Wszystkie recenzje, inne teksty, zdjęcia stosików i zdjęcia książek zamieszczone na blogu Siostry W Bibliotece są naszą własnością i nie zgadzamy się na ich kopiowanie bez naszej wiedzy i zgody.
(Na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

środa, 22 marca 2017

trzynaście powodów / jay asher

 
 Trzynaście powodów / Jay Asher / Wydawnictwo REBIS / 2009

Każdy z nas chyba ma takie książki, o których często słyszy i które często widzi, czy to na blogach, czy na Instagramie, ale jednak w dalszym ciągu nie zna historii w nich zawartych. Dziwna sprawa, a jednak powszechnie (tak mi się zdaje) występująca. Ja tak właśnie miałam, bo już nie mam, skoro przeczytałam, z Trzynastoma powodami Jaya Ashera. Ni to wyróżniająca się okładka, zarówno ta, jak i ta druga, taka szara z dziewczyną na huśtawce, ani jakiś chwytliwy tytuł, a przynajmniej nie średnio intrygujący, nie spowodowały, żebym wpisała tę książkę w wyszukiwarkę i poszukała, o czym jest. Do czasu, aż się nie okazało, że Netflix będzie robił serial. I na początku zapierałam się rękami i nogami: ja obejrzę serial bez przeczytania książki (tak robię, i takie miałam postanowienie w tym wypadku), natomiast przy wizycie w bibliotece postanowiłam wziąć z półki to stare wydanie (nie z dziewczynką) i pożyczyć. Tak się stało, a ja, nie pamiętam już czy od razu, czy nie, ale w ciągu dwóch dni, bardzo krótko od dnia wypożyczenia przeczytałam tę książkę. I się zakochałam, już od pierwszej strony.

Trzynaście powodów wygląda i brzmi bardzo niepozornie, ot, kolejna książka dla młodzieży o młodzieży z problemami. Cóż, może to i prawda, może i nie jest to coś odkrywczego, ale jednak ma w sobie to coś, co mnie intryguje, co wzbudza we mnie bardzo dużo emocji i zapada w pamięci na długi czas. A wszystko chyba za sprawą specyficznego klimatu, który robią nagrania na kasetach magnetofonowych. Skąd jednak one się wzięły? Już wyjaśniam. 

Poznajemy w tej książce Claya Jensena, który jest nastolatkiem, chodzącym do szkoły, nastolatkiem, jak każdy inny, z tą różnicą, że on (i dwanaście innych osób) dostaje w pewnym momencie swojego życia pudełko z ponumerowanymi kasetami. Kiedy odsłuchuje pierwszą z nich, zamiera. Nie może uwierzyć w to, co się stało, nie pojmuje, dlaczego to on właśnie dostał owe kasety, przecież nie zrobił nic złego. Ale o co chodzi, spytacie, już wyjaśniam: na samym początku, jego koleżanka: Hannah Baker, dziewczyna, która bardzo mu się podobała i z którą pracował i chodził na część zajęć, wyjaśnia, że jest trzynaście powodów, dla których się zabiła. I Clay jest jednym z nich. 

I tak oto poznajemy tytułowe trzynaście powodów, jedne z nich wydadzą nam się troszkę naiwne, po poznaniu innych stwierdzimy, że o niektóre rzeczy Hannah sama się prosiła, o niektóre sytuacje, zaznaczam, niektóre sytuacje, a nie o śmierć, natomiast jeszcze inne wydadzą nam się naprawdę sensowne i będziemy zachodzić w głowę: dlaczego nikt nie zauważył jej stanu? Czemu nikt się nie zorientował, co się dzieje z ich koleżanką z klasy? Takim oto sposobem zaczniemy kierować nasze myśli na ścieżkę, na którą nie wchodzimy tak często, no właśnie, a wydaje się przecież, to to temat dość ważny, ba! Nawet bardzo ważny.

Muszę przyznać, że nie jest to najlepsza powieść młodzieżowa jaką miałam okazję czytać, było o wiele więcej lepszych historii, fajniejszych bohaterów, lepiej skonstruowanych, natomiast w Trzynastu powodach jest coś tajemniczego, magicznego i niespodziewanego (na pozór, bo część z czytelników może w pewnej chwili zrozumieć już, o co chodzi). Wszystko to jest zbudowane za sprawą naprawdę niesamowitego klimatu, jaki stworzył autor i chociaż sam styl pisania nie jest jakiś wybitny, to ma w sobie to coś, co ciężko ubrać w słowa, to po prostu trzeba przeczytać.

Mimo że w tej powieści poruszony jest dramatyczny temat, jakim jest właśnie samobójstwo młodych osób z powodów przeróżnych, ale w głównej mierze przez wpływ społeczeństwa, tego szkolnego, to czyta się ją lekko i bardzo szybko, ale pozostawia w nas taki niepokój, a przynajmniej tak było w moim wypadku. Nie wiedziałam, czego spodziewać się na kolejnej stronie, ogarniała mnie panika, gdy poznawałam kolejne wypowiedzi Hannah, słuchałam ich razem z Clay'em i to było niesamowite, przerażające i obezwładniające, ale w dalszym ciągu: niesamowite. Dawno nie czytałam aż tak... zgubiłam słowo, a może tak naprawdę nigdy go nie znalazłam? Jeśli chodzi o tę książkę ciężko jest mi opisać uczucia, jakich doświadczyłam podczas jej czytania. Nie do końca idealnym, ale chyba najtrafniejszym porównaniem jest porównanie tego do sytuacji, w której jesteśmy piekielnie smutni (na pewno każdy z was kiedyś tak miał) i mimo że wiedzieliśmy wszyscy, że słuchanie dobijających i melancholijnych piosenek, które kojarzą nam się może i z dobrymi wspomnieniami, ale jednak wzbudzają w nas właśnie jakiś rodzaj rozpaczy, to nie potrafiliśmy ich wyłączyć i zająć się czymś innym. Dokładnie tak samo miałam z Trzynastoma powodami i pomyślicie sobie pewnie, że jak to tak, skoro taki dramat, czarna rozpacz i w ogóle, to jak mogłam przyjemnie spędzić czas przy tej książce, ano mogłam. Może nie nauczyła mnie jakoś specjalnie dużo, bo jednak to wszystko siedzi w mojej głowie i jestem świadoma tego, jak ogromny wpływ na życie niektórych jednostek mają nie tylko czyny, ale i słowa, natomiast jest to właśnie idealna powieść do uświadamiania nieuświadomionych. Powinna być czytana w szkołach na zajęciach z języka polskiego. Nie jest to Pan Tadeusz, czy Wesele, natomiast może komuś otworzyłaby oczy na troszkę inne sprawy.

★★★★☆

piątek, 17 marca 2017

mleko i miód // rupi kaur

milk and honey / rupi kaur / wydawnictwo otwarte

Zapewne dziwi was ten post, ponieważ na moim blogu ukazała się już opinia na temat tego tomiku poezji, o tutaj. Moja opinia na temat tej książeczki się nie zmieniła, ale chciałabym wam pokazać, jak duży wpływ na odbiór ma język, w jakim się czyta - czy w języku ojczystym, czy w tym przypadku - angielskim. 


milk and honey to przepiękna publikacja, którą warto mieć na swojej półce. Do przeczytania albo na jeden wieczór albo do czytania wybiórczo, w zależności od nastroju i aktualnej sytuacji życiowej. Bardzo prawdziwe, piękne i wzruszające krótkie (albo i trochę dłuższe) historie na pewno zaciekawią niejednego czytelnika, a dodatkowo nacieszą oko. Cieszę się, że kupiłam sobie tę książeczkę, chociaż jest taka niepozorna, to kryje w sobie naprawdę wiele. Polecam z całego serca. 
fragment mojej recenzji

Od bardzo długiego czasu byłam ciekawa, jak te wiersze mogą wyglądać w języku polskim, bowiem są one bardzo proste (w większości) i krótkie (również w większości). Byłam również ciekawa reakcji, a raczej powinnam rzecz: opinii innych, którzy nie mieli okazji przeczytać tego tomiku poezji w języku angielskim właśnie. I moje przeczucia w dużym stopniu się sprawdziły. Zarówno u mnie, jak i u innych. 

Jak już powiedziałam, te wiersze są bardzo proste i w języku polskim brzmią, cóż, śmiesznie. Więc nie dziwię się zarzutom, że niektórzy nie są w stanie zrozumieć tego fenomenu, jednakże powinniśmy zaznaczyć, że autorka nie miała na celu oczarować nas poetyckim językiem, a właśnie prostotą i brutalnością wydarzeń ze swojego życia.

Nie ukrywam, niektóre te teksty brzmiały głupio po polsku, ale są również takie, które wypowiadane na głos są przyjemniejsze w odbiorze właśnie w naszym języku. Może to za sprawą przekleństw, jakie są momentami między jednym a drugim zdaniem. Wiemy wszyscy, jak brzmi owe przekleństwo po angielsku, a jak dosadne i brutalne ma brzmienie w naszym języku. Wydaje mi się, że w tym może tkwić problem. 

Jeśli o mnie chodzi to cieszę się, że mam wydanie polskie, jak i angielskie, a i wam polecam raczej zapoznanie się z obcojęzyczną wersją. Natomiast jeśli koniecznie chcecie kupić od polskiego wydawnictwa, to raczej skusiłabym się na waszym miejscu na wersję właśnie dwujęzyczną. Zobaczycie, co brzmi lepiej, jak zostało to przetłumaczone i co jest tak naprawdę lepsze. A może nie tyle lepsze, ile co wam bardziej pasuje. Niemniej jednak, cieszę się, że polskie wydawnictwo zdecydowało się wydać mleko i miód, bo w moim odczuciu, to coś pięknego. Strasznego, ale przepięknego.

środa, 15 marca 2017

miasteczko darkmord // shane hegarty


darkmouth / shane hegarty / wydawnictwo znak

Z polskim rynkiem książki dziecięcej jestem w miarę na bieżąco. Lubię oglądać w księgarniach nowe książki, to jak są wydane, jakie mają ilustracje, o czym są. I w większości przypadków chętnie bym po nie sięgnęła, ale niestety doba ma tylko 24 godziny i nie da się wszystkiego przeczytać. 

Ta książka zwróciła moją uwagę zaraz po wejściu do księgarni. Cała czarna, włącznie z bokami, i fluozielona paszcza potwora - zastanawiałam się, czy nie za bardzo przerażająca jak na książkę dla dzieci, ale na pewno przyciąga uwagę. Ta okładka podoba mi się nawet bardziej niż wersji oryginalnej.

Fabuła osadzona jest w miasteczku Darkmord, położonego na uboczu, do którego nigdy nie zajeżdża się świadomie, a gdy przypadkowo tam trafisz jedyne o czym myślisz to, aby jak najszybciej stamtąd uciec. Miasteczko ma jeszcze jedną bardzo specyficzną właściwość, która już prawie nigdzie nie występuje... Mianowicie miasteczko jest nawiedzane... Ale nie przez jakieś tam zwykłe duchy. Nawiedzają je Legendy, czyli potwory ze wszelkich mitologii i wierzeń. Natrafić możemy tam na minotaura, hydrę, mantykorę, hobgoblina czy wolpertingera.  A wszystko to, dlatego że miasteczko połączone jest z innym wymiarem, krainą potworów, Skażoną Strefą.

Jednak miasteczko wcale nie jest bezbronne. Mieszka w nim Hugo Wielki, ostatni aktywny łowca Legend. W przeszłości na świecie było więcej takich miasteczek jak Darkmord, jednak teraz nie wiadomo dlaczego Darkmord zostało ostatnią nawiedzioną wioską. Hugo Wielki szkoli swojego następcę, dwunastoletniego syna Finna, który już niedługo ma zostać ogłoszonym pełnoprawnym łowca. Niestety chłopiec niespecjalnie dobrze radzi sobie podczas treningów, jest nieporadny, a każda dotychczasowa próba pokonania Legendy, kończyła się fiaskiem. Jednak już niedługo Finn stanie przed wielkim wyzwaniem, którego pokonanie będzie wymagało od chłopca nie tylko odwagi, ale i zachowań, które do tej pory mu nie wychodziły. Potwory chcą przedrzeć się na dobre do świata ludzi, dowodzi nimi Gantrua, mityczny i przeraźliwy potwór, który zdaje się ma pomocnika w świecie ludzi.... Kto okaże się zdrajcą i czy Finnowi  uda się przezwyciężyć własne słabości? 

Z początku główny bohater bardzo mnie irytował, taka trochę szkolna niedojda, ale autor w miarę postępowania fabuły zaczął kreować zupełnie inny obraz chłopca. Fajnie wykreował przemianę ze słabego i trochę strofowanego przez ojca dzieciaka w odważnego i podejmującego dorosłe decyzję młodziaka, aby uratować przyjaciół i rodzinę.

Autor miał fajny pomysł na historię, ciekawa jestem jak rozwinie się w kolejnych tomach. Jednak nie może być tak różowo - spodziewałam się większego trzymania w napięciu, ale może to wynika z mojej wrodzonej potrzeby rozwiązywania zagadek, bania się, itp. Myślę, że fajna książka dla dzieciaków w wieku końcowopodstawówkowym, czyli 12-13 lat - chłopcom na pewno się spodoba, ale dziewczynki też będą usatysfakcjonowane, ponieważ Finna ma rezolutną koleżankę, Emmie. Jeśli szukacie ciekawej lektury, to ta książka zdecydowanie jest warta uwagi.

sobota, 11 marca 2017

o kapitanie, mój kapitanie! czyli trochę o stowarzyszeniu umarłych poetów

Stowarzyszenie umarłych poetów // Nancy H. Kleinbaum

Większość z was zapewne słyszała kiedykolwiek tytuł Stowarzyszenie umarłych poetów, prawda? Natomiast nie wiem, czy to za sprawą filmu, czy może książki. Bo chociaż ja wiedziałam, że istnieje książka, to nigdy mnie do niej nie ciągnęło, aż do pewnego piątku, kiedy postanowiłam obejrzeć sobie film, który wydał mi się niezwykle ciekawy. No i dodatkowo bardzo popularny tytuł wśród książkoholików. To nawet lektura szkolna, czyż nie? W każdym razie, co o tym myślę? Cóż, mam kilka zastrzeżeń, ale koniec końców cała historia mi się podobała. Natomiast bardziej w wersji filmowej, niźli książkowej, ale o tym za chwilkę. 

Jak wyglądało moje oglądanie i czytanie Stowarzyszenia umarłych poetów? Otóż, jak już napisałam, coś mnie tchnęło w pewien piątek i sobie włączyłam film. Stwierdziłam jednak, że chciałabym też przeczytać książkę, więc po obejrzeniu 20 minut (pi razy drzwi, dokładnie nie pamiętam) wyszłam z domu i poszłam pożyczyć książkę z biblioteki. Zaczęłam czytać i zatrzymałam się mniej więcej na czterdziestej stronie. Wróciłam do filmu i tak też skończyłam film te ileś godzin później, to był stosunkowo długi film, z tego co pamiętam. A później wróciłam do książki, ale zeszło mi się z nią nieco dłużej. Nie pytajcie czemu, przecież to taka króciutka książeczka. 

Ale, może zatrzymamy się na chwilę i opowiem, o czym to całe Stowarzyszenie w ogóle jest? Otóż opowiada ono o pewnej grupce chłopców z męskiej szkoły z internatem, gdzie pracę rozpoczyna absolwent tejże właśnie placówki jako nauczyciel języka angielskiego. Mężczyzna ten nie jest aż takim konserwatystą, a jako że sam przechodził przez to, co ci chłopcy, postanowił zmienić nieco formę prowadzenia zajęć, co oczywiście wzbudza w uczniach ciekawość, natomiast w reszcie kadry oburzenie i niedowierzanie, nawet może strach, bo co to z ich pupilów wyrośnie. John Keating, bo tak zwie się owy nauczyciel był właśnie członkiem tytułowego stowarzyszenia, a jeden z głównych bohaterów, Neil Perry, postanawia kontynuować, a raczej przywrócić do życia tę grupę. I tak to wygląda. Nic więcej, niż mniej. Chociaż w pewnym momencie sytuacja nieco się komplikuje, natomiast to byłby zbyt duży, co ja piszę: ogromny spoiler, więc wypowiem się na temat zakończenia w nieco okrojonej formie, ale to... na koniec. 

Jako że jest to blog książkowy, to w głównej mierze wypowiem się na temat właśnie niej, ale zaraz dodam coś o filmie, nie bójcie się. Więc jeśli miałabym patrzeć na Stowarzyszenie umarłych poetów właśnie tylko przez pryzmat formy papierowej, to muszę przyznać, że jest całkiem nieźle napisana i ciekawie skonstruowana, mam jednak pewne ale. Przede wszystkim fakt, że niektóre sytuacje są strasznie płytkie, źle wyjaśnione i bardzo niedokładne. Zaznaczam, że książka powstała po filmie, została napisana na podstawie scenariusza i wydaje mi się, że właśnie w tym tkwi problem. Ta historia to historia idealna do przedstawienia na dużym ekranie, przeniesiona na kartki jest spłycona, okrojona, dodatkowo: nie wnosząca do filmu nic ważnego. Również jeśli ktoś nie obejrzał filmu przed przeczytaniem książki może odczuć pewien dyskomfort wobec bohaterów, ponieważ nie są oni jakoś bardzo dobrze zakreśleni, tego właśnie nie wymaga film, natomiast powieści już tak. Nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo, bo wiedziałam, że to nie będzie nic genialnego, skoro powstało po filmie (w ogóle, co to za pomysł pisać powieści na podstawie scenariusza?!).

W Stowarzyszeniu umarłych poetów poznajemy przede wszystkim młodych ludzi, chłopaków, mających takie i inne problemy, jednak można wyróżnić jeden główny problem, który doprowadził do takiego, a nie innego finału i tym problemem jest brak akceptacji ze strony rodziców Neila Perry'ego, naszego głównego bohatera. Chociaż chłopak uczy się bardzo dobrze, wręcz wybitnie, i znalazł czas na hobby, jakim jest teatr, to ojciec nie aprobuje, a wręcz zakazuje mu uczestnictwa w wystawianej sztuce. Dodatkowo również poznajemy problemy z byciem tym gorszym, młodszym bratem, odrzucenie ze strony dziewczyny, w której zakochuje się jeszcze inny bohater, ale również solidarność z grupą, tworzenie jej i po prostu czystą, szkolną i młodzieńczą przyjaźń. Jest to coś niesamowitego, że w tak krótkiej książce tak pięknie przedstawione są te aspekty.

Już prawie koniec, bo nie wiem, czy mam do powiedzenia coś jeszcze na ten temat, to właśnie zakończenie, które jest... mocne, natomiast zarówno w filmie, jak i w książce całość nie trzyma się kupy, gdy wziąć pod uwagę zakończenie. Nic, naprawdę: nic, nie wskakuje przez całą historię na to, by zadziało się na koniec to, co się zadziało. I wiem, jestem w stanie się domyślić, dlaczego doszło do takiego obrotu sprawy, natomiast według mnie nie jest to wystarczające, aby tak rozwiązać tę historię.

Jeśli o mnie chodzi, trochę żałuję, że przeczytałam tę powieść, natomiast nie zepsuła mi ona filmu aż tak bardzo (może to kwestia tego, że samo zakończenie nie przypadło mi do gustu). Cieszę się, że najpierw widziałam film, a później przeczytałam tę historię, natomiast wszystkim fanom filmu nie radzę zabierać się za powieść, chyba że jest to wasza lektura szkolna, wtedy to nie macie zasadniczo wyboru. Stowarzyszenie umarłych poetów z dużego ekranu trafia na listę mych ulubionych dzieł kultury, natomiast do książki nie wrócę i tak jak najpierw chciałam mieć ją na półce, to cieszę się, że jej nie kupiłam, nawet jeśli w księgarniach internetowych kosztuje grosze. 

niedziela, 5 marca 2017

caraval. chłopak, który smakował jak północ / stephanie garber

Caraval. Chłopak, który smakował jak północ // Stephanie Garber

Caraval, ach, Caraval, idealna książka na karnawał. Nie żartuję! Chociaż przyznam szczerze, że gdy słyszałam o niej na zagranicznych mediach społecznościowych nie spodziewałam się tego, co dostałam. Okładka (mówię tutaj o zagranicznej, choć i pod polską również mogę to podciągnąć) nie zdradza niczego. Może tylko tyle, że będzie magicznie i tajemniczo, ale nic więcej. Kiedy jednak poczytałam troszkę więcej, stwierdziłam, że koncept wydaje się być ciekawy, ale z pewną dozą dystansu podchodziłam do lektury. Czemu? Na pewno wielu osobom Caraval skojarzył się z Cyrkiem nocy Erin Morgernstern, nie bez przyczyny, z tym że mi ta książka średnio przypasowała. Była niedopracowana i źle mi się ją czytało, więc i po Caravalu raczej fajerwerków się nie spodziewałam. Czy mnie jednak zaskoczył? Trochę tak i trochę nie.

Historia w Caravalu skupia się na starszej z dwóch sióstr - Scarlett, która w wyniku niefortunnych wydarzeń trafia do gry, właśnie do Caravalu (na Caraval?) by odnaleźć swoją siostrę, jak zakłada, porwaną przez kogoś wynajętego przez Mistrza Gry - tajemniczego Legendę. Musi pamiętać, że tam nie należy nikomu ufać, dodatkowo obawia się nie tylko uczestników gry, ale i własnego ojca, który zaaranżował jej małżeństwo ze zdecydowanie starszym od niej mężczyzną. Czy Scarlett uda się uratować siostrę, uciec przed złym ojcem i odnaleźć prawdziwą miłość?

Przyznam szczerze, że gdy otrzymałam tę książkę i chociaż mnie ciekawiła w dużym stopniu, to nie spodziewałam się po niej nic wielkiego. I co więcej: nie planowałam nawet jej czytania od razu. Stało się jednak tak, że sięgnęłam po nią szybciej, niż myślałam i przyznam, że nie żałuję, chociaż mam kilka zastrzeżeń, o którym zaraz wam opowiem.

Język, jakim napisana jest ta książka był według mnie bardzo przyjemny, nie jest to niesamowicie poetycki styl pisania, ale na tyle klimatyczny i plastyczny, że byłam w stanie wyobrazić sobie te wszystkie miejsca, zapachy i kolorowe stroje uczestników Caravalu. Dzięki temu można wyróżnić tę powieść na tle innych i na pewno ten specyficzny klimat pozostanie w mojej pamięci, natomiast z fabułą już nie idzie to w parze.

Chociaż pomysł wydaje mi się bardzo ciekawy i przyznam, że nie mogłam doczekać się, aż będę mogła znów wrócić do czytania tej powieści, to mam z nią tak, że gdy trzymam książkę w rękach i przewracam strony, to wzbudza we mnie ogrom uczuć, niektórych tak sprzecznych, że nie sposób tego ogarnąć. Natomiast, gdy tylko ją zamykałam i odkładałam to cały ten natłok emocji gdzieś wyparowywał. I to jest zasadniczy problem, jaki mam z Caravelem, chociaż nie jedyny. Nie mogę jednak powiedzieć, że nie jest to ciekawa historia. Autorce udało się w bardzo naturalny sposób wpleść kilka wątków, które nie są aż tak często poruszane w książkach (przemoc rodzica wobec dzieci), jednak nie skupia się to na tym i nie to generuje dalszą fabułę, chociaż początkowo jest tym katalizatorem do podjęcia przez Scarlett takiej, a nie innej decyzji.

Co mi się również bardzo podobało, a raczej kto, to Julian, który pojawia się już na samym początku książki i nie jest tym, za kogo go uważamy, chociaż tutaj zawsze trzeba być ostrożnym i nie należy nikomu ufać. Julian jest najlepiej wykreowaną postacią, chociaż spotkałam się już z opiniami bardzo negatywnymi na jego temat. Scarlett natomiast nie jest wyróżniającą się postacią na tle innych,  jest zwykłą dziewczyną, trochę zagubioną, nie wiedzącą czego chce od życia i jak powinna się zachować - i pomyślicie sobie pewnie: kolejna nijaka bohaterka, a ja wam powiem: wcale nie. Większość bohaterek, jakie mamy okazję spotkać w książkach są tymi niezależnymi od faceta zbawczyniami świata i to one się niczym nie wyróżniają. Tutaj mamy bardzo prawdziwy ogląd na to, jakie dziewczyny rzeczywiście są i to mi się bardzo spodobało. Mimo że miłością do tej bohaterki nie pałam, to podziwiam autorkę za to, że zdecydowała się stworzyć taką bardzo normalną postać, bo takich coraz mniej w książkach jest.

Mam jeszcze małe zastrzeżenie, co do podtytułu chłopak, który smakował jak północ. Nie ma go w wersji zagranicznej i sądzę, że w polskiej również go nie powinno być. Okej, rozumiem, co wydawnictwo mogło chcieć osiągnąć dodając te zdanie, natomiast do fabuły ono ma się nijak. Jest bardzo mylące, a później często zrozumieć, po co to jest i dlaczego, ten chłopak (nie wiadomo nawet jaki) smakował jak ta północ, no i przede wszystkim: jak smakuje północ? Jeszcze tego nie odkryłam i nie sądzę, by mi się udało, ale kto wie? Może życie mnie zaskoczy.

Jeśli jesteście ciekawi, czy będę sięgać po kontynuację, to będę, a wszystko za sprawą zakończenia. I tutaj również jest to kwestia sporna, czy zakończenie jest odpowiednie, natomiast zakończenie tej powieści jest typowe dla książek dzisiejszych czasów - ma zachęcić, niemal zmusić czytelnika do sięgnięcia po następny tom. Tutaj również jest to kwestia gustu, czy się komuś spodoba, ja jednak nie mam do niego większych zastrzeżeń. Nie pozostawia jednak czytelnika, a przynajmniej mnie nie pozostawił, w totalnym stanie zawieszenia, nie biłam się z myślami, co powinnam zrobić ze swoim życiem, ale jest według mnie zadowalające na tyle, by dać szansę drugiej (i zarazem ostatniej) części Caravalu. 

 ★★☆☆☆
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka