Wszystkie recenzje, inne teksty, zdjęcia stosików i zdjęcia książek zamieszczone na blogu Siostry W Bibliotece są naszą własnością i nie zgadzamy się na ich kopiowanie bez naszej wiedzy i zgody.
(Na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

sobota, 30 kwietnia 2016

#kwiecień2016


 HEJKA NAKLEJKA!

   Nie. Nie będę kolejny raz mówiła o tym, jak to ten czas szybko leci. I nie, nie powiem Wam, że mam nadzieję, że w maju będzie lepiej. I nie, nie mam czasu na czytanie, a tak czy siak czytam. Sama nie wiem, co ze mną jest nie tak. Tak, kocham czytać, ale nie, nie powinnam czytać teraz. Cóż, życie składa się z tylu paradoksów, że już nie wiem, co robić i jak żyć. Jak żyć, ludziki?

   Miesiąc kwiecień był miesiącem bardzo fajnym, zarówno pod względem czytelniczym, jak i życiowym (?), haha. Byłam na kilku fajnych wydarzeniach, książkowych jak i nie, ale przecież nie samymi książkami człowiek żyje. Jest jeszcze matematyka. A matematyka to życie. Jednak przede wszystkim dzisiaj opowiem Wam o fantastycznych (i tych mniej fantastycznych) książkach, jakie udało mi się w tym miesiącu przeczytać. Z wyniku jestem zadowolona i liczę na to, że w maju uda mi się go powtórzyć, chociaż nie wiem, jak to wyjdzie. Cóż, zobaczymy!

CO UDAŁO MI SIĘ PRZECZYTAĆ?

   Swój czytelniczy miesiąc rozpoczęłam z książką Pani Noc Cassandry Clare (link do recenzji) i totalnie się na tej powieści zawiodłam. Nie wiem już, co tak naprawdę podobało mi się w twórczości tej autorki, w sumie nie jest najgorsza, ale jednak już chyba mi się przejadła. I chyba już tylko z sentymentu jestem w stanie czytać cokolwiek, co wyszło spod pióra pani Clare. Dla ciekawskich: tak, sięgnę po kolejne tomy. // Gdy tylko skończyłam Panią Noc potrzebowałam czegoś lekkiego, co na pewno mi się spodoba i tym oto sposobem sięgnęłam po Girl Online autorstwa Zoelli (link do jej kanału). Początkowo, gdy usłyszałam, że Zoe wydaje książkę, nie byłam pozytywnie nastawiona. Szczerze mówiąc, za nią nie przepadałam i idiotycznym pomysłem wydało mi się wydawanie przez nią jakiejś powieści. Jednak teraz cofam to, co powiedziałam wcześniej, bo Girl Online naprawdę mi się podobała. Jak najszybciej muszę zabrać się za drugi tom i wtedy nagram filmik na kanał, taką zbiorczą recenzję obydwu tomów, więc stay tuned! // Gdy skończyłam GO sięgnłam po Will Grayson, Will Grayson Johna Greena i Davida Levithana, jednak w pewnym momencie przybyło do mnie Remedium od wydawnictwa Feeria Young (link do recenzji), więc czym prędzej zabrałam się za czytanie i nie żałuję! Mimo że jest to dodatek do serii, to jak najbardziej udany, nie naciągany. Chociaż przyznam szczerze, że troszkę pytań mi się w dalszym ciągu nasuwa, gdy myślę o tych wszystkich samobójstwach. // A wracając do Willów Graysonów - byłam pełna obaw, gdy zabierałam się za czytanie, ale koniec końców pokochałam tę powieść! Narracja Levithana troszkę mi się momentami nie podobała i było kilka zgrzytów, ale serio, polecam gorąco. (link do recenzji) // Następną książką, za jaką się zabrałam był Rok 1984 Orwella. Jedyne co na razie mogę powiedzieć to WOW, wielkie wow. // Do Szklanego tronu zabierałam się długo i żałuję, że dopiero teraz... TA KSIĄŻKA JEST GENIALNA! // Myślałam,. że Szklany tron będzie ostatnią powieścią przeze mnie przeczytaną w kwietniu, ale okazało się, że mam jeszcze trochę czasu na Historię pszczół. Wprawdzie nie udało mi się jeszcze jej przeczytać, ale połowa już za mną, więc w maju możecie spodziewać się recenzji.


CO CIEKAWEGO WYSZPERAŁAM W SIECI?


   Nie wiem, jak Was, ale mnie przeraża to, co się aktualnie dzieje się na świecie. Nie mówię tu o zamachach, mordowaniu ludzi, zwierząt, bo to już przechodzi ludzkie pojęcie. Mówię o naszym środowisku, to, co człowiek robi z nim dla pieniędzy jest strasznie. To, jak traktuje naszą planetę. Wycinanie drzew to nie jedyna rzecz, która jest aktualnie problemem. Zaczynając uczyć się geografii te parę lat temu nie zdawałam sobie sprawy z ogromu problemu, jakim jest niszczenie naszej planety. Dopiero po jakimś czasie sobie to uświadomiłam. Wiem, że jeden filmik nie zmieni myślenia ludzi wiem, że w dalszym ciągu wszyscy będą robić to, co robili. Ale może chociaż Wasze spojrzenie na świat trochę zmieni. Bo trzeba przejmować się takimi rzeczami. To, co jest teraz jest już straszne. Co więc będzie za te paręnaście, parędziesiąt lat?

   Beata z bloga Czas dla książki poruszyła na swoim blogu bardzo fajny temat, a mianowicie jak czytać książki w języku angielskim. Wiem, że dużo osób coraz częściej ma ochotę sięgnąć właśnie po anglojęzyczną wersję swoich ulubionych powieści albo poznać coś nowego, co nie zostało u nas jeszcze wydane, także lećcie do niej i na pewno się dowiecie, co należy zrobić!


    W Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego ostatnio z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich była bardzo fajna akcja, dzięki której można było zaopatrzyć się w nową książkę! Trik polegał tylko na tym, że były one opakowane w gazetę, więc brało się w ciemno. Fajna akcja wspierająca czytelnictwo. Powinno być takich więcej!

   Klaudia czuje się okradziona z tożsamości przez blogosferę, ale nie tylko ona. Zresztą, przeczytajcie, bo takich przypadków jest coraz więcej. Ostatnio zauważyłam również post o egzemplarzach recenzenckich na jednym z blogów, który jest łudząco podobny do mojego, a tytuł również podobny do tytułu jednego z filmików na moim kanale, Żal i tyle. Nie wiem, co ludźmi kieruje.

   Nie wiem, czy wiecie, ale jestem osobą, dla której wydarzenia historyczne są ważne. Chociaż za historią w szkole nie przepadałam, bo uważam, że takiej wiedzy nie powinno się oceniać, to uwielbiam czytać różne rzeczy na różne tematy. Jako że chodziłam do liceum, które znajdowało się na terenie byłego Getta Warszawskiego i sąsiaduje ono od niedawna z POLIN-em, czyli Muzeum Historii Żydów Polskich, jestem nieco bardziej z tym związana... W każdym razie Tymek z Młodych Dwudziestoletnich napisał bardzo mądry i ciekawy artykuł z okazji 73. Rocznicy Powstania w Gettcie. Jak już pisałam na Instagramie - warto pamiętać i uczcić ofiary chwilą ciszy.

Mam nadzieję, że Wam kwiecień minął dobrze i przeczytaliście coś fajnego :)

piątek, 29 kwietnia 2016

Rok 1984 // George Orwell

"Wielki Brat Patrzy – to właśnie napisy tej treści, w antyutopii Orwella krzyczące z plakatów rozlepionych po całym Londynie, natchnęły twórców telewizyjnego show „Big Brother”. Czyżby wraz z upadkiem komunizmu wielka, oskarżycielska powieść straciła swoją rację bytu, stając się zaledwie inspiracją programu rozrywkowego? Nie. Bo ukazuje świat, który zawsze może powrócić. Świat pustych sklepów, permanentnej wojny, jednej wiary. Klaustrofobiczny świat Wielkiego Brata, w którym każda sekunda ludzkiego życia znajduje się pod kontrolą, a dominującym uczuciem jest strach. Świat, w którym ludzie czują się bezradni i samotni, miłość uchodzi za zbrodnię, a takie pojęcie jak ‘wolność” i „sprawiedliwość” nie istnieją. Na kuli ziemskiej są miejsca, gdzie ten świat wciąż trwa. I zawsze znajdą się cudotwórcy gotowi obiecywać stworzenie nowego, który od wizji Orwella dzieli tylko krok. Niestety, piekło wybrukowane jest dobrymi chęciami. A dwa plus dwa wcale nie musi się równać cztery."
- lubimyczytac.pl

// Dwójmyślenie oznacza przede wszystkim umiejętność wyznawania dwóch sprzecznych poglądów i wierzenia w oba naraz // 

   Każdy z nas ma taką listę książek, które chce przeczytać, ale nie wie, kiedy to się zdarzy i w rezultacie takie powieści czekają na swoją kolej latami, żeby w końcu uzyskać naszą uwagę i koniec końców nas oczarować. Tak właśnie miałam z Rokiem 1984 Georga Orwella. O tej powieści było głośno. Zawsze i wszędzie. Wiedziałam, że ją przeczytam i nawet raz się do niej zabrałam, ale nie udało mi się jej skończyć. Pomyślałam: okej, Rok 1984 musi poczekać na lepsze czasy. I wreszcie one nadeszły, a ja zupełnie spontanicznie wzięłam się za tę lekturę. Ale wiecie co? Było warto i tego nie żałuję! Trochę szkoda, że pierwsze podejście nie zakończyło się sukcesem, ale jak to mawiają: lepiej późno, niż wcale. 

   Obawiam się trochę pisania tej recenzji, ponieważ takie książki trudno opisać i bardzo łatwo zepsuć zamysł, który mamy odnośnie przekazania tego, co najważniejsze. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko uda mi się spisać to, co kotłuje się w mojej głowie po skończeniu Roku 1984 i nie mówię tu tylko o tym, co od razu mnie uderzyło po skończeniu, ale również o tym, co zostało ze mną na długie godziny i dawało powody do rozmyślań. 

   Początek niesamowicie mi się dłużył, chociaż u mnie tak jest zazwyczaj. Potrzebuję trochę czasu, by wkręcić się w klimat danej powieści, poznać bohaterów. Tutaj jednak było trochę inaczej i momentami miałam nawet wrażenie, że te rozdziały to są trochę nudne, trochę przydługie. Jednak z czasem te myśli gdzieś się rozpłynęły, a ja nie mogłam uwierzyć, jak szybko przewracam kolejne strony i jak bardzo wciągnęłam się w tę historię. Ale, ale... no właśnie. W jaką historię? Już tłumaczę. 

   Mamy rok 1984. Londyn. Trzyklasowy podział - standard. Winston Smith wiedzie normalne życie członka Wewnetrznej Partii. Ma więc wszystkiego pod dostatkiem, nie może na to narzekać. Coś jednak mu przeszkadza. A może jednak mu czegoś brakuje? Ciężko stwierdzić. Jedyne co można powiedzieć na pewno to to, że Wielki Brat patrzy. Smith zaczyna działać w sposób, który nie jest zgodny ze standardami. Jego zachowania odbiegają od normy i chociaż z początku próbuje je ukrywać, to nie do końca mu to wychodzi. Jak to mawiają: kłamstwo zawsze wyjdzie na jaw. Ale czy Winston przypadkiem nie odkrył prawdy, którą rząd ukrywa przed swoimi obywatelami? Masowe czystki obywateli, którzy choćby myślą sprzeciwią się Wielkiemu Bratu, niesprawiedliwe procesy i zaburzanie rzeczywistości przez media to chleb powszedni w Oceanii. Proces zmiany przeszłości to codzienność dla Winstona i jemu podobnych. Jednak czy to jest ta prawda, którą obywatele są karmieni? 

   Z pozoru wydaje się to bardzo nudna i nic niewnosząca do naszego życia historia. Jednak ci z Was, którzy wiedzą, o czym Orwell pisywał i znają Folwark zwierzęcy domyślają się, że Rok 1984 również od normalności jest daleki. Czy to źle? Wręcz przeciwnie. Ta powieść nie jest delikatna. Nie znajdziecie w niej niezwykłej pierwszoplanowej bohaterki, która będzie wzorem do naśladowania. Zakończenie nie będzie takie, jakiego byście się spodziewali. Ale wiecie co? To bardzo dobrze. Wydaje mi się, że czasem, ba, nawet często, powinniśmy zmienić swoje nawyki czytelnicze i zająć się literaturą nieco wyższych lotów, do której należy właśnie ta powieść (oczywiście tylko między innymi).

   Rok 1984 nie dość, że jest nieco mroczny sam w sobie, to najgorszy jest moment, w którym uświadamiamy sobie, że tak naprawdę to, co jest tam opisane istnieje do dziś. W większym lub mniejszym stopniu, nie wszędzie, ale jednak tak. Ciarki mi przechodzą po plecach, jak przypominam sobie wszystkie teksty, które musiałam czytać w szkole i które były łudząco podobne do tego, z tą różnicą, że tamte były spisane przez ludzi, którzy brali w tym udział. Nie mówię tutaj, że Orwell sobie to wymyślił, Boże broń (!), odsyłam do życiorysu autora, jeśli jesteście ciekawi. Chodzi mi raczej o to, że Orwell odniósł rzeczywistość w jakiej żył do fikcji (politycznej, dodajmy), a ja mówię o prawdziwych wspomnieniach.

   Każdy kolejny rozdział to porcja nowych emocji, to kolejne godziny zastanawiania się, co będzie dalej, jak to wszystko się to potoczy i jakie skutki będzie miało na samym końcu. I wiecie co? Mimo tego, że zakończenie mnie zszokowało, jestem w stanie zrozumieć, dlaczego autor tak skończył tę historię, to rozumiem również punkt widzenia osoby, której zakończenie totalnie nie przypadło do gustu. Wiem, że to dziwnie może wyglądać, ale gdy sami przeczytacie, to może zrozumiecie, o co mi tak naprawdę chodzi.

   Jestem pod ogromnym wrażeniem i nie spodziewałam się, że ta powieść wzbudzi we mnie takie emocje, że mimo wszystko się zakocham. Jestem przerażona, oczarowana i zdezorientowana jednocześnie. Ciężko to ogarnąć, ciężko Orwella jest pokochać za to, co pisał, ale pisał mądrze i uważam, że jego twórczość zawsze będzie na czasie, że tak sobie pozwolę określić. Jednak na Rok 1984 musi przyjść odpowiedni moment. Nie zmuszajcie się do czytania tej książki, choćby nie wiem co, bo inaczej się Wam nie spodoba i jej sensu nie zrozumiecie. Ale naprawdę warto poczekać, dać sobie czas i sięgnąć za tydzień, miesiąc, rok albo i lat dziesięć. Ale to trzeba przeczytać. Geniusz w czystej postaci. 


// Normalność nie jest kwestią statystyki // 

★★★★★★★★★★★


Rok 1984, George Orwell; Wydawnictwo Muza, 2014

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Will Grayson, Will Grayson - John Green + David Levithan

"Pewnego zimnego wieczoru w Chicago przecinają się ścieżki dwóch Willów Graysonów. Nazywają się tak samo, ale do tej chwili żyli w zupełnie różnych światach. Teraz ich życie rusza w całkiem nowym i nieoczekiwanym kierunku. Po drodze jest miejsce na przyjaźń i miłość, muzykę i futbol, a emocjonalna plątanina znajduje kulminację w najbardziej szalonym i spektakularnym musicalu, jaki kiedykolwiek wystawiono na deskach licealnych scen."
- lubimyczytac.pl


   Macie czasem tak, że mimo że książka zbiera słabe opinie jesteście ciekawi, czy Wam się spodoba? Ja mam tak bardzo często. W sumie, to zawsze chcę sama zapoznać się z daną książką, żeby samej się przekonać, czy coś jest rzeczywiście takie tragiczne. W przypadku Willa Graysona, Willa Graysona właśnie tak było. Jedni mówili, że średnie, inni że to totalna porażka, a jeszcze innym się podobało. Jednak z mojego śledztwa wywnioskowałam, że ta powieść nie jest godna uwagi. Jak było u mnie? Cóż, rozumiem, dlaczego niektórym się podoba, a innym nie. Akurat w moim przypadku było tak, że należę do tej grupy osób, którym się podobała. I to bardzo!

Mała uwaga: Will 1 to ten wykreowany przez Greena, a Will 2 to ten wykreowany przez Levithana.

   Will 1 mieszka w Chicago i jego życie jest najzwyczajniej w świecie nudne. Ma przyjaciela Kruchego, który nie ukrywa się ze swoją odmienną orientacją. Ten Will nie lubi się wychylać, woli siedzieć cicho, a zasada ciszy w jego przypadku jest nie do obejścia. Will 2 to inna bajka, na pozór, bo tak naprawdę są oni do siebie bardzo podobni. W każdym razie Will 2 ma problemy ze sobą, tak jak Kruchy jest innej orientacji seksualnej, jednak on się z tym ukrywa. Nie cierpi, gdy ktoś zwraca na niego uwagę. Chyba, że to Isaac, tajemniczy chłopak z Internetu. Co ma jeden Will do drugiego? Zupełnie nic, Jednak życie zarówno Willa 1, jak i Willa 2 odmieni się, gdy ci dwaj się spotkają. 

   Jak już mówiłam, miałam troszkę sceptyczne nastawienie, ale zupełnie niepotrzebnie i zupełnie bezsensownie Will Grayson, Will Grayson czekało na mnie aż rok! Wprawdzie gdzieś tak do 115-120 strony nie byłam przekonana do tego, co wymyślił David Levithan, jednak z każdą kolejną stroną było już coraz lepiej. Może to już była tylko kwestia przyzwyczajenia, ale skoro i tak mi się spodobało, to jakie to ma znaczenie? Ale generalnie mogę stwierdzić, że tę powieść czyta się zarówno bardzo szybko, jak i bardzo przyjemnie. Czytelnik nie orientuje się, kiedy te strony umknęły, a gdy przychodzi czas na zakończenie, chciałby więcej.

   Z każdym kolejnym rozdziałem coraz bardziej zakochiwałam się w bohaterach, zarówno w pierwszym, jak i w drugim Willu. Jednak moje serce najbardziej podbił Kruchy. Zdaję sobie sprawę, że Kruchy to bardzo skrajna postać, ale jaka pozytywna, ciepła i pełna energii. Już dawno nie miałam do czynienia z tak fajnie wykreowaną postacią drugoplanową, która w sumie w pewnym momencie przejmuje rolę Willa 1 i staje się główną postacią, a przynajmniej taką, wokół której wszyscy skaczą.

   Co do zakończenia, to powiem szczerze, że jestem nim usatysfakcjonowana. Nie jest jakoś za bardzo przesadzone, takie okej. Bez większych fajerwerków, ale w sumie do tej historii takie jest idealne, przynajmniej moim zdaniem. Czasami zakończenia niektórych książek mnie drażnią, a z tym tak nie było. W dodatku Will Grayson, Will Grayson pozostawia w czytelnika w stanie konsternacji (ale takiej pozytywnej), gdzie ten zaczyna zastanawiać się nad tym, co go otacza. Nie mówię, że Green i Levithan zmuszają nas do podjęcia nauk odnośnie czarnych dziur czy fizyki kwantowej, jednakże w dalszym ciągu są to wartościowe rzeczy i każdy powinien się sam zastanowić, o co w tym tak naprawdę chodzi. 

   Will Grayson, Will Grayson porusza bardzo ważny dzisiaj temat. Homoseksualizm w dzisiejszych czasach jest bardziej powszechny niż kiedyś i mówi się o nim zdecydowanie więcej, ale w dalszym ciągu nie wszyscy są w stanie się z tym pogodzić. A przecież takie osoby to normalni ludzie, jak ja, czy Wy. Może dwaj Willowie nie odmienią całego świata, ale mogą odmienić czyjeś myślenie, a to już dużo. 

   Uważam, że ta powieść nie zasługuje na te wszystkie złe recenzje, ale zdaje sobie sprawę, że nie każdemu takie historie mogą przypaść do gustu. Jak dla mnie była to fantastyczna historia, w której dwóch autorów połączyło swoje siły i fajnie wpletli historię Willów. Ta pełna cudownych cytatów książka zasługuje na uwagę. No i przyznajcie się, czy ta okładka nie robi na Was wrażenia?

★★★★★★★★★☆

Will Grayson, Will Grayson, John Green + David Levithan; Wydawnictwo Bukowy Las, 2015

niedziela, 24 kwietnia 2016

DLACZEGO DAJĘ SZANSĘ KAŻDEJ KSIĄŻCE?


   Dzisiaj chciałabym z Wami podyskutować odnośnie bardzo ciekawego zjawiska, jakim jest czytanie każdej książki. To może być trochę mylące, przecież nie przeczytam w swoim życiu wszystkiego, jednak mówię tutaj głównie o lekturach szkolnych oraz powieściach, które zbierają negatywne opinie albo kontynuacjach, których pierwszy tom nie bardzo mi się podobał. Wiem, że czytanie powinno sprawiać nam radość i ja czytając nawet słabe książki, nie uważam, żebym marnowała jakoś super czas (chociaż są przypadki, w których żałuję przeczytania danej powieści).

   Dużo kontrowersji w moim czytelniczym życiu wzbudza fakt, że czytam drugie, trzecie albo Bóg jeden wie które tomy, gdzie wcześniej książki mi się nie podobały. Dostałam już sporo komentarzy odnośnie tego, dlaczego czytam książki, które wiem, że mi się nie spodobają. W sumie, skąd założenie, że wiem? Nie przeczytałam, dlatego czytam, żeby się dowiedzieć. To moja sprawa, czy marnuję czas nad drugim tomem Czerwonej królowej, heloł, to mój czas, ale nieważne. Mimo że w tym przypadku akurat się zawiodłam, bardzo często miałam tak, że w końcu książki zaczęły mi się podobać i mogłam je z czystym sumieniem polecać. Więc jak dla mnie to nie jest głupie, że kontynuuję serie, które na początku nie przypadły mi do gustu.

   W swoich recenzjach czasem piszę, że czegoś Wam nie polecam, jasna sprawa, że nie będę polecać Wam książek, które mi się nie podobały, jednakże to nie ma żadnego wpływu, a przynajmniej nie powinno mieć dla osoby, która na własnej skórze chce przekonać się, czy jej się spodoba. Nie ingeruję w Wasze życie, dzielę się tylko tym, co myślę na temat danej powieści, a hejtujące komentarze typu po co to czytasz, skoro mówisz, że ci się nie podoba? zbywam machnięciem ręki. Nic nikomu do tego, co czytam i przede wszystkim dlaczego czytam.

   Wychodzę z założenia, że każdy ma własny rozum i się zastanawia, dlaczego powinien coś przeczytać, albo czemu tego czytać nie powinien ukośnik czytać nie chce. Ja naprawdę nie potrzebuję nadzorcy odnośnie mojej listy lektur na dany tydzień, miesiąc lub rok. Czytam to, co chcę z powodów, jakie uważam za słuszne.

   Tak więc, dlaczego rzeczywiście daję szansę każdej ksiażce? Bo z książkami, jak z ludźmi - na pierwszy rzut oka mogą wydawać się nudne, niefajne i niewarte uwagi. A z czasem można pluć sobie w brodę, że wcześniej nie dało się szansy danej powieści lub osobie, z którą później można mieć naprawdę wspaniałe wspomnienia. 

piątek, 22 kwietnia 2016

Księga jesiennych demonów - Jarosław Grzędowicz


"Wierzysz w demony? Większość ludzi nie wierzy.

Niesłusznie. Demony istnieją. I potrafią zniszczyć twoje życie. Tylko dlatego, że na kogoś musiało paść. A może kiedyś wszedłeś w ich sfery lub po prostu zwróciłeś na siebie ich uwagę zbytnim optymizmem? Może uśmiechnąłeś się w złym momencie? A terasz dziwisz się, że życie wali ci się na głowę...

Księga jesiennych demonów to książka o wszystkim, co niezwykłe; o wszystkim, co nie powinno się zdarzyć w życiu normalnego człowieka. A jednak się zdarza.

Proste rozwiązania są dla prostych problemów. Dla ciebie jest Księga."

- od wydawcy

   Do tej pory Grzędowicza kojarzyłam z serii Pan Lodowego Ogrodu. Nie ciągnęło mnie do lektury tejże, ale jak zobaczyłam Księgę jesiennych demonów w księgarni byłam oczarowana okładką. Takie niepokojąco straszne okładki to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Minęło jednak trochę czasu zanim nabyłam swój egzemplarz (na czytnik).

   Nie zaczęłam czytać od razu, ale jak to nastąpiło to przeczytałam całość w 3 dni. Niestety nie dlatego, że jest takie wciągające i trzymające w napięciu, ale dlatego, że liczyłam, że w końcu dostanę to, czego po niej oczekiwałam. A oczekiwałam bardzo dużo... I się zawiodłam. Warsztatowo jest super, ale, biorąc pod uwagę okładkę, spodziewałam się horroru w realiach na przestrzeni mistycznej.

   Całość podzielona jest na kilka mniejszych historii różnych ludzi. Prolog i Epilog stanowią jedność. Znajdziemy tu człowieka który otrzymał kartę kredytową, którą możesz płacić wszędzie, mimo że nie płacisz pieniędzmi (swoją drogą to chyba było najlepsze opowiadanie). Znajdziemy historię terapeuty, do którego zgłasza się Bóg z problemami egzystencjalnymi. Znajdziemy czarownicę, która związała swój los z wilkołakiem. A na sam koniec poznajemy wierzenia w czarne motyle, które zwiastują śmierć.

   Nie mówię, że była to słaba lektura, bo taka nie była. Podobała mi się ta książka, ale niestety nie było to to, czego oczekiwałam. Mam mieszane uczucia. Nie wiem czy Wam ją polecać, ale nie wiem też czy mogę się podpisać pod niepolecaniem. 

★★★☆☆☆
Księga jesiennych demonów, Jarosław Grzędowicz, Fabryka Słów, 2014

środa, 20 kwietnia 2016

Podróż na sto stóp - Richard C. Morais


   "Wibrująca kolorami, zapachami i smakami kuchni powieść, kipiąca nimi aż po brzegi kart, serwuje rubaszną biesiadę ze słów o rodzinie, narodowościach i tajnikach dobrego smaku.
Hassan Haji to zdumiewający smakosz, który w tej uroczej książce opowiada dzieje swojego życia. Bohater prowadził w Bombaju skromną restaurację. Zmuszony do emigracji, osiedla się we francuskiej wsi Lumiere, naprzeciwko znanego francuskiego kucharza i zakłada tam maleńką restaurację. Jej wielki sukces wywołuje międzynarodową wojnę."

- od wydawcy

   O książce dowiedziałam się jak ukazał się zwiastun filmu. Tak wiem, jako studentka indologii powinnam wiedzieć o wszystkim, co dotyczy Indii, ale tak nie jest. Przepraszać nie będę.

   Rodzina Haji ucieka z Indii w wyniku prześladowań na muzułmanach. Porzuca rodzinną restaurację i udaje się do Anglii. Klimat nowego miejsca bardzo im nie odpowiada i postanawiają wyruszyć w podróż po Europie i smakować specjałów w każdym kraju.

   Gdy w małej miejscowości we Francji psuje im się samochód tuż przed zaniedbaną posiadłością na sprzedaż, głowa rodziny Haji postanawia o osiedleniu się w niej i założeniu tam restauracji. Jednak w posiadłości naprzeciwko swoją siedzibę ma jedna z najbardziej prestiżowych restauracji we Francji, a jej właścicielce nie podobają się nowi sąsiedzi.

   Konflikt pomiędzy restauracjami narasta - czytelnik nieźle się ubawi, czytając o nowych pomysłach jednej ze stron, aby uprzykrzyć życie tej drugiej. Jednak w indyjskiej restauracji rośnie kucharz o niespotykanym talencie łączenia smaków. Może to właśnie on połączy zwaśnionych właścicieli restauracji? A może wyruszy we własną podróż? Jeśli zdecydujecie się sięgnąć po tę książkę, zabierze ona Was w niesamowitą podróż po smakach Francji, ale i Indii.

   Jest to książka o poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi, o poszukiwaniu samego siebie, o odkrywaniu nowych smaku i dążeniu do spełnienia własnych marzeń.

   Nie lubię okładek filmowych, dlatego dużo bardziej podoba mi się ta niefilmowa, bo już na wstępie czuć klimat Indii, choć fabuła dzieje się we Francji. Co do samego filmu to muszę powiedzieć, że bardzo się na nim zawiodłam. Scenarzysta zmienił chyba wszystko, co można było zmienić, włącznie z nazwiskiem głównego bohatera. Choć sam film, bez porównywania go do książki, jest sympatyczny. No i fantastyczna Helen Mirren!

   Wyszło krótko i mam wrażenie, że bez ładu i składu. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie, bo książkę czytałam już bardzo dawno temu. Mam również nadzieję, że mimo to ktoś z Was sięgnie po tę niesamowitą powieść i da się uwieść fuzji francuskiej i indyjskiej kuchni.

★★★★★★★★☆☆

Podróż na sto stóp, Richard C. Morais, Wydawnictwo Bellona, 2013

piątek, 15 kwietnia 2016

Program. Remedium - Suzanne Young

"Czy można wcielać się w różne postaci, nie tracąc swojej własnej tożsamości?
W świecie przed Programem…

Siedemnastoletnia Quinlan McKee ma niezwykły dar i od lat z powodzeniem go wykorzystuje – niesie pocieszenie rodzinom zmarłych nastolatków. Pomaga krewnym przetrwać żałobę, wchodząc na pewien czas w rolę tych, którzy niedawno odeszli. Nosi ubrania i fryzury zmarłych, a obejrzawszy filmy i zdjęcia z ich udziałem, przejmuje ich zachowania. Czasem nawet zdarza jej się mylić swoją własną przeszłość z losami tych, których role odgrywa. Jest tylko jeden warunek: nie wolno jej się angażować emocjonalnie.

Choć doskonale wie, że jest to surowo zabronione, to od kiedy stała się Cataliną Barnes, między nią a chłopakiem zmarłej dziewczyny zaczyna rodzić się więź. A to dopiero początek trudności. Bo gdy Quinlan poznaje prawdę o śmierci Cataliny, komplikacji przybywa. Ponieważ ta śmierć mogła nastąpić w wyniku epidemii…"
- lubimyczytac.pl

 // Jak powiada stare przysłowie: nieszczęścia chodzą parami. A smutek bywa zaraźliwy //

   Wiecie co kocham w książkach najbardziej? Fakt, że każda z nich, mimo że może być którymś tomem z serii, jest tak naprawdę oddzielną historią, którą odbierać mogę zupełnie inaczej, niż poprzednie. To jest wspaniałe, bo mimo że mam w głowie jakiś obraz tego, jak wszystko może się potoczyć, to tak naprawdę autor, lub w tym przypadku autorka, może poprowadzić całość zupełnie inaczej. To jest magiczne. Zapytacie pewnie, czemu o tym mówię. Otóż dlatego, że myślałam, że Remedium będzie fajnym, aczkolwiek niezobowiązującym dodatkiem do Plagi oraz Kuracji samobójców. Nie macie pojęcia, jak bardzo się myliłam! Ale żeby dowiedzieć się więcej szczegółów i tego, jak mi się książka spodobała - zapraszam do dalszej części recenzji.

   Quinlan McKnee ma siedemnaście lat i jest sobowtórem. Spytacie pewnie, o co chodzi? Sobowtór to zawód. Dziewczyna ma za zadanie pomagać rodzinom zmarłych uporać się z żałobą udając ich córkę, rodzice mogą przelać swój smutek na nią, domknąć ostatnie sprawy, pożegnać się, tak jakby tego chcieli. Z powodzeniem nastolatka dostaje kolejne kontrakty, które zapewnia jej pieniądze na utrzymanie do końca życia. Bardzo dobrze płatna praca, ale czy opłacalna? Co się stanie z psychiką Quinn, kiedy ta już nie będzie w stanie wytrzymać tego smutku, który jest wokół niej? I czy przypadkiem jej ojciec nie skrywa pewnej tajemnicy, która może zniszczyć jej świat?

   Tak jak już pisałam we wstępie, po Remedium nie spodziewałam się ego, co dostałam. Pierwszym szokiem, chociaż w sumie nie powinno to być aż takie zadziwiające, byli nowi bohaterowie. W sumie, samobójstwa były już od dawna, więc logiczne, że to zaczęło się wcześniej... Jakoś nie brałam tego pod uwagę. Nie mówię, że to źle, że pojawili się inni bohaterowie, jak pisałam, to jest logiczne, ale jakoś nie przyszło mi do głowy. Fajnie jest poznać nowe postaci, chociaż momentami miałam wrażenie, że są zbyt podobne do Sloane i Jamesa. Jednak nie są oni tak tragiczni, w sensie bohaterowie - Quinn, Aaron i Deacon - nawet wkręciłam się w ich historie i chętnie przeczytałabym ich dalsze losy.

   Remedium podzielone jest na trzy części i każda z nich kończy się niespodziewanie, zbyt szybko, jednak nie jest to złe. Wręcz przeciwnie - dzięki tym zakończeniom mamy ochotę czytać dalej, jednak najgorsze jest na samym końcu, jak dociera do nas, że już przeczytaliśmy wszystko i książka się już skończyła. Powiem Wam szczerze, że pierwsza część była troszkę nudnawa, jednak tak czy siak czytało się ją bardzo przyjemnie. W drugiej poczułam ciarki na skórze, zaczęło się robić nieco mroczniej i pojawiło się wiele nierozwiązanych tajemnic, ale trzecia część to petarda! I moim zdaniem była najlepsza. Mam jednak pewne zastrzeżenia, bo autorka namnożyła tych tajemnic, a jedynie część wytłumaczyła w satysfakcjonujący dla mnie sposób.'

   Co do samego zakończenia, to jestem zadowolona i to bardzo. To, co się działo wbiło mnie w fotel, totalnie mnie zamurowało, jednakże czuję pewien niedosyt. Może to przez to, że autorka zdecydowała się po części na zakończenie otwarte i czytelnik sam musi sobie dopowiedzieć niektóre rzeczy, jednak to z drugiej strony bardzo odważny i ciekawy zabieg, bo mało pisarzy aktualnie się na coś takiego decyduje.

   Podsumowując, Remedium to naprawdę fajna książka, która wprowadza trochę grozy i tajemnicy do naszego czytelniczego życia i nie jest koniecznie tylko dla fanów Plagi samobójców i kontynuacji, ponieważ to od niej można zacząć lekturę, jednak moim zdaniem najlepiej będzie przeczytać Remedium na końcu. Dlaczego? Wtedy chyba nieco bardziej wczujecie się w klimat. Suzanne Young trafia do moim ulubionych autorów, mimo że przeczytałam tylko jej trzy książki (nawet nie wiem, czy napisała coś jeszcze), w każdym razie uważam, że zasługuje całkowicie na to miano. Jestem pod wrażeniem jej warsztatu pisarskiego i tego, jak manipuluje czytelnikiem, zwodzi go i każe samemu się zagłębiać w niebezpieczny świat przez nią wykreowany. Z całego serca polecam Wam twórczość tej autorki, bo uważam, że naprawdę warto. Mimo odgrzewanego kotleta, jakim może się wydawać ta historia, wcale takim kotlecikiem nie jest.
 ★★★★★★★★☆☆

Duologia "Program" + prequel 

Remedium, Suzanne Young; Wydawnictwo Feeria Young, 2016

środa, 13 kwietnia 2016

Egzemplarz recenzencki - brać czy nie brać?

Egzemplarz recenzencki - książka otrzymana za darmo od wydawnictwa, którą należy zrecenzować w odpowiednim terminie, bardzo często trafia do czytelnika/blogera jeszcze przed premierą.
 

   Pamiętam jak zakładałam swojego bloga te cztery lata temu i nie miałam bladego pojęcia, że istnieje coś takiego jak egzemplarze recenzenckie. Żyłam swoim spokojnym, książkowym życiem i nie absorbowałam swoich myśli darmowymi książkami, no bo i po co? Rok później chyba dostałam swój pierwszy egzemplarz recenzencki i było fajnie, ale bez przesady, nie jest to jak trafienie szóstki w totka, chociaż marzyło mi się otrzymywanie tyle powieści, ile większość blogerów. Jednak czy jest sens brać te wszystkie książki? A kiedy przeczytamy własne? Wiadomo, miło jest otrzymać propozycję współpracy z jakimś wydawnictwem, jednak jestem zdania, że nie każdą ofertę należy przyjmować. Po co męczyć się z poradnikami, jak ktoś ich nie lubi? Na jakie licho brać powieść historyczną, kiedy ktoś głęboko gdzieś ma to, co wydarzyło się jakiś czas temu? Żyjemy w takim, a nie innym społeczeństwie, nastawionym głównie na posiadanie, ale przecież jaki sens ma chomikowanie słabych książek, których nie chcemy? Czy ludzie naprawdę teraz chcą zaimponować innym tym, że dostali od wydawnictwa jakąś książkę? Kogo obchodzi jaką, najważniejsze, że jest! 

   Nie rozumiem fenomenu publikowania trzytonowych stosików i pod każdą pozycją pisania: egzemplarz recenzencki od wydawnictwa takiego a takiego. Przecież widząc trzydzieści powieści otrzymywanych co miesiąc nikt nie nabierze się na to, że je wszystkie przeczyta dana osoba. Wiadomo, idzie się dogadać z przemiłymi osobami pracującymi w wydawnictwach, ale wątpię, by komuś uśmiechało się oczekiwanie na recenzję pół roku.

   Zawsze się zastanawiam, czy to ze mną jest coś nie tak, czy o co chodzi, ale mając trzydzieści pozycji do zrecenzowania to dla mnie przykry obowiązek, a nie radość z lektury. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie tyle brał, bo wie, że się z tym nie wyrobi, a nie ukrywajmy, większość tych pozycji nie jest ciekawa zapewne i mało kto zwróciłby uwagę na niektóre książki w księgarni. Dlaczego więc nie traktować egzemplarzy recenzenckich tak, jakbyśmy sami mieli je kupić, za nie zapłacić? Bo w sumie w pewnym stopniu za nie płacimy - swoją ciężką pracą i poświęconym czasem na przeczytanie i napisanie recenzji.

   Sama czasem biorę recenzenckie, nie ukrywam, ale jak możecie zauważyć biorę je w rozsądnej ilości, a czasem i tak nie wyrabiam się z przeczytaniem w terminie i opublikowaniem posta w odpowiednim czasie. Czemu? Bo jestem człowiekiem i czasem trzy książki to dla mnie za dużo. Dlatego zastanawiam się, jakim cudem rzekomo innym udaje się przeczytać trzydzieści miesięcznie? Ja wiem, są ludzie, którzy czytają szybko, sama do nich należę, ale... no to już jest przesada, przynajmniej moim zdaniem.

   Bierzcie egzemplarze recenzenckie ostrożnie, tylko to, co rzeczywiście chcecie przeczytać, a nie: o to wezmę, to może mi się spodoba. Jasne, fajnie jest dostawać darmowe książki, ale widać, uwierzcie mi, że to widać gołym okiem, kto się nastawia na lekturę, a kto na ilość. Nie będę tutaj nikogo wymieniała, ale to widać, serio. Wasza sprawa, co zrobicie, ale zastanówcie się czasem, czy jest warto brać wszystko jak leci, tylko dlatego żeby pochwalić się nie wiadomo jak wielkim stosikiem na koniec miesiąca. Z umiarem ludzie, z umiarem.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Zły jednorożec - Platte F. Clark


"Max Spencer jest jedyną osobą, która może czytać najbardziej magiczna książkę, jaką kiedykolwiek napisano: Kodeks nieskończonej poznawalności. Ale nie jest to łatwa lektura. Po pierwsze, już na początku informuje, że osoby naruszające prawa autorskie będą przywiązane do Drzewa Niedoli i lizane przez ogniste kocięta. Po drugie, obsesyjnie powraca do apokaliptycznego zagrożenia przez wiewiórki. I po trzecie, wyraźnie sugeruje, że jednorożec imieniem Księżniczka najbardziej na świecie chciałaby przerobić Maxa na ludzki kebab.
Księżniczka Niszczycielka jest złym jednorożcem. Swoją wielką miłość dla polowania i pożerania kieruje ku Maxowi. Jej misja, to znaleźć chłopca i odzyskać zaginiony Kodeks dla złego czarownika i jego tajemniczego zleceniodawcy. Jeśli się jej uda, ma obiecany szczególny bankiet: tylu ludzi, ilu tylko zdoła zjeść - w Teksasie.
Uwięziony w czasie, ścigany przez drapieżnego jednorożca, Max musi znaleźć w sobie dość odwagi, by ocalić siebie, swoich przyjaciół i całą ludzką rasę...
Książka jest pierwszym tomem przezabawnej trylogii - starajcie się ją przeczytać, zanim odnajdzie was zombie-kaczka."
- od wydawcy

   Jednorożec. Jeśli na to słowo wyobrażacie sobie białego kucyka z tęczową grzywą  i słodkiego aż do bólu, to.... jesteście w błędzie. Dlaczego? Bo żadna istota ludzka nigdy nie przeżyła spotkania z jednorożcem. Jest to najpotężniejsza istota magiczna z wielkim apetytem na mięso, zwłaszcza ludzkie. Łupi, niszczy, pali, morduje, zjada. Na pewno nikt nie chciałby stanąć oko w oko z jednorożcem.

   Cieszę się, że wydawnictwo zdecydowało się na zachowanie oryginalnej okładki. Jednorożec i tylna ilustracja autorstwa Johnego Hendrixa uderza podobieństwem do mojej ulubionej kreskówki Adventure Time.

   Autor bardzo sprawnie połączył różne wątki z popkultury i stworzył bardzo ciekawą i niepowtarzalną fabułę, która niesie czytelnika w nieznane. Napisane jest to w taki sposób, że naprawdę trudno oderwać się choć na chwilę, bo nie wiadomo co się kryje za następnym zakrętem. Jestem przekonana, że książka spodoba się nie tylko dzieciakom (rekomendowany wiek to 8 lat), ale również i dorosłym. Można znaleźć podobieństwa do mitologii nordyckiej (podział wszechświata na Magrus, Techrus i Mrokrus), Władcy Pierścienia J.R.R. Tolkiena (frobbity), Terry'ego Pratchetta, ale również filmów - Terminator, Ratatouille czy Wall-E. Nie mogę się doczekać jakie cuda wymyślił autor w drugim tomie trylogii.

   Max jest chłopakiem raczej niezbyt lubianym w szkole. Nosie okulary, jest słabiutki i kruchutki, przez co często staje się popychadłem dla szkolnych dręczycieli. Ma najlepszego przyjaciela Dirka, a z czasem zaprzyjaźnia się z Sarą, kujonką trenującą judo. Jest jednak w Maxie coś, czego nie posiada żaden dzieciak. W chłopcu tkwi potężna magia, choć on sam na początku nie zdaje sobie z tego sprawy, oraz posiada księgę jedyną w swoim rodzaju, Kodeks nieskończonej poznawalności

   Jednak ów Kodeks stanowi dla niego również wielkie zagrożenie, ponieważ potężny czarnoksiężnik chce go dostać w swoje ręce i wykorzystać w niecnych celach. Jednak jest pewien problem - istoty magiczne mieszkają w Magrusie i tracą całą swoją moc, gdy trafiają do świata niemagicznego, ludzkiego - Techrusu. Tylko istota z potężną magią zachowuje swe umiejętności, smoki lub jednorożce. Dlatego czarnoksiężnik wysyła Księżniczkę Jednorożców, aby odszukała chłopca i Kodeks. W zamian może urządzić sobie żer na ludziach nieskażonych magią. 

   Po długiej podróży Księżniczka i jej sługa trafiają do ludzkiego świata, ale nigdzie nie znajdują Maxa. Nawet magiczny kompas nie jest w stanie zlokalizować chłopca i księgi. Dlaczego trojka przyjaciół nagle zniknęła? Ktoś ich porwał? A może uciekli? A może za ich zniknięciem stoi magia, która tkwi w młodym adepcie sztuki magicznej? Odpowiedź na te pytania musicie sami znaleźć, ale powiem Wam w tajemnicy, że naprawdę warto. 

   Niestety muszę dodać łyżkę dziegciu do tego słodzenia. Podczas lektury znalazłam sporo literówek. Nie liczyłam dokładnie, ale na pewno jest ich więcej niż jedna, dwie. Ale to mój jedyny zarzut.

★★★★★★★★★☆

Zły jednorożec | Puchaty smok | Miły ogr

Zły jednorożec, Platte F. Clark; Wydawnictwo CzyTam, 2015 

niedziela, 10 kwietnia 2016

DUFF. Ta brzydka i gruba - Kody Keplinger

"Siedemnastoletnia Bianca ma lojalne grono przyjaciół, dosadne poczucie humoru i niezawodny wykrywacz głupoty i pozerstwa. Wesley, bezczelny licealny podrywacz, szczególnie działa jej na nerwy. Tym bardziej, że uważa ją za DUFF – dziewczynę z drugiej ligi, tło dla ładniejszych koleżanek.

Mimo że Wes ją wkurza, jest nim zaintrygowana. Zaczynają się spotykać. Jego męski punkt widzenia pozwala Biance zrozumieć, że nie musi się wstydzić swoich uczuć i wyglądu. Okazuje się, że Wes, największe szkolne ciacho, ukrywa kłopoty z poczuciem własnej wartości, a atrakcyjne przyjaciółki Bianki też mają kompleksy. Bianca nabiera pewności siebie, ma coraz większe powodzenie, ale czy dzięki temu rozwiąże wszystkie swoje problemy?"
- lubimyczytac.pl

   Są książki, które mimo złych recenzji chce się przeczytać i wydaje mi się, że DUFF. Ta brzydka i gruba jest jedną z nich. Nie chciałam jej oceniać przez pryzmat tego, co inni o niej mówią i wydaje mi się, że to akurat mi wyszło, bo nie czytałam tej powieści z nastawieniem, że będzie ona beznadziejna i w sumie nie zawiodłam się na niej. Nie była to jakaś mega wybitna literatura, ale jestem zdania, że takie lekkie książki również powinno się czytać, a nawet śmiem pokusić się o stwierdzenie, że można co nieco z niej wyciągnąć, jak człowiek zechce. Także jeśli jesteście ciekawi, jak bardzo podobała mi się ta książka, to serdecznie zapraszam do dalszej części recenzji. 
   
   Bianca jest uczennicą liceum, a jej życie wiedzie normalny, typowy dla każdego nastolatka rytm. Dziewczyna nie zdaje sobie sprawy, że w towarzystwie swoich przyjaciółek jest typowym duffem, niekoniecznie grubą i brzydką koleżanką, ale na pewno odstającą wyglądem od grupy. Biankę uświadamia Wes na jednej z imprez, na które się wybrała, mimo że nie chciała. Od tamtego momentu etykietka duffa nie opuszcza jej myśli. W jej życiu następuje kilka wydarzeń, których kompletnie się nie spodziewa i nie wie, co powinna zrobić. Czy jakoś uda jej się rozwiązać zagadkę, o co chodzi w życiu tak naprawdę?

   Jeśli lubicie książki, które nie wymagają bardzo dużego skupienia, to moim zdaniem DUFF. Ta brzydka i gruba jest idealna. Nie znaczy to, że jest pozbawiona głębszego sensu i nie ma jakiegoś morału, co to to nie. Chcę jednak powiedzieć, że nie jest to ciężka fantastyka, która zmusza nas do ogromnej uwagi. Nie jest to również literatura, która opisuje, jak radzić sobie z utratą bliskiej osoby (chociaż po części można tak powiedzieć), nie jest to wspaniała Dziewczyna z pomarańczami czy przegenialne Światło, którego nie widać, ale uważam, że w dalszym ciągu zasługuje na uwagę.

   Bianca może nie jest super kickass bohaterką, może jej historia nie jest tak genialna, jak ta Katniss, która musiała uratować cały świat, ale jest normalną nastolatką z problemami, z którą możemy się utożsamiać. Każdy z nas ma jakieś kompleksy i uważam, że fajnie wiedzieć, że ktoś również je posiada i nie jest się samemu z takimi problemami. Właśnie dzięki temu, moim zdaniem oczywiście, Bianca jest bohaterką z krwi i kości, czytając o niej wiedziałam, że na swojej drodze mogłabym kiedyś ją spotkać, że nie jest to postać wzięta z kosmosu, tak jak w większości powieściach się to zdarza.

   Książka ta napisana jest naprawdę przyjemnym językiem i dzięki temu czyta się ją bardzo szybko i przyjemnie. Nie rozumiem ludzi, którym nie podobała się ta powieść, ale w sumie nie mnie to oceniać, bo przecież jestem chyba jedyną, która nienawidzi Czerwonej królowej... Cóż, mam jednak nadzieję, że Wy, ci którzy jeszcze nie mieli okazji przeczytać tej powieści, dacie jej szansę. Biorę na siebie odpowiedzialność, jeśli się Wam nie spodoba!

   Podsumowując, DUFF. Ta brzydka i gruba to książka moim zdaniem nieco niedoceniona, wiadomo, nie należy do literatury najwyższych lotów, jednak jest to przezabawna, lekka książka, której warto poświęcić ten dzień czy dwa, bo czyta się ją naprawdę, naprawdę szybko. Dzięki niej można zrozumieć kilka zachowań nastolatków, które wcześniej nas zastanawiały, no i można uwierzyć, że historia Brzydkiego Kaczątka może się zdarzyć również w prawdziwym życiu. Wiadomo, to co jest pokazane w książkach, nie zawsze jest prawdziwe, ale nie w tym przypadku. Bianca zasługuje na swoje pięć minut, a ktoś powinien w końcu poświęcić chwilę uwagi. Ja uważam, że naprawdę warto. 

★★★★★★★☆☆☆

DUFF. Ta brzydka i gruba, Kody Keplinger; Wydawnictwo Mira, 2015 

środa, 6 kwietnia 2016

Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender - Leslye Walton

"Zbliża się magiczna noc przesilenia letniego...

Noc, w której niebo się otworzy, a powietrze wypełnią deszcz i pióra.

Ava urodziła się ze skrzydłami. Pragnie poznać prawdę, odnaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące jej pochodzenia. Niezwykłe wypadki, cudowne zdarzenia, dziwne zbiegi okoliczności i baśniowe rozterki zaprowadzą ją tam, gdzie nie spodziewała się dotrzeć. Kawałek po kawałku odsłania pełną boleści i trosk historię rodziny Roux. Ava Lavender może być pierwszą, która uniknie zguby i ucieknie obojętności. Czy uda jej się odnaleźć prawdziwą miłość?

Dramat Avy rozpoczyna się, kiedy wielce pobożny Nathaniel Sorrows bierze ją za anioła, a jego obsesja na punkcie dziewczyny rośnie..."
- lubimyczytac.pl

// To, że miłość nie wygląda tak, jakbyś tego chciała, nie znaczy, że jej wokół ciebie nie ma  //

   Nie będę owijać w bawełnę, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać po Osobliwych i cudownych przypadkach Avy Lavender i nawet podczas czytania tej powieści do końca nie wiedziałam, co tak naprawdę czytam. Sama nie wiem, czym to było spowodowane, to było najdziwniejsze uczucie, jakie kiedykolwiek mnie ogarnęło podczas czytania i zastanawiałam się, czy to, co czytam mi się podoba. Naprawdę, ciężko było określić, czy Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender są fantastyczne, czy takie nie do końca. Ale jeśli jesteście ciekawi, czy książka mi się spodobała, to zapraszam do dalszej części recenzji.

   Ava Lavender to jednocześnie narratorka i główna bohaterka tej książki, chociaż tak naprawdę na pierwszy zostaje wyciągnięta dopiero, gdy opowie historię swojej rodziny. W pewnym momencie dowiadujemy się bardzo ciekawej i osobliwej rzeczy, a mianowicie tego, że Ava Lavender urodziła się ze skrzydłami. Jednak mimo wszystko jest to zwyczajna dziewczyna, która nie wie czego chce, która nie do końca zna życie, będąc cały czas trzymaną niemal w zamknięciu. W końcu nastąpią jednak pewne wydarzenia, które mogą doprowadzić do wielkiej tragedii, które odmienią życie Avy, ale o tym musicie już przeczytać sami.

   Początkowo nie byłam przekonana do tej książki i jeśli obserwujecie mnie na Instagramie to widzieliście moje marudzenie, że to nic specjalnego, jednak w pewnym momencie coś przeskoczyło, nie wiedziałam, co się stało tak naprawdę, ale Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender urzekły mnie. Niestety, ciężko mi określić, w którym to było momencie, ale w tej chwili jestem zachwycona tą powieścią i z czystym sumieniem mogę Wam ją polecić!

   Na pochwałę zasługują bardzo realistyczne i niezwykle barwne opisy miejsc. Nie wiem, czy to coś niezwykłego w sumie, ale naprawdę przyjemnie się to czytało i można było rzeczywiście poczuć, jakby się było w tamtym miejscu. To było niesamowite uczucie, bo naprawdę rzadko kiedy jakiejś autorce lub autorowi udaje się uzyskać ten efekt.

   Osobliwe i cudowne przypadku Avy Lavender są naprawdę cudowną powieścią i uważam, że ta książka zasługuje na uwagę. Nie zrażajcie się tym, że mi z początku się nie podobała, bo każdy sam musi sobie wyrobić własne zdanie, szczególne na temat specyficznych powieści, szczególnie, że koniec końców bardzo pokochałam historię Avy. Magiczna historia tak naprawdę o zwyczajnej dziewczynie, która po prostu żyje i jedynymi osobliwościami, jakie ją dotykają to dziwna rodzina oraz ptasie skrzydła. To nie Katniss, Tris ani Clary, ale również warta uwagi postać, która zaskarbi sobie Wasze serca, gwarantuję to Wam.

// Potwierdziło to fakt, że niektóre poświęcenia nie są warte zachodu. Nawet, a może właściwie w szczególności te, na które ludzie zdobywają się z miłości //
★★★★★★★★☆☆

Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender, Leslye Walton; Wydawnictwo SQN, 2016

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Mroczne Intrygi. Tom 1: Pani Noc - Cassandra Clare

"Minęło pięć lat od wydarzeń przedstawionych w Mieście Niebiańskiego Ognia, po których Nocni Łowcy znaleźli się na skraju zagłady. Emma Carstairs nie jest już pogrążoną w żałobie dziewczynką, lecz młodą kobietą, która zamierza za wszelką cenę dowiedzieć się, kto zabił jej rodziców, i pomścić ich śmierć.
Wraz ze swoim parabatai, Julianem Blackthornem, musi się nauczyć ufać swojemu sercu i rozumowi, gdy odkrywa demoniczny spisek obejmujący zasięgiem całe Los Angeles, od Sunset Strip aż po morskie fale roztrzaskujące się na plażach Santa Monica. Gdyby jeszcze serce nie prowadziło jej na manowce…Jakby mało było tych komplikacji, brat Juliana Mark – uprowadzony przez faerie przed pięcioma laty – zostaje teraz uwolniony w geście dobrej woli ze strony porywaczy. Faerie rozpaczliwie poszukują mordercy, który zbiera wśród nich krwawe żniwo – i w tych poszukiwaniach potrzebują pomocy Nocnych Łowców. Kłopot w tym, że w krainie faerie czas płynie inaczej i Mark nie tylko prawie się nie postarzał, ale na dodatek nie rozpoznaje nikogo ze swoich bliskich. Czy będzie w stanie naprawdę wrócić na łono rodziny? I czy faerie naprawdę na to pozwolą?

Oto rozdzierające serce wprowadzenie do nowej serii Cassandry Clare, Mroczne Intrygi, wciągająca gra pozorów, pełna magii i obfitująca w przygody Nocnych Łowców."
- lubimyczytac.pl


 // Każda historia jest historią miłosną //

   Świat oszalał na punkcie Nocnych Łowców, tak samo ja, gdy byłam nieco młodsza. Teraz do Jace'a i Clary mam ogromny sentyment, mimo wszystko lubię wracać myślami do ich historii i tego, co wydarzyło się w sześciu tomach, których byli głównymi bohaterami. Dlatego gdy zapowiadano premierę Pani Noc stwierdziłam, że na pewno spędzę przy niej miło czas i gdy tylko znalazłam najlepszą promocję w księgarniach internetowych od razu ją sobie zamówiłam. Czy było to warte moich pieniędzy? Nie. Tak samo nie było to warte czasu, jaki poświęciłam na przeczytanie tej powieści, ale ciekawych zapraszam do dalszej części recenzji. Ciekawa jestem tylko, czy jestem jedyną osobą, której Pani Noc nie przypadła do gustu. Cóż, zobaczymy.

   Akcja ma miejsce w Los Angeles, gdzie rodzina Blackthornów wraz z Emmą Carstair wróciła po Mrocznej Wojnie, jednak szczerze powiedziawszy nie bardzo odczułam ten fakt. W Darach Anioła Nocni Łowcy przynajmniej raz na jakiś czas wychodzili na miasto, mogliśmy poznać Nowy Jork i inne ciekawe miejsca, natomiast tutaj akcja dzieje się ciągle w tym samym miejscu, a gdy bohaterowie opuszczają Instytut nie dowiadujemy się niczego ciekawego, przynajmniej moim zdaniem.

   Emmę Carstairs pierwszy raz poznajemy w Mieście Niebiańskiego Ognia, jako dwunastoletnią dziewczynkę, której rodzice zostali brutalnie zamordowani przez Sebastiana Morgenstera. Jednak dziewczynka nie zamierza wierzyć w to, co mówi jej Clave, według niej to nie Sebastian uśmiercił jej rodziców, a ktoś inny i ona za wszelką cenę pragnie rozwikłać tę tajemnicę. Pięć lat żyła żądzą zemsty za odebranie jej rodziców. Gdy tylko nadarza się okazja, wraz ze swoim parabatai, Julianem Blackthornem próbują rozwiązać zagadkę sprzed lat. Czy im się udaje? Cóż, ja już wiem. Jednak w międzyczasie dzieje się wiele różnych rzeczy, które nie powinny mieć miejsca, bo są przez prawo najzwyczajniej w świecie zabronione. Jednak czy jeśli złamanie prawa oznacza dowiedzenie się, kto zabił rodziców Emmy, to czy dziewczyna poniesie to ryzyko?

   Zacznę może po kolei, czyli od prologu. Wiadomo, prolog jak to prolog, wszystko fajnie, trochę tajemnic, trochę niedopowiedzeń, czytelnik nie wie, co się dzieje. Jednak już od początku zakochałam się w pewnej postaci, a mianowicie w Kicie Rooku (nie jestem pewna czy tak odmienia się zarówno jego imię, jak i nazwisko, więc musicie mi wybaczyć). Nigdy wcześniej na kartach powieści spisanych przez Cassandrę Clare Kit Rook się nie pojawił, dlatego może zaintrygowała mnie ta postać. Nie jestem pewna, czy to ja byłam na tyle łatwowierna licząc na to, że od razu w pierwszym rozdziale jego postać się pojawi, ale myślałam, że skoro został wrzucony do prologu, to odegra jakąś większą rolę w tej historii. Cóż, pomyliłam się. Podczas czytania kolejnych ośmiuset stron ten chłopaczyna pojawił się tylko cztery razy, z czego dwa razy pojawił się na sekundę, dosłownie! Teraz już wiem, jakie znaczenie będzie miał dla tego, co się będzie działo w kolejnym tomie, czego oczywiście Wam nie zdradzę, jednak uważam, że skoro pojawił się w prologu, to powinien mieć większe pole do popisu niż marne cztery scenki. Dlatego już od początku się przyczepiam - wydawałoby się, że prolog jak prolog, ale tak naprawdę z tym, co się później dzieje, nie ma on większego związku. Może, a raczej na pewno, z tym co się będzie działo w kolejnych tomach, będzie ten związek, ale jak na razie go nie ma i uważam, że to zbędne, by pani Clare od razu przedstawiała nam postać Kita. Zrobiła to, no i fajnie, uwielbiam tę postać, ale zawiodłam się, bo wcale tak dużo jej nie było. 

   Co jeszcze mnie razi od samego początku to wyjaśnianie podstawowych informacji ze świata Nocnych Łowców. Ja wiem, że niektórzy bardzo dawno czytali Dary Anioła, jednak są informacje, które każdy fan tej serii na pewno zna i wie o nich, uważając za naturalne i niewymagające większych wyjaśnień. Odnoszę tutaj wrażenie, że autorka liczyła na to, że nawet osoby, którym obca jest jej twórczość po Panią Noc sięgną. Z jednej strony - fajnie, że dba o takie osoby, ale z drugiej nie widzę sensu w tym, bo nie wszystko jest wyjaśnione i szczerze mówiąc na miejscu osoby, która wcześniej do czynienia z Nocnymi Łowcami nie miała, to czułabym się jeszcze bardziej zagubiona. Po co wyjaśniać tylko część? Nie wiem i chyba nigdy nie uzyskam odpowiedzi na to pytanie, chyba że kiedyś sama Cassandra Clare zechce opowiedzieć mi o tym, co jej siedzi w głowie. 

   Pomyślicie pewnie, że się już serio czepiam, ale naprawdę muszę powiedzieć o jeszcze jednej rzeczy, która bardzo, ale to bardzo mi się nie podobała. Podczas czytania tej historii, miałam wrażenie, jakby to się już kiedyś wydarzyło. Nie mówię tutaj o tym, że autorka kopiuje czyjś pomysł, bo jedyne co kopiuje to historię, która już się kiedyś wydarzyła w jej świecie. Gdzie? Ano w Darach Anioła. Spytacie pewnie, o co mi chodzi, już tłumaczę. Jak dla mnie to, co się dzieje w Pani Nocy jest bardzo podobne do tego, co przeżyli Clary i Jace. Wiadomo, nie jest to dokładnie to samo, bo autorka zmieniła zarówno miejsce akcji, jaki bohaterów, no i nie ma już Sebastiana Morgensterna, jednak jego miejsce zastępuje inny, bardzo wkurzony i cierpiący osobnik, który robi dokładnie to samo, oczywiście nie w ten sam sposób. Mord niewinnych ludzi, tworzenie kręgu, oczywiście tym razem pod inną nazwą... To już było i moim zdaniem autorka powiela swój własny schemat, co jest tak komiczne, że aż nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. Wiele postaci jest odpowiednikiem kogoś z Darów Anioła. Nie chcę tutaj podawać przykładów, ale tak jest. Tak samo w książce występuje wątek miłości zakazanej, która nie powinna mieć miejsca i mimo że nie jest to miłość rzekomego rodzeństwa, to w dalszym ciągu jest to ten sam motyw, który był między Clary i Jacem. Wiem, że dużo autorów decyduje się na takie poprowadzenie akcji, ale Cassandra Clare powiela swoje własne pomysły (które swoją drogą podobno też komuś ukradła, ale to nie temat na ten post). 

   Dobra, jeszcze tylko jedna zła rzecz, obiecuję! Chodzi mi o to, że autorka napisała już tyle powieści, że sama się w nich zaczęła gubić. Oficjalnie jest powiedziane, że akcja w Pani Noc dzieje się pięć lat po wydarzeniach z Miasta Niebiańskiego Ognia, czyli Emma i Jules mają już siedemnaście lat. To się zgadza, tak samo zgodny jest wiek rodzeństwa Juliana - Ty, Livvy, Drusilla i Tavvy rzeczywiście mają tyle lat, ile mieć powinni. Sytuacja jednak wygląda inaczej, gdy na pierwszy plan wyciągają Jace'a (bo w sumie o wieku Clary nie było mowy). W każdym razie już dochodzę do sedna sprawy. W pewnym momencie, nie wiem tylko która postać, ale wydaje mi się, że któraś z dziewczynek z Instytutu w Los Angeles mówi o tym, ze Jace ma PRAWIE dziewiętnaście lat, czyli wychodziłoby na to, że w Mieście Niebiańskiego Ognia miał lat PRAWIE czternaście, co jest jednym wielkim nieporozumieniem, bo wydaje mi się, ba, jestem pewna, że nawet w Mieście kości miał więcej niż te szesnaście lat. Po czym trzysta stron później (pi razy drzwi oczywiście) ktoś mówi, że Jace ma lat dwadzieścia jeden lub dwadzieścia dwa. To już bardziej logiczny wiek, ale autorka chyba się sama pogubiła i już nie wie, co zostało napisane. Rozumiem, że można się czasem pomylić, ale chyba nie w tak ważnej kwestii, jaką jest wiek bohatera z serii SZEŚCIU AŻ książek, które napisała ta sama osoba.

   Wreszcie przyszła pora na miłe rzeczy, ale nie łudźcie się, nie jest ich wiele. Mimo tych wszystkich minusów, które wypisałam wyżej, to trzeba przyznać Cassandrze Clare, że pisać umie i potrafi zachęcić czytelnika do dalszego poznawania przez nią wymyślonych historii. Bo tak, przyznaję się, miło spędziłam czas przy tej powieście i tak, mimo wszystko chciałam wrócić do świata Nocnych Łowców. Jestem jednak chyba z tych osób, które na starość (taka stara jestem, tak) robią się sentymentalne i bardziej ubawiłam się pod sam koniec, kiedy rzeczywiście pojawił się Jace, Clary, Magnus i cała reszta gromadki z Darów Anioła. Jednak w dalszym ciągu, książkę tę czyta się szybko i przyjemnie, nie mogę powiedzieć, że nie, ale to nie wystarczy, by wynagrodzić mi te wszystkie okropne rzeczy, które w tej powieści są.

   Podczas czytania byłam jeden raz tak totalnie, totalnie zaskoczona, jednak nie mogę zdradzić Wam zbyt dużo szczegółów odnośnie tego. Sprawa tyczy się Kita Rooka, który wreszcie, po tak długim oczekiwaniu, pojawił się na dłużej na kartach tej powieści. Wyjaśnienie, jaką rolę on pełni, a raczej kim tak naprawdę jest zwaliło mnie z nóg, serio. Nie widziałam, co mam ze sobą zrobić, jak powinnam się zachować i przede wszystkim - nie miałam nikogo z kim mogłabym o tym porozmawiać! To wydarzenie rzeczywiście mną wstrząsnęło i spowodowało, że miałam większe niż zwykle wypieki na twarzy, a serce szybciej mi zabiło. Kit Rook to moja ulubiona postać póki co i liczę na to, że w drugiej części będzie go więcej, a z tego co mi się wydaje, to będzie go więcej na pewno!

   Wiem, że wiele z Was, o ile nie powinnam pokusić się o stwierdzenie - większość - tak czy siak przeczyta Panią Noc, mimo wszystko licząc na coś wspaniałego. Cóż, może Wam bardziej przypadnie do gustu to, co tym razem przygotowała dla nas autorka, jednak moim zdaniem naprawdę nie ma co liczyć na fajerwerki  (poza kilkoma momentami) i wychwalanie pod niebiosa tej książki. Ale wiadomo, każdy lubi coś innego i innym się to spodoba, innym nie. W dodatku widzę, że ostatnio to, co wszystkim się podoba, mnie niekoniecznie zachwyca, ale to już inna sprawa.

   Z ciekawostek, o których pewnie nikt nie wiedział, w Pani Noc pojawią się również bohaterowie z Diabelskich Maszyn, dlatego ostrzegam tych, którzy są tylko po sześciu tomach Darów Anioła i pragną jak najszybciej przeczytać Panią Noc. Zacznijcie od Mechanicznego Anioła, bo potem będziecie marudzić, że coś Wam zostało zaspoilerowane. Ale mam jeszcze jedną ciekawostkę - na samym końcu jest opowiadanie dotyczące bohaterów z poprzedniej sześciotomowej serii i dotyczy ono pewnych zaręczyn, jak sam tytuł na to wskazuje - Przyjęcie zaręczynowe. Jednak żeby zrozumieć sens tego opowiadania, tak czy siak trzeba Panią Noc przeczytać. No i przede wszystkim, żeby nie zaspoilerować sobie, kogo ono dotyczy, radzę uważać, bo to wcale nie jest takie oczywiste!

   Słowem zakończenia... Z krwawiącym sercem to przyznaję, ale zawiodłam się totalnie na tej powieści. Poza kilkoma miłymi wydarzeniami i zaskoczeniami nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej dobrego o Pani Noc. Cassandra Clare chciała dobrze, ale powiem szczerze, że nawet największych fanów może ta powieść rozczarować. Ja po dalsze tomy na pewno sięgnę, jednak tak jak oglądamy z Klaudią Shadowhunters dla Maleca, tak ja po kolejny tom sięgnę tylko dla Kita Rooka, którego losy mnie bardzo zaciekawiły. Nie polecam, bez pozdrowień dla autorki i bez pozdrowień dla wydawnictwa za beznadziejnie sklejoną książkę, która mi się prawie rozpada.

// Nikt nigdy nie jest czarnym charakterem we własnej historii // 

★★★☆☆☆☆☆☆☆

Mroczne Intrygi. Tom 1: Pani Noc, Cassandra Clare; Wydawnictwo Mag, 2016

niedziela, 3 kwietnia 2016

Dziewczyna z pomarańczami - Jostein Gaarder

 "Dziewczyna z Pomarańczami - to przede wszystkim piękna opowieść o poszukiwaniu miłości i odwadze, by z trudnych ścieżek życia wybrać tę właściwą. 15-letni Georg - dotąd zupełnie przeciętny chłopak - zmienia się w dniu, kiedy otrzymuje niezwykły list. Nadawcą jest nieżyjący od lat ojciec Georga... W chwili jego śmierci chłopiec miał zaledwie 4 lata - pamięta go jedynie z przechowywanych w rodzinnych zbiorach starych zdjęć i filmów. Ojciec napisał list tuż przed śmiercią, gdy był pewien, że nie uda się pokonać choroby. Przez wiele lat list leżał w dziecięcym wózku, czekając na chłopca. Znaleziony u progu dojrzałości Georga staje się znakiem przemiany i inicjacji. Ojciec opowiada w nim o swojej miłości do tajemniczej Dziewczyny z Pomarańczami, także o próbach rozwiązania jej zagadki. Zadaje pytania o sens życia, gdy śmierć wydaje się nieuchronna... Inspirowany listem, chłopak usiłuje sprostać pytaniom ojca, przekroczyć granice czasu i śmierci. Posłuży temu pisana wspólnie z nim książka, której patronuje Dziewczyna z Pomarańczami. W znakomitej powieści nie tylko dla młodzieży Jostein Gaarder celuje prosto w serca czytelników i jak zwykle trafia w samo sedno."
- lubimyczytac.pl

// Jeśli wybierzesz życie, wybierzesz także śmierć //

   Szczerze powiedziawszy, sama bym pewnie nie zwróciła uwagi na tę powieść. Nie byłoby mi do niej po drodze, nie chciałabym jej czytać, a już na pewno kupować. Jednak Darka z kanału Więcej książków wie, jak człowieka do czegoś zachęcić i tak oto dzięki niej mam na swojej półce Dziewczynę z pomarańczami. I wiecie co? Nikomu jej nie oddam! NIKOMU! Żeby poznać tę historię musicie kupić własne egzemplarze, a wierzcie mi, że naprawdę, naprawdę, naprawdę warto! Jestem tą powieścią tak bardzo zachwycona, wzruszyła mnie, zakochałam się... ale, ale już na początku za bardzo się rozgadałam, także póki co się przymykam, ale Wy przejdźcie do dalszej części recenzji, nie zawiedziecie się, obiecuję!

   Georg ma piętnaście lat i pewnego dnia jego życie całkowicie się odmienia. Dziadkowie przywożą do Oslo swojemu wnuczkowi tajemniczą kopertę, w której, jak się później okazuje, jest list. List napisany przez zmarłego jedenaście lat temu ojca Georga. Chłopak zamyka się w swoim pokoju i ma nadzieję, że nikt nie będzie mu przeszkadzał podczas czytania tego listu. Czego dowie się ten wchodzący w dorosłość piętnastolatek? Czy zrozumie sens listu, czy dotrze do niego największy sens istnienia, jaki ojciec chciał mu przekazać? Na te i inne pytania otrzymacie odpowiedź po przeczytaniu Dziewczyny z pomarańczami, a warto, wierzcie mi!

   Nie spodziewałam się, że ta powieść tak mnie wzruszy, że tak mi się spodoba, że będę zachwycona! Dziewczyna z pomarańczami wydaje się być niepozorna, cienka, zaledwie sto czterdzieści stron, wydawałoby się, że nie jest to nic specjalnego. A wręcz przeciwnie! W tych niecałych stu pięćdziesięciu stronach zamknięta jest wspaniała historia, historia, która uczy, która bawi, wzrusza, doprowadza do smutnych i wesołych łez, która pochłania czytelnika, całego! Jostein Gaarder operuje językiem w taki sposób, że czytelnik się zakochuje, przeżywa wzloty i upadki nie tylko młodego Georga, ale przede wszystkim jego ojca - Jana Olava, który opowiada historię tajemniczej Dziewczyny z pomarańczami.

   Owiana tajemnicą historia Dziewczyny z pomarańczami ciekawi, ale jednocześnie trochę przeraża Georga, który jest zaledwie nastolatkiem. Chłopak nie wie czego się spodziewać, ale wierzy, że ojciec opowiada mu tę historię z jakiegoś konkretnego powodu. Czytelnik również nie ma bladego pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Oczywiście: do czasu. Jednak nawet po wyjaśnieniu sprawy, jest się oczarowany, zakochanym w tej powieści, oczekuje się na sam koniec, po którym nie wiadomo czego się spodziewać. 

   Nie jest to pędząca na łeb na szyję akcja, nie jest to świetnie napisana powieść z nie wiadomo jak odważnymi bohaterami, nie jest to powieść detektywistyczna, chociaż mogłaby być, gdyby się uprzeć. Jest to pełna rodzinnego ciepła, pełna miłości i siły przyjaźni, wytrwałości w poszukiwaniu powieść, którą naprawdę warto znać i mieć na swojej półce. Ja się po prostu zakochałam, nieźle wzruszyłam przy tej historii, ale jednak dalej ją kocham. Jej tajemnicę, magię i, mimo wszystko, prawdziwość.  

   W poprzednim akapicie napisałam, że nie jest to świetnie napisana powieść, jednak niekoniecznie chodziło mi o to, że jest napisana źle i słabo, wręcz przeciwnie! Język autora jest... ciężko go określić, sami musielibyście się przekonać, na własne oczy, o co tak naprawdę chodzi. Jednak naprawdę jest to pióro godne uwagi i mam nadzieję, że uda mi się coś tego autora jeszcze przeczytać. Szczególnie po tych wspaniałych mądrych cytatach, które zaznałam bardzo skrupulatnie i mam nadzieję, że ktoś, kto będzie kiedyś tę powieść czytał, będzie się zastanawiał, dlaczego zaznaczyłam ten, a nie inny cytat, co było w nim wyjątkowego i takie tam. Ale prawdopodobnie nie zaznaczyłam wszystkich, które chciałam, dlatego podczas drugiego czytania tej książki, pojawi się kilka więcej naklejek. Chociaż z drugiej strony będę czytała tę powieść na pewno jeszcze nie raz, nie dwa i nie trzy razy. Będę ją czytać dopóki strony nie zaczną wypadać, dopóki okładka nie będzie w stanie trzymać wszystkich kartek, rogi zaczną się brudzić i rolować, niektóre pewnie się podrą, ale nie będę o to dbała, bo treść jest wspaniała, naprawdę wspaniała.

   Dziewczyna z pomarańczami trafia na listę najlepszych książek przeczytanych nie tylko w 2016 roku, ale w całym moim życiu, swojego egzemplarza się nie pozbędę, na pewno jeszcze nie raz do tej powieści wrócę i mam nadzieję, że moje dzieci również z wielką chęcią będą ją czytały. To wspaniała historia, nie tylko miłosna, ale pokazująca sens niektórych rzeczy, a część trzeba po prostu odkryć samemu, wyciągnąć wnioski, poczuć tę magię, zapach świeżych pomarańczy, chłód padającego z nieba śniegu... Niektórych książek się nie zapomina i gwarantuję Wam, że Dziewczyna z pomarańczami do nich należy.

// Marzenie o czymś nieprawdopodobnym ma własną nazwę. Nazywamy je nadzieją //
 ★★★★★★★★★★★

Dziewczyna z pomarańczami, Jostein Gaarder; Wydawnictwo Czarna Owca, 2015

sobota, 2 kwietnia 2016

Seria książkowo-zdjęciowa #marzec2016


HEJKA NAKLEJKA! 

   Marzec, mimo wszystko, był miesiącem bardzo udanym. Mimo wszystko, bo byłam chora i mimo wszystko, bo nie przeczytałam jakoś super dużo, ale póki co to chyba miesiąc, który najbardziej lubię i w którym w sumie działo się naprawdę dużo fajnych rzeczy. Mam nadzieję, że kwiecień będzie jeszcze lepszy, ale ciężko będzie przebić to, co się już wydarzyło. Ci z Was, którzy piszą w tym roku maturę zaraz będą kończyć szkołę, pamiętam, jak w zeszłym roku przechodziłam przez to samo - fajne uczucie, ale w sumie chyba wolałabym wrócić do liceum XD Ale dobra, nie będę się rozgadywać już niepotrzebnie, także zapraszam na Wasz ulubiony post! :) 


















































Mam nadzieję, że post się Wam podobał :)
Napiszcie, czy Wam miło upłynął marzec i życzę miłego i zaczytanego kwietnia!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka