Wszystkie recenzje, inne teksty, zdjęcia stosików i zdjęcia książek zamieszczone na blogu Siostry W Bibliotece są naszą własnością i nie zgadzamy się na ich kopiowanie bez naszej wiedzy i zgody.
(Na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

niedziela, 22 stycznia 2017

Krótko o książkach Rory Gilmore // edycja 4

 Cześć i czołem! Dzisiaj chciałabym do Was przyjść z kolejnym postem z serii tych, w jakich opowiadam Wam, jakie książki z wyzwania czytelniczego Rory Gilmore udało mi się przeczytać. Wiem, że te posty cieszą się popularnością, więc tym bardziej byłam pełna mobilizacji, by skleić te kilkanaście zdań o każdej z pozycji, bo nie wiem, jak Wy, ale ja aktualnie mam dni zawalone nauką, robieniem projektów i oddawaniem ich na ostatnią chwilę. Ach, no i jeszcze sesja is coming, więc wiecie haha W tym zestawieniu wyjątkowo cztery, a nie trzy pozycje, ale mam nadzieję, że nikomu to przeszkadzać nie będzie, tymczasem: zachęcam do lektury!

Moja walka. Księga 1 / Karl Ove Knausgård // Wydawnictwo Literackie / styczeń 2015 // ★★★★★

   Uwielbiam trafiać na książki, o których myślałam, że są tyko dobre, a okazują się być genialne. Magiczne w swej prostocie, niezwykle prawdziwe i piekielnie wciągające. Taką książką jest właśnie Moja walka, a raczej pierwsza księga, bo tylko tę (póki co) udało mi się przeczytać. Autobiografia Karla Ove Knausgårda, którego dzieł jeszcze nie znam, opowiadająca o człowieku, o którym prawie nic nie wiem, pozostawiająca dziwne uczucie nostalgii po zakończeniu. Dawno nie czytałam tak dobrej książki, zapomniałam już, jak to jest trafiać niemalże na arcydzieła. Stosunkowo duża objętość książki (ponad pięćset stron) nie przytłacza, czyta się ją szybko i przyjemnie, o ile możemy mówić o czerpaniu przyjemności z czytania o śmierci. Jest w tej pozycji coś magicznego, niesamowitego i tajemniczego, co intryguje, ale i przeraża. Mrozi krew w żyłach, mimo że nie jest kryminałem, zapiera dech w piersi nawet jeśli nie dzieje się nic pełnego akcji, oczarowuje, to odpowiednie słowo do jej opisania. Jest to jedna z najlepszych pozycji, jakie udało mi się przeczytać w 2016 roku i nie mogę się doczekać zapoznania z dalszymi księgami, które wchodzą w skład tejże autobiografii, ano i Wam gorąco polecam, bo naprawdę warto.


Pokuta / Ian McEwan // 2002 / Świat Książki // ★★★★☆

   Pokuta to jedna z tych książek, wobec których mam mieszane uczucia. Z jednej strony jest to  bardzo ciekawa pozycja, ale z drugiej nie do końca mnie przekonuje. Trzynastoletnia Briony zrobiła pewne okropieństwo wobec jednego z członków swojej rodziny, aż w końcu postanawia to naprawić. Problem polega jednak na tym, że autor, oczywiście moim zdaniem, źle rozpisał tę historię. Podzielona jest na trzy części, z czego w pierwsza i trzecia opowiadają głównie o naszej głównej bohaterce, a druga, ta środkowa to losy Robbiego, przyjaciela rodziny, do której należy Briony. Fakt, że w tej środkowej części autor pokazuje to, jak wygląda wojna, co ja bardzo w książkach lubię, ale tym razem nie sądzę by było to komukolwiek potrzebne. Nie sądzę, by była to bardzo zła książka, podobała mi się i chętnie przeczytałabym ją jeszcze raz... gdyby wyrwać tę drugą część, ale tak to jest bardzo wartościowa i uważam, że warto się z nią zapoznać. I tak, jestem jedną z niewielu osób, które wolą 1 i 3 część od drugiej, więc może to Was zachęci haha
 
Opowieść miłosna / Erich Segal // Wydawnictwo Albatros / 2004 // ★★☆☆☆

   Cieniutka Opowieść miłosna, w oryginale: Love story (i z tego co wiem, to i u nas znana raczej pod tym tytułem) to historia pewnej pary, która związuje się nie mając na to zgody ojca chłopaka. Oliver, który poznaje Jenny w trakcie studiów zakochuje się w niej bez pamięci, mimo uszczypliwych z jej strony uwag, a może raczej powinnam napisać: dzięki nim, jest nią oczarowany. Jenny jest specyficzną bohaterką, tak samo jak i Oliver, ale ich związek jest najzwyczajniejszy na świecie. Może z wyjątkiem tego, że Jenny jest chora i niedługo umrze. Nie łudźcie się jednak, nie jest to kolejna opowieść o umieraniu (o tym przeczytacie na ostatnich kilkunastu stronach). Czy mi się podobała? Średnio. Nie widziałam w niej większego sensu, gdyż dla mnie pokazywanie, że należy walczyć o miłość, na którą nie przystają rodzice jednego z partnerów, to coś oczywistego, a może raczej nie tyle oczywistego, ile absurdalność widzę w tej "niezgodzie". Wiem, że takie sytuacje mają miejsce, niemniej jednak nie sądzę, by ta książka miała komuś na coś oczy otworzyć. Czytało się szybko i przyjemnie - na raz, na czterdzieści minut lektury, do odłożenia i zapomnienia, więc raczej nie polecam.

Dziwny przypadek psa nocną porą / Mark Haddon // Świat Książki / 2004 // ★☆☆☆☆

   Dziwny przypadek psa nocną porą to książka, od której miałam ogromne wymagania. Skoro otrzymała nagrodę Whitbread Book Of The Year w 2003 to coś musiało być z tą pozycją na rzeczy. Jak się jednak okazało, do mnie nie przemówiła. Opowiada ona o piętnastoletnim chłopaku, którego imienia nawet Wam nie będę podawać, bo nie ma to większego znaczenia, który jest chory na autyzm i pewnego wieczora znajduje zabitego widłami psa swojej sąsiadki, pani Shears. Postanawia rozwiązać zagadkę, jaką jest morderstwo owego psa i przy okazji poznajemy jego przygody. Jedyne co mi się w tej książce podobało to matematyka, która jest ważnym aspektem w tej historii, ze względu na to, że główny bohater, mimo (albo dzięki) swojej choroby jest geniuszem w tej dziedzinie. Jak wiecie, jest to coś, co mnie bardzo interesuje i takie aspekty w książkach, nawet delikatnie zarysowane są czymś ciekawym. Niestety sam Christofer, no dobra, macie jego imię, jest postacią... dziwną i nie przypadł mi do gustu. I nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że nie lubię go dlatego, że jest chory, po prostu jest specyficzny i tak jak z każdym innym bohaterem, albo się go polubi, ale nie, i tyle. Sama historia, czyli to poszukiwanie mordercy psa byłaby ciekawa, gdybyśmy nie dowiedzieli się go ledwie za połową książki. Skoro się dowiedzieliśmy, co się stało, to bez sensu pisać inne rzeczy (które nie wniosły nic do tej opowieści), które tylko irytują czytelnika. Nie rozumiem fenomenu tej powieści i Wam nie polecam, a wręcz odradzam jej czytanie. Cóż, jak widać wyzwanie czytelnicze Rory Gilmore to nie tylko wspaniałe książki, ale szczerze powiedziawszy, wcale się tego nie spodziewałam.

// 

Na samym końcu chciałabym Was zaprosić na podobne posty dwóch osób - Izy (Isabel czyta) oraz Weroniki (Bookocholic), które zdecydowały się wziąć udział w tym wyzwaniu (i tak jak ja, zakochały się w serialu)! Także zapraszam do klikania w linki poniżej.


Ja Was tymczasem żegnam i zachęcam do czytania książek z wyzwania!
Miłej niedzieli,
Alicja

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Kiedy nie wiesz, co się dzieje w Szkocji, czyli Uwięziona w bursztynie

Uwięziona w bursztynie / Diana Gabaldon // Świat Książki / 2010

   Wiedz, że gdy od razu pożyczasz trzy części jednej serii naraz, to to nazywa się już obsesją. Tak właśnie było w moim przypadku. Ale w sumie: czy na pewno, skoro po przeczytaniu drugiej części nie miałam ochoty, ani nie chciało mi się wygospodarować czasu na Podróżniczkę? Cóż, to jest oczywiście kwestia sporna, nie ukrywam jednak, że mimo wszystko uwielbiam serię Outlander, zakochałam się w Jamiem Fraserze i osiemnastowiecznej Szkocji i czym prędzej chciałam tam wrócić. Czy było to warte czasu, jaki musiałam poświęcić na brnięcie przez Uwięzioną w bursztynie, a później zmuszanie się do czytania, bo gonił mnie termin w bibliotece? Zaraz się o tym przekonacie. 

   Nie zamierzam tutaj na prawo i lewo rzucać wydarzeniami z drugiej części, bo nie chcę psuć radości z czytania tym, którzy są dopiero przed, a ci, których to nie interesuje, a jedynie chcieliby poznać moje zdanie na ten temat, nie muszą sobie zaprzątać głowy tym, co konkretnie miało miejsce. Ale ważne jest to, że to, co się działo mnie zachwycało! Niemalże cały czas. Tak do ostatnich stu albo dwustu stron. Serio. Gdybym mogła wydrzeć z Uwięzionej w bursztynie te kartki to byłabym najszczęśliwszym czytelnikiem na świecie. A druga część miała swój potencjał! I to ogromny. Byłam zachwycona (nawet bardziej niż pierwszą częścią) i tak bardzo chciałam dać tej pozycji pięć gwiazdek. A tu co? A tu klops. Jeden wielki wegetariański klops. I sama nie wiem, czym konkretnie to było spowodowane. Nie były to aż tak dramatyczne/złe/smutne (niepotrzebne skreślić) wydarzenia, ale czuję, że gdyby Diana Gabaldon zdecydowała się na inne rozwiązanie sprawy, to chyba byłabym szczęśliwsza. No, może poza jedną rzeczą, a mianowicie Szkocją (ci, co czytali, wiedzą o co mi chodzi, a ci co nie czytali: będzie Was to dręczyć, do końca Waszych dni, just kiddin').

   Bałam się tego tomu i jednocześnie byłam niezwykle podekscytowana. Nie spodziewałam się, że po tak mocnym początku, autorka da sobie radę, szczególnie, że z każdym kolejnym tomem rozszerza jego objętość i czytelnikowi ciężko ogarnąć, jakim cudem jej się to udaje, w dodatku w taki sposób, że nie jest się znudzonym (no, prawie). Ale w większości scen, które rozgrywają się na kartach tej książki siedzimy na fotelu/kanapie/leżymy na podłodze, nie wiedząc, co powinniśmy ze sobą począć. Jednocześnie ma się ochotę rzucić książką o ścianę oraz podnieść ją, przeprosić i zagłębić się w nią dalej. Autorka wie, jak targać emocjami czytelnika i to chyba tak naprawdę przykrywa te niedociągnięcia fabularne i dialogowe Uwięzionej w bursztynie, bo nie będę Was oszukiwać, że one istnieją.

   A jeśli już mówimy o wadach, to powiem Wam, bo może się nie zorientowaliście: zakochałam się w tej serii i to nie jest tak, że tylko ją wychwalam i uważam za najlepszą, jaka powstała, bo to stek bzdur, jest milion innych książek, zdecydowanie lepszych, do których pałam większą miłością. Cóż, to prawda, ale powiem Wam, że jednak wady w tej pozycji nie mają większego wpływu na odbieranie bohaterów, akcji i książki jako całości. W dodatku nawet nie doceniając tego, co nasi bohaterowie muszą przeżywać, to trzeba przyznać, że Diana Gabaldon musiała poświęcić ogrom pracy i czasu, by napisać coś takiego, więc już za samo to należy się jej szacunek.

    Wiem i w końcu muszę to głośno przyznać: oceniam tę książkę przez pryzmat serialu, przez pryzmat Sama Heughana, przez klimat, jaki jest oddany na ekranie mojego laptopa, gdy brnę przez kolejne minuty każdego odcinka, ale nie umiem tego oceniać inaczej. Dla mnie książka i serial to jedna i nierozłączna rzecz, dla mnie jedno nie może istnieć bez tego drugiego i może to jest kwestia moich zachwytów, choć wiem, że wiele osób uważa Outlander za serial, który sięgnął dna otchłani beznadziejności serialowej.

   Polecam Wam jednak serdecznie tę serię i tak. Może zakochacie się tak, jak ja, a może nie? Więc jeśli nie jesteście przekonani do tak ogromnych objętościowo książek, przepełnionych w dodatku rozdzierającymi emocjami, to polecam zacząć od serialu, jeśli się zakochacie: bierzcie się za czytanie, a jak nie, to może chociaż serialowe odwzorowanie pokaże Wam, jak wspaniałym Jamie jest bohaterem i dlaczego tak mocno go kocham.

★★★★☆

OD AUTORKI: Nareszcie udało mi się zmobilizować i napisać kolejną recenzję. Nie jest może najlepsza, ale nie należy do moich najgorszych. Czytaliście Obcą oraz Uwięzioną w bursztynie? A może oglądaliście serial? Dajcie znać w komentarzach! 

Trzymajcie się, 
Alicja 

czwartek, 12 stycznia 2017

Dlaczego rok 2017 może być najlepszy pod względem czytelniczym i dlaczego taki będzie?


Rok 2017. Kolejne 365 dni, w trakcie których możemy przeczytać niesamowite książki. Czy to te, które mamy na półce już od jakiegoś czasu, czy to nowości zakupione dwa albo trzy dni temu, czy to jeszcze większe starocie, wydane w okresie II Wojny Światowej pożyczone z biblioteki. To kolejny rok pełny nowych możliwości, których nie możemy zmarnować.

Nowości książkowe

Każdy z nas jest na swój sposób łasy na nowości. Codziennie (albo troszkę rzadziej, ale raz na jakiś czas na pewno) przeszukujemy internet w poszukiwaniu ciekawostek, zapowiedzi i dat premier coraz to nowych powieści, które gdzieś tam zobaczyliśmy po raz pierwszy (i możliwe, że jedyny). Świeżutka powieść naszej ulubionej autorki, nowy reportaż od znanego podróżnika albo nowiusieńki debiut kobiety, o której świat jeszcze nie słyszał. Nie oszukujmy się, każdego z nas ciągnie do takich hasełek, jeśli widzimy je w sieci i to jeden z powodów, dla których 2017 będzie świetny - bogaty w książki (zupełnie nowe albo dodruki już dawno wyprzedanych egzemplarzy).

Poznawanie nowych autorów

Jak to mawiają: nowy rok, nowa ja, a może powinniśmy to zmienić: nowy rok, nowi autorzy! Wiem, że wiele osób, boi się sięgać po twórczość osób, których kompletnie się nie zna, ale czy to nie jest takie trochę wychodzenie ze strefy własnego komfortu, po to, by może odkryć kolejną taką strefę? Ja często w ciemno sięgam po przeróżne dzieła naprawdę różnych autorów, których nie spodziewałabym się nigdy pokochać, a jednak tak się dzieje i nie żałuję tych decyzji. Także: nowy rok, nowi autorzy, polecam serdecznie, Alicja. 

Wyzwanie czytelnicze Rory Gilmore

U mnie to wyzwanie to jedyne (poza tym "ilościowym" na GoodReads), w którym biorę udział. Uwielbiam serial Gilmore Girls, a czytanie książek, które się tam pojawiły sprawia mi ogromną frajdę, nawet jeśli niektóre powieści nie przypadły mi do gustu. Wybieranie tej jednej na dany okres z ponad trzystu książek jest niesamowicie trudnym, ale satysfakcjonującym wyborem i również Wam polecam udział w tym wyzwaniu. Jak już wspomniałam, czasem warto wyjść z własnej strefy czytelniczego komfortu, żeby poznać coś nowego, co się pokocha równie mocno, a może nawet i mocniej?

Re-reading 

Ponowne czytanie książek to coś, co ma zarówno swoich przeciwników, jak i zwolenników i ciężko określić, kogo jest więcej. Ja należę do osób, które zmieniły front z: czytanie książek kolejny raz jest bez sensu na przeczytam ulubione serie trzy razy do roku, bo dlaczego by nie? I właśnie pod takim znakiem stawiam swój 2017 rok, jeśli chodzi o tą część czytelniczą. Przeczytałam tyle wspaniałych powieści w całym swoim życiu (ale głównie w zeszłym roku) i teraz chcę do nich wrócić, bo wiem, że się nie zawiodę, a jedyne co, to mogę bardziej pokochać bohaterów i styl pisania danego autora.


A wy macie jakieś przemyślenia odnośnie tego, jaki będzie 2017? Dajcie znać w komentarzu!
 Pozdrawiam cieplutko,
Alicja

wtorek, 10 stycznia 2017

Nie do końca mało o (nie)Małym życiu

Małe życie, Hanya Yanagihara; Wydawnictwo W.A.B, 2016

   Czytamy książki, to oczywiste. Czasem są one lepsze, czasem gorsze. Czasem bardziej angażują nas emocjonalnie, a czasem wręcz przeciwnie: nie pozostawiają w nas żadnego ani pozytywnego, ani negatywnego odczucia. Są, bo są, a my je przeczytaliśmy i tyle. Rzadko zdarza się, by książka była idealna, wiadomo, jak już napisałam: jedne są lepsze, inne gorsze, ale nawet te lepsze mają swoje wady. Mimo wszystko doceniamy te dobre książki, bo wiemy (tak zakładam), że nie ma ich aż tak dużo, skoro w XXI wieku książki może pisać każdy. Dlatego doceniamy te dobre. Za styl autora, za bohaterów, jakich wykreował, za samą fabułę, która może nas zaskoczyć, albo po prostu niesamowicie wciągnąć. Za cokolwiek, ale doceniamy, bo wiemy, że nim trafimy na jakąś lepszą pozycję mogą minąć tygodnie. Dlatego cieszę się, że przeczytałam Małe życie i należy ono do kategorii tych lepszych książek, nie idealnych, ale fantastycznych, budzących emocje i pozostających w pamięci na długi czas.

   Małe życie, światowy fenomen, największe wydarzenie literackie 2015 roku, do Polski przywędrowało troszkę później, ale ważne, że w ogóle. Szybko stało się obiektem pożądania książkoholików, pieczołowicie fotografowana na bookstagramie, temat do rozmów dla dosłownie wszystkich, elektryzujące spekulacje na temat zawartości, umiejętności tłumacza czy po prostu fajności okładki, która no, nie ukrywajmy, jest fajna. W pewnym momencie temat ucichł, nie słyszałam na każdym kroku o tym, jak ta książka jest dobra, nie sprawdzałam recenzji, autorstwa tych pierwszych szczęśliwców, którym udało się zdobyć powieść dwa czy trzy dni przed premierą. Ale cały czas coś mnie do niej ciągnęło, do książki, do tej historii, do Willema i Jude'a (tak, wiem, to nie są jedyni bohaterowie). Ale mój entuzjazm opadł, aż w końcu moje życie wróciło na spokojne tory egzystencji normalnej dwudziestolatki, która pół roku po zakupie Małego życia doszła do wniosku, że nareszcie jest gotowa na poznanie tej historii i zachwycanie się nią.

   Wszystko zaczyna się, gdy nasi główni bohaterowie, czyli już wspominany Jude i Willem oraz Malcom i JB przeprowadzają się do Nowego Jorku po skończeniu collegu. Każdy z nich przed tym coś przeżył, wiadomo, że nie wtedy zaczęli swoje życie, jednak tak jak obserwujemy naocznie wspomnienia, jakimi się dzielą między sobą, to niestety nie jesteśmy w stanie dostrzec nic, zza ciemnej kotary, którą osłonił się Jude.

   Początek był tragiczny. Nie rozumiałam kompletnie nic, myliłam bohaterów, nie mogłam się w tym połapać, a wszystkiego było po prostu za dużo: za dużo postaci, za dużo wątków, zbyt dużo historii i przede wszystkim: zbyt dużo stron, a wiecie przecież jak bardzo kocham grube książki. Za dużo wszystkiego to powinien być, według mnie z września, nowy tytuł tej książki. Błądziłam w labiryncie wielowątkowości, zbytniej złożoności, a jednoczesnej prostoty tego wszystkiego, nie mogłam zrozumieć, jakim cudem, to się ludziom podoba, ciężko było mi się skupić i dobrnąć na następną pełną stronę. Liczyłam, ile mi zostało do końca rozdziału, załamując się, że są to aż sto trzydzieści trzy strony. Ale nie po to zabijałam się jak głupia przed premierą tej powieści z Polsce o najniższą z możliwych cen w księgarniach internetowych, żeby teraz wyrzucić Małe życie niczym zbitego psa za drzwi mojego mieszkania. Zacisnęłam zęby i z mozołem okropnym, z brakiem jakichkolwiek nadziei na poprawę brnęłam dalej niczym ślepiec przez życie, tu: Małe życie. 

   To, co opisałam wam wyżej ma się nijak do tego, co czuję w chwili obecnej wobec tej książki. Niesamowita, łamiąca serce, niezwykle emocjonalna, elektryzująca, przepiękna, prosta, prawdziwa, głęboka, smutna i wesoła w tym samym momencie. Jednocześnie to kocham i nienawidzę, próbuję samej sobie to w jakiś sposób wyjaśnić, ale nie potrafię. Nie potrafię odpędzić od siebie widoku twarzy Jude'a, który obserwuje mnie, gdy tworzę ten post, nie jestem w stanie znieść kpiącego uśmiechu na ustach JB, który zagląda co jakiś czas do mojego pokoju, żeby sprawdzić, jak idzie mi pisanie. Tak samo nie jestem w stanie zdzierżyć chęci niesienia pomocy Malcolma, który choć na pisaniu zna się jak ja na grze na pianinie, to chce mi pomóc poprawić wszystkie błędy. Ale rzeczy, której nie jestem w stanie zrozumieć najbardziej to niezwykłe opanowanie Willema, który siedzi tylko na łóżku i czeka, aż skończę pisać, żeby mnie zapewnić o wspaniałości i sensie tego wpisu.

   Czym jest Małe życie, które zachwyciło miliony na całym świecie? Piękną opowieścią o przyjaźni, która nie zawsze jest taka idealna, jak się nam wydaje, że jest. Historią o tym, jak ogromny wpływ na nasze teraźniejsze życie ma przeszłość i to, jakich ludzi spotkaliśmy na swojej drodze. O tym, że należy wybaczać, nie tylko innym, ale i samemu sobie, to właściwie przede wszystkim, bo inaczej nie będziemy w stanie ruszyć do przodu. Tematyka książki jest, jak widzicie, oklepana, cóż, czasem i tak jest, nie twierdzę, że to jest fenomen, który porusza jakieś wątki po raz pierwszy w literaturze, co to, to nie, ale z tymi bohaterami, z niesamowitym piórem Hanyi Yanagihary tworzą świetną całość, którą na pewno zapamięta się na długi czas. 

   Nie zawsze jednak jest w Małym życiu tak kolorowo. I nie chodzi mi o to, co spotyka głównych bohaterów, ale o same minusy tej powieści. Przede wszystkim: nie wiemy, w jakim okresie mniej więcej dzieje się akcja i chociaż tak samo (w większości, a na pewno przy Tajemnej historii) jest z twórczością Donny Tartt, to tutaj troszkę bardziej mnie to raziło, ale nie uważam, żeby jakkolwiek miało to umniejszać wartości tej książki, bo tak naprawdę jakie to ma znaczenie przy ogromnie problemów głównych bohaterów (jednych mniejszych, innych większych: mówię o problemach), no właśnie - żadne. Inną sprawą jest idealizowanie Jude'a, osoby, które czytały Małe życie prawdopodobnie złapią się za głowę: co ty w ogóle mówisz?!, spytają. Ano, Jude umie wszystko, mimo że tego nie wie (a może jednak?), nie mówię, że ta jego idealizacja jest jakoś wyraźnie widoczna, ale jakby się nad tym troszkę dłużej zastanowić, to parę osób na pewno mi przytaknie. To jednak również jest mały minus, jeśli weźmiemy pod uwagę to, co musiał w życiu przeżyć nasz główny bohater, ale nie mogę was okłamywać, że to idealna powieść, dosłownie dla każdego, bo tak (nie)stety nie jest. Przede wszystkim brutalność, jaka jest wszędobylska w Małym życiu ma swoich przeciwników. Historia usłana nie różami, a bólem, cierpieniem i obrzydzeniem. Nie ukrywam swej odrazy wobec ludzi i świata, jaka mi towarzyszyła podczas czytania tej powieści, nie będę jej ukrywać, bo tak było i tyle, ale w końcu doszłam do wniosku (z niewielką pomocą), że o to chodzi, taki był zamysł i tak powinno się czuć podczas czytania Małego życia. Moja niechęć do otaczającej mnie rzeczywistości rosła z każdą kolejną przekręcaną stroną, żeby w pewnym momencie osłabła i aby wydarzenia z książki dały mi jednak, choć namiastkę, nadziei na lepsze jutro dla tych postaci, dla prawnika-Jude'a, architekta-Malcolma, malarza-JB i aktora-Willema, nadzieję dla nich, ich przyjaźni i związków.

   Na zawsze zapamiętam JB, Malcolma, Willema, Jude'a, Harolda, Andy'ego i inne postaci, które przewijają się przez ponad osiemset stron Małego życia. Na każdym kroku będę czuć magię sztuki JB, widzieć Willema na wielkim ekranie w kinie, Jude'a, który spieszy się na kolejne spotkanie z klientem, czy Malcolma, który mnie nie zauważy, bo będzie żuł końcówkę ołówka próbując nanieść poprawki na jakiś projekt. (Nie)idealna opowieść o życiu, małym życiu, które paradoksalnie jest wielkie, ogromne, nieskończone. Piękne w swojej brutalności, prawdziwe w swoim okrucieństwie, ale przede wszystkim zapadające w pamięć. Nie mogę wyjść z podziwu, mimo że za miesiąc lub dwa dojrzę całą resztę wad tej historii, ale na tę chwilę (i na każdą kolejną też, mimo wszystko) polecam wam. Nie. Ja was zmuszam do przeczytania Małego życia. Jeśli czujecie się na siłach. A jeśli nie, to jeszcze poczekajcie. Ale nie zwlekajcie zbyt długo, kto wie, ile nasi bohaterowie jeszcze będą stąpać po tym świecie?

piątek, 6 stycznia 2017

Seria książkowo-zdjęciowa #grudzień2016



Cześć. Dzisiaj wstyd mi do Was przychodzić, z tym co mam. Z dwóch powodów tak naprawdę: po pierwsze dlatego, że jest tego mało, a po drugie, że jest tego tak mało, bo jestem zbyt leniwa, żeby skleić więcej tych... sklejek. W dodatku ten post miał nigdy nie powstać, ponieważ rezygnuję ze zdjęciowych podsumowań comiesięcznych, ale stwierdziłam, że Wam należy się słowo wyjaśnienia, a mi chociaż w pewnym stopniu odciąży to wyrzuty sumienia.

Wiem, że to nie tak, jakbym usuwała albo rezygnowała z bloga, ale od 2013 roku robię to w miarę regularnie, więc to troszkę takie rozstanie. Przyczyn mojej decyzji, jest kilka. Przede wszystkim chyba jednak fakt, że zaczęłam robić więcej zdjęć aparatem. I tutaj pewnie powiecie: no to Alicja, wstawiaj te zdjęcia. No i prawda, mogłabym to robić, tylko, że duża ilość tych zdjęć jest podobna. Różni się delikatnie światłem, przybliżeniem, nieco innym kątem ustawienia aparatu. Plus: większość zdjęć to autoportrety, jeśli można to tak nazwać. Kombinowałam parę tygodni z instagramem, co powinnam zmienić, bo mi to nie pasuje, aż w końcu doszłam do konsensusu z samą sobą i zdecydowałam. Dlatego teraz robię takie zdjęcia, a nie inne. 

Kolejną sprawą jest fakt, że choć podobają mi się zdjęcia, które robię prywatnie, to nie chcę się już nimi dzielić. To są moje małe pamiątki, które chcę, by zostały ze mną i tylko ze mną, na dłużej. Przestała mi się również podobać presja czasu, jak i ilości, którą czułam przez cały miesiąc: oo, tutaj wypadałoby zrobić zdjęcia, o nie, zostały tylko trzy dni do końca miesiąca, a ja zdjęć mam dwadzieścia, a nie sto dwadzieścia. I wiem, że wielu osobom by nie przeszkadzała mała ilość zdjęć, czy brak różnorodności, ale mnie samej przestało zachwycać robienie tego typu rzeczy. 

I na koniec, co teraz do mnie dotarło, również jest jednym z tych głównych i znaczących najbardziej powodów, który powinnam wymienić chyba pierwszy albo drugi to fakt, że chcę zrobić z mojego instagrama coś ciekawego. Wiem, że w sferze bookstagrama jest stosunkowo ciężko o przysłowiową oryginalność, bo wszystko to niknie w tysiącach albo nawet setkach tysięcy kont i zdjęć, wykorzystujących ten sam motyw, kąt padania światła, czy co jeszcze. Ale jestem zadowolona z tego, co robię, co do tej pory osiągnęłam, nawet jeśli nie są to zdjęcia idealne. Jestem z nich dumna i z chęcią je wrzucam na swój profil. Nie czując presji, by dać Wam znać, co aktualnie czytam, a czując autentyczną dumę z publikowania kolejnego zdjęcia, nawet jeśli z niego nie wynika, ile przeczytałam, albo co nowego kupiłam w księgarniach.

Mam nadzieję, że zrozumiecie i może zachęcę Was do zaobserwowania mnie na instagramie (@booksforlynch) i tam właśnie śledzenia moich fotograficznych poczynań i samodzielnego rozwoju, nabierania pewności siebie i autentycznej radości, a nie chorej potrzeby robienia kolejnych zdjęć. Natomiast teraz jeszcze zapraszam Was na te marne parę sklejek, które dla Was przygotowałam na grudzień. 









Trzymajcie się ciepło,
Alicja
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka