiem, że może nie powinnam się odzywać, bo mam dużo ulubionych bohaterów, którzy są dla wielu osób niezrozumiali i nie przypadli im do gustu, ale dla mnie Kaz jest najbardziej przereklamowanym bohaterem, jaki stąpa po papierowym świecie. Wiem, że gdyby nie on, to nasi bohaterowie pewnie nie zetknęliby się ze sobą nigdy, natomiast cóż... To jest dla mnie niezrozumiała postać, a w szczególności nie rozumiem tej miłości wobec jego osoby. Okej, ja również bardzo lubię te postaci, wykreowane na typowych bad boyów (nienawidzę używać tego określenia), natomiast Kaz to już szczyt wszystkiego, a może powinnam powiedzieć: dno wszystkiego (?). Nie neguję waszej/powszechnej miłości do niego, serce nie sługa, ale jednak do mnie to nie przemawia, ani trochę.

((O bohaterach będzie jeszcze później, ale to już raczej ogólnie, niźli odnośnie pierwszego tomu, więc poczekajcie chwilkę)) 

Mimo że w tej książce (rzekomo) działo się naprawdę dużo, to w moim odczuciu, nie działo się tutaj prawie nic. Może to kwestia tego, że ta konkretna akcja z napadem na ten Lodowy Dwór to ostatnie strony, a nie cała książka, nie wiem, ciężko mi to trochę ocenić, jednak ten tom ani trochę mnie nie urzekł. Nie było tutaj nic (poza Jesperem i Wylanem), co by sprawiło, że w jakimś większym stopniu miałabym radochę z czytania. Męczyłam się strasznie z tą książką, ale myślałam sobie: hej, Ala, to pewnie z tobą coś nie tak, bo wszyscy to kochają albo może się jeszcze rozkręci pod koniec, czytaj dalej. No i doczytałam. I się zawiodłam. Ale mam jedno ALE.

Królestwo kanciarzy / Leigh Bardugo / Wydawnictwo MAG / 2017
★★★☆☆ (dokładniejsza ocena; 3.75)

I tym jednym ALE jest drugi tom, czyli Królestwo kanciarzy. Podchodziłam jednakże do niego sceptycznie, nie chciałam powtórki z rozrywki, a raczej powtórki z zawodu po pierwszym tomie. I wiecie co? Jestem oczarowana. Okej, może nie jest to miłość, natomiast delikatne zauroczenie, takie wiecie, niewinne, wiosenne, które na myśl przywodzi słodki zapach kwiatów (co trochę gryzie się z brutalnością tej książki, ale to nie jest w tej chwili ważne). 

Główną i największą różnicą, jaka jest między tymi dwiema częściami to fakt, jak one są napisane. Nie powiedziałam jeszcze tego wprost, natomiast Szóstka wron jest napisania podobnie do Trylogii Grisza, co mnie okropnie męczyło i od czytania pięciu stron głowa robiła mi się ciężka i byłam zmęczona cały dzień. Natomiast Kanciarze albo byli napisani rzeczywiście lepiej, albo po prostu się do tego przyzwyczaiłam. Wolę jednak obstawiać to pierwsze, bo wtedy milej mi się myśli o tej autorce. Tak jak przy pierwszej części bolała mnie niemal głowa, tak tutaj już prawie od pierwszych stron była niezwykle rozbawiona i bynajmniej nie przez naginanie rzeczywistości, czy beznadzieję tej historii, świata i postaci. Byłam autentycznie szczęśliwa czytając tę część, z niemałą ekscytacją sięgałam po nią, wcześniej odkładając ją ze smutkiem, że muszę zająć się czymś innym. Jest to dla mnie fenomen, bo cztery, c-z-t-e-r-y, książki tej autorki nie dość, że były nieciekawe, to jeszcze bardzo słabo napisane.

Nie chcę opowiadać o fabule tego tomu, bo to nie miałoby sensu, natomiast szczerze muszę przyznać (wracam do bohaterów), że postaci w tej części zdecydowanie bardziej mi się spodobały, w sensie, nie zrozumcie mnie źle, tutaj są ci sami bohaterowie, którzy byli w Szóstce wron, natomiast ta część jakoś przywróciła mi wiarę w to, że oni naprawdę mogą być nastolatkami (poza Kazem, bo Kaz jest poza skalą wszystkiego) i dzięki temu zrobiło mi się tak cieplutko na serduszku, kiedy o nich czytałam. W dalszym ciągu, to Jesper i Wylan są moimi ulubionymi, ale polubiłam w Królestwie kanciarzy jeszcze bardziej Matthiasa i nawet obdarzyłam sympatią Ninę, która bardzo mnie denerwowała w pierwszym tomie. Kwestię Kaza i Inej pozostawię bez komentarza. Niestety apropos Niny nurtuje mnie pewna sytuacja, która została wyjaśniona w sposób pozbawiony logiki, a przynajmniej ja to tak odebrałam, nie jest to jednak temat, który chcę tutaj poruszać (bo to spoiler), nie było to jakieś niezwykle denerwujące, ale pozostawiło mnie z takim dziwnym uczuciem, jakbym miała mały kamyczek w bucie, który nie chce wypaść.

Koniec końców, jestem niesamowicie zaskoczona (pozytywnie) drugą częścią, natomiast nie rozumiem, dlaczego pierwsza wypada bardzo słabiutko, pozostanie to dla mnie chyba zagadką do końca życia. Nie będę raczej sięgała po nic innego, co wyjdzie spod pióra Leigh Bardugo (chyba że to będą książki o moich ulubionych postaciach), natomiast wam nie odradzam czytania tej duologii, chociaż nie ma pewnie już osoby, która by jej nie przeczytała. Mimo tych wszystkich mieszanych uczuć, całość nie prezentuje się aż tak źle, nie tak źle, jak trylogia Grisza, dlatego jeśli jednak jesteście osobą, która z Bardugo nie miała nic do czynienia, przeczytajcie tylko te dwie książki. Grisza nie jest obowiązkowa, by to zrozumieć świat i historię, bo to uniwersum w tamtych trzech książkach jest opisane po łebkach i nie warto marnować cennego czasu.

★★★☆☆ (całokształt)

poniedziałek, 3 lipca 2017

cień jabłoni // wojciech szlęzak


Cień jabłoni / Wojciech Szlęzak / Wydawnictwo JanKa / 2017

Są takie książki, które powodują, że zwalniam, zatrzymuję się w pędzącym świecie i zastanawiam się nad tym dokąd zmierzam, o czym marzę, czy tu i teraz jestem szczęśliwa. Ta książką na pewno do takich należy. I nie chodzi wcale o to, że całość rozgrywa się na sielskiej wsi, gdzie życie płynie tak wolno jak to możliwe, ale o relację jaka wywiązuje się pomiędzy dwoma z pozoru obcymi sobie mężczyznami. 

Akcja rozgrywa się w miejscowości Górna, w której dochodzi do spotkania dwóch bohaterów. Młodszy, anonimowy narrator, powraca do rodzinnej wsi, aby odciąć się od pędu miasta, karieru i bezsensownej powierzchownej egzystencji. Pewnego dnia zupełnie przypadkiem poznaje starszego mężczyznę, Grzegorza Adamczyka, któremu pomaga przy rozładowaniu węgla. To spotkanie skłania tego drugiego do swego rodzaju spowiedzi ze swojego życia. Wydawać się może, że tych dwóch dzieli wszystko - wiek, doświadczenie życiowe, a mimo to coś ich połączyło - ja osobiście odbierałam ich relację za wręcz intymną. Czasami zdarza się, że czujemy silną intymną więź z totalnie obcą osobą, być może chodzi o to, że łatwiej jest rozmawiać o swoich "brudach" z nieznajomym. Młody człowiek mimo to szuka wniosków dla siebie w opowieści Adamczyka. 

Rozmowa, a właściwie monolog, to głęboka refleksja nad ludzkim życiem, o szczęściu, miłości, nienawiści, ale i szukaniu celów w życiu.

Z początku trudno mi było utożsamić się z książką ze względu na płeć bohaterów. Od razu czuć, że książka pisana była przez mężczyznę o mężczyznach, ale z biegiem fabuły było coraz lepiej. I muszę przyznać, że nawet ten surowy twardy styl mi się spodobał. Sama okładka też jest dość oszczędna, ale idealnie odzwierciedla klimat fabuły -wolny, sielski i błogi. W trakcie czytania chce się wyjechać daleko od miasta i zwolnić. 

Książka idealna na wakacje. Polecam zabrać ją w sielskie wiejskie strony i tam delektować się jej pięknem, bo jest to pochwała wolnego życia, o którym wielu z nas niestety zapomina. 

mati, rafi i chomik z kosmosu // rafał kotek

 

Mati, Rafi i chomik z kosmosu / Rafał Kotek / Wydawnictwo Ridero / 2017

Jak już zdążyliście się przekonać, jestem wielką fanka literatury dziecięcej. A jeśli dodatkowo spełnia ona funkcję edukacyjną to nie trzeba mnie na nią długo namawiać. Ta książka bardzo długo czekała na swoją kolej, bo ze względu na obowiązki uczelniane kompletnie nie miałam czasu nawet na tak krótką historię (tylko 33 strony).

Bohaterami tej krótkiej książeczki jest dwoje przyjaciół, Mateusz i Rafał. Pewnego dnia trafiają na grupę łobuzów, która maltretuje chomika. Jeden z nich postanawia zaopiekować się zwierzątkiem, które po krótkim czasie okazuje się być przybyszem z kosmosu. Przybywa z misją uświadomienia młodemu pokoleniu jak ważne jest dbanie o środowisko na Ziemi. Jeśli ludzie nie zmienią przyzwyczajeń, grozi im zagłada. Udziela chłopcom lekcji jak wziąć odpowiedzialność za nasz dom, jakim jest planeta Ziemia. 

Zachowania ekologiczne nie są trudne, nie wymagają specjalistycznej wiedzy tylko chęci, a tych niestety większość nie ma, bo przecież prościej wyrzucić wszystko do jednego wora. Domy jednorodzinne mają obowiązek segregowania śmieci - służą do tego worki w specjalnych kolorach, ale w blokach nikt tego nie sprawdza. Wprawdzie w boksach ze śmietnikami są odpowiednie kontenery, ale i tak ludzie wrzucają śmieci gdzie popadnie. Sama segreguję śmieci i nie wyobrażam sobie inaczej. Jednak, aby to zmienić trzeba edukować. Rodzice powinni uczyć odpowiednich zachowań dzieci, ale jeśli sami nie segregują śmieci, to nie można wymagać tego od dzieci. Może lepiej edukować w szkole dzieci, aby nowa wiedzę zabrały do domu i uczyły rodziców...

Nie może być jednak tak kolorowo. Książka uzupełniona jest o kilka ilustracji - niestety nie są one w moim guście, ale to osobiste preferencje - ale jeśli chodzi o ilustracje to zabrakło mi ich przy lekcji o piktogramach na opakowaniach.  A dodatkowym minusem jest to, że książka dostępna jest tylko w formacie elektronicznym. O ile dorosłym to nie przeszkadza, to myślę, że dzieciom odbiera to cała magię z czytania i nauki. No i znalazłam w jednym miejscu pomylone imię, ale ogólnie nie jest źle.

Niemniej jednak polecam ją serdecznie, bo oprócz ciekawej historii dzieci mogą się nauczyć istotnych rzeczy dla naszego wspólnego dobra. Myślę, że historia sprawdzi się już dla dzieci w wieku 5 lat, mimo że bohaterowie mają osiem.

sobota, 1 lipca 2017

magnus chase / młot thora / rick riordan

 Magnus Chase i bogowie Asgardu. Tom II: Młot Thora / Rick Riordan / Galeria Książki / 2015

Riordan to topowe nazwisko, które średnio pojawia się w zapowiedziach raz do roku. Jest to również jeden z moich ulubionych autorów, dlatego jestem sama zaskoczona swoim oporem przed zabraniem się za kontynuację serii o odważnym Magnusie Chase'ie (który swoją drogą jest moją ulubioną postacią od Ricka zaraz po Nico di Angelo), natomiast jak to mawiają: lepiej późno, niż wcale. Muszę jednak powiedzieć, że bardzo się cieszę z tej mojej zwłoki, ze względu na to, że dopiero niedawno dotarło do mnie, że to tylko trylogia i kolejny tom będzie już ostatnim. Dlatego teraz będę umierać tylko parę miesięcy, a nie półtora roku. Bądźmy pozytywni!

Magnus Chase jest normalnym nastolatkiem. Zaraz, co? Żartowałam. Jest normalny w stopniu minimalnym. Ten mieszkający w Walhalli chłopak nie ma praktycznie nic wspólnego z normalnością, a mimo to nie przechwala się na prawo i lewo, jaki jest super oryginalny. Oby tak dalej, Magnus! W każdym razie, jak sam tytuł wskazuje na to, a jeśli nie tak stuprocentowo, to osoby czytające wcześniej powieści Ricka Riordana na pewno domyślają się, że jest aktualnie w świecie asgardzkich bogów problem z młotem Thora, Mjölnirem, który swoją drogą już zawsze będzie mi się kojarzył z Kat Dennings. Ale wracając do tego młotka, to on zaginał i spokojnie, to nie spoiler!!! Szok i niedowierzanie, co nie? Też nie mogłam się po tym otrząsnąć. 

Powiem Wam, że nie spodziewałam się, że ten tom przebije pierwszy i tak, miałam rację, nie przebił Miecza Lata, ale tak naprawdę brakowało tylko niewiele. Nie wiem, czy to za sprawą pojawienia się Alex (to jest naprawdę super postać, kocham ją całym serduszkiem, ale błagam Magnus, opanuj się!), czy też może przez to, że było mniej Heartha i Blitzena? A może powodem było coś innego? Ciężko stwierdzić, natomiast mimo wszystko jest to i tak bardzo dobra książka i świetny drugi tom z trylogii, a tych się podobno zazwyczaj nienawidzi.


Pamiętacie może, jak przy recenzji Radio Silence (kliknij tutaj) pisałam Wam o diverse books? Kocham takie książki, dzięki nim utwierdzam się w przekonaniu, że można pisać o czymś innym, niżli o takich samych bohaterkach, które po prostu żyją w innym świecie (albo nawet i nie) i robią dokładnie to samo. I chociaż mogłoby się wydawać, że Rick Riordan pisze ciągle o tym samym, a jego bohaterowie są do siebie bardzo podobni, to seria o Magnusie na pewno wyprowadzi Was z tego błędu. Mamy tutaj bardzo dużo różnorodnych postaci, przede wszystkim mamy bohaterkę, która jest Muzułmanką, występują tu postacie gender fluid, jest jeszcze niesłysząca postać, to pewnie jest raczej częstsze zjawisko w książkach, natomiast ja, póki co, chyba się z tym nie spotkałam. W dodatku jest dużo więcej tego typu rzeczy, których można się domyślić lub autor pozostawia je do własnej interpretacji, natomiast sądzę, że część z nich zostanie potwierdzona w trzeciej części. Wydaje mi się, że w XXI wieku, gdzie rzekomo wszyscy są tolerancyjni i nic nie powinno być tematem tabu, to świetny zabieg, by wplatać takie postaci w książki dla dzieci, bo prawda jest taka, że jeśli od razu się nie powie, że to tak naprawdę nie ma znaczenia: płeć, orientacja, narodowość, religia, czy też multum innych rzeczy, to później może być problem i to na naprawdę dużą skalę. Dlatego też jestem wdzięczna Rickowi Riordanowi za to, że tworzy tak wspaniałe historie, w dodatku dodając do nich, nawet nie odrobinę, ale naprawdę dużą ilość tego typu rzeczy.

Jeśli macie już te naście lat i nigdy nie czytaliście Percy'ego Jacksona lub Olimpijskich Herosów, ale chcielibyście zobaczyć, o co ten cały szum wokół Ricka Riordana, to Magnus Chase jest moim zdaniem świetny. W dodatku przyznam szczerze, że mimo sentymentu do Persiaka i herosów, to jednak jest to moja ulubiona trylogia od tego autora. Nie znaczy to jednak, że te dwie serie są mi obojętne, kocham je, ale jednak Magnus rządzi! I tak samo rządzi super poczucie humoru Ricka Riordana, niezaprzeczalnie.

★★★★☆

https://pl.pinterest.com/booksforlynch/magnus-chase/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka