Wszystkie recenzje, inne teksty, zdjęcia stosików i zdjęcia książek zamieszczone na blogu Siostry W Bibliotece są naszą własnością i nie zgadzamy się na ich kopiowanie bez naszej wiedzy i zgody.
(Na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

wtorek, 10 stycznia 2017

Nie do końca mało o (nie)Małym życiu

Małe życie, Hanya Yanagihara; Wydawnictwo W.A.B, 2016

   Czytamy książki, to oczywiste. Czasem są one lepsze, czasem gorsze. Czasem bardziej angażują nas emocjonalnie, a czasem wręcz przeciwnie: nie pozostawiają w nas żadnego ani pozytywnego, ani negatywnego odczucia. Są, bo są, a my je przeczytaliśmy i tyle. Rzadko zdarza się, by książka była idealna, wiadomo, jak już napisałam: jedne są lepsze, inne gorsze, ale nawet te lepsze mają swoje wady. Mimo wszystko doceniamy te dobre książki, bo wiemy (tak zakładam), że nie ma ich aż tak dużo, skoro w XXI wieku książki może pisać każdy. Dlatego doceniamy te dobre. Za styl autora, za bohaterów, jakich wykreował, za samą fabułę, która może nas zaskoczyć, albo po prostu niesamowicie wciągnąć. Za cokolwiek, ale doceniamy, bo wiemy, że nim trafimy na jakąś lepszą pozycję mogą minąć tygodnie. Dlatego cieszę się, że przeczytałam Małe życie i należy ono do kategorii tych lepszych książek, nie idealnych, ale fantastycznych, budzących emocje i pozostających w pamięci na długi czas.

   Małe życie, światowy fenomen, największe wydarzenie literackie 2015 roku, do Polski przywędrowało troszkę później, ale ważne, że w ogóle. Szybko stało się obiektem pożądania książkoholików, pieczołowicie fotografowana na bookstagramie, temat do rozmów dla dosłownie wszystkich, elektryzujące spekulacje na temat zawartości, umiejętności tłumacza czy po prostu fajności okładki, która no, nie ukrywajmy, jest fajna. W pewnym momencie temat ucichł, nie słyszałam na każdym kroku o tym, jak ta książka jest dobra, nie sprawdzałam recenzji, autorstwa tych pierwszych szczęśliwców, którym udało się zdobyć powieść dwa czy trzy dni przed premierą. Ale cały czas coś mnie do niej ciągnęło, do książki, do tej historii, do Willema i Jude'a (tak, wiem, to nie są jedyni bohaterowie). Ale mój entuzjazm opadł, aż w końcu moje życie wróciło na spokojne tory egzystencji normalnej dwudziestolatki, która pół roku po zakupie Małego życia doszła do wniosku, że nareszcie jest gotowa na poznanie tej historii i zachwycanie się nią.

   Wszystko zaczyna się, gdy nasi główni bohaterowie, czyli już wspominany Jude i Willem oraz Malcom i JB przeprowadzają się do Nowego Jorku po skończeniu collegu. Każdy z nich przed tym coś przeżył, wiadomo, że nie wtedy zaczęli swoje życie, jednak tak jak obserwujemy naocznie wspomnienia, jakimi się dzielą między sobą, to niestety nie jesteśmy w stanie dostrzec nic, zza ciemnej kotary, którą osłonił się Jude.

   Początek był tragiczny. Nie rozumiałam kompletnie nic, myliłam bohaterów, nie mogłam się w tym połapać, a wszystkiego było po prostu za dużo: za dużo postaci, za dużo wątków, zbyt dużo historii i przede wszystkim: zbyt dużo stron, a wiecie przecież jak bardzo kocham grube książki. Za dużo wszystkiego to powinien być, według mnie z września, nowy tytuł tej książki. Błądziłam w labiryncie wielowątkowości, zbytniej złożoności, a jednoczesnej prostoty tego wszystkiego, nie mogłam zrozumieć, jakim cudem, to się ludziom podoba, ciężko było mi się skupić i dobrnąć na następną pełną stronę. Liczyłam, ile mi zostało do końca rozdziału, załamując się, że są to aż sto trzydzieści trzy strony. Ale nie po to zabijałam się jak głupia przed premierą tej powieści z Polsce o najniższą z możliwych cen w księgarniach internetowych, żeby teraz wyrzucić Małe życie niczym zbitego psa za drzwi mojego mieszkania. Zacisnęłam zęby i z mozołem okropnym, z brakiem jakichkolwiek nadziei na poprawę brnęłam dalej niczym ślepiec przez życie, tu: Małe życie. 

   To, co opisałam wam wyżej ma się nijak do tego, co czuję w chwili obecnej wobec tej książki. Niesamowita, łamiąca serce, niezwykle emocjonalna, elektryzująca, przepiękna, prosta, prawdziwa, głęboka, smutna i wesoła w tym samym momencie. Jednocześnie to kocham i nienawidzę, próbuję samej sobie to w jakiś sposób wyjaśnić, ale nie potrafię. Nie potrafię odpędzić od siebie widoku twarzy Jude'a, który obserwuje mnie, gdy tworzę ten post, nie jestem w stanie znieść kpiącego uśmiechu na ustach JB, który zagląda co jakiś czas do mojego pokoju, żeby sprawdzić, jak idzie mi pisanie. Tak samo nie jestem w stanie zdzierżyć chęci niesienia pomocy Malcolma, który choć na pisaniu zna się jak ja na grze na pianinie, to chce mi pomóc poprawić wszystkie błędy. Ale rzeczy, której nie jestem w stanie zrozumieć najbardziej to niezwykłe opanowanie Willema, który siedzi tylko na łóżku i czeka, aż skończę pisać, żeby mnie zapewnić o wspaniałości i sensie tego wpisu.

   Czym jest Małe życie, które zachwyciło miliony na całym świecie? Piękną opowieścią o przyjaźni, która nie zawsze jest taka idealna, jak się nam wydaje, że jest. Historią o tym, jak ogromny wpływ na nasze teraźniejsze życie ma przeszłość i to, jakich ludzi spotkaliśmy na swojej drodze. O tym, że należy wybaczać, nie tylko innym, ale i samemu sobie, to właściwie przede wszystkim, bo inaczej nie będziemy w stanie ruszyć do przodu. Tematyka książki jest, jak widzicie, oklepana, cóż, czasem i tak jest, nie twierdzę, że to jest fenomen, który porusza jakieś wątki po raz pierwszy w literaturze, co to, to nie, ale z tymi bohaterami, z niesamowitym piórem Hanyi Yanagihary tworzą świetną całość, którą na pewno zapamięta się na długi czas. 

   Nie zawsze jednak jest w Małym życiu tak kolorowo. I nie chodzi mi o to, co spotyka głównych bohaterów, ale o same minusy tej powieści. Przede wszystkim: nie wiemy, w jakim okresie mniej więcej dzieje się akcja i chociaż tak samo (w większości, a na pewno przy Tajemnej historii) jest z twórczością Donny Tartt, to tutaj troszkę bardziej mnie to raziło, ale nie uważam, żeby jakkolwiek miało to umniejszać wartości tej książki, bo tak naprawdę jakie to ma znaczenie przy ogromnie problemów głównych bohaterów (jednych mniejszych, innych większych: mówię o problemach), no właśnie - żadne. Inną sprawą jest idealizowanie Jude'a, osoby, które czytały Małe życie prawdopodobnie złapią się za głowę: co ty w ogóle mówisz?!, spytają. Ano, Jude umie wszystko, mimo że tego nie wie (a może jednak?), nie mówię, że ta jego idealizacja jest jakoś wyraźnie widoczna, ale jakby się nad tym troszkę dłużej zastanowić, to parę osób na pewno mi przytaknie. To jednak również jest mały minus, jeśli weźmiemy pod uwagę to, co musiał w życiu przeżyć nasz główny bohater, ale nie mogę was okłamywać, że to idealna powieść, dosłownie dla każdego, bo tak (nie)stety nie jest. Przede wszystkim brutalność, jaka jest wszędobylska w Małym życiu ma swoich przeciwników. Historia usłana nie różami, a bólem, cierpieniem i obrzydzeniem. Nie ukrywam swej odrazy wobec ludzi i świata, jaka mi towarzyszyła podczas czytania tej powieści, nie będę jej ukrywać, bo tak było i tyle, ale w końcu doszłam do wniosku (z niewielką pomocą), że o to chodzi, taki był zamysł i tak powinno się czuć podczas czytania Małego życia. Moja niechęć do otaczającej mnie rzeczywistości rosła z każdą kolejną przekręcaną stroną, żeby w pewnym momencie osłabła i aby wydarzenia z książki dały mi jednak, choć namiastkę, nadziei na lepsze jutro dla tych postaci, dla prawnika-Jude'a, architekta-Malcolma, malarza-JB i aktora-Willema, nadzieję dla nich, ich przyjaźni i związków.

   Na zawsze zapamiętam JB, Malcolma, Willema, Jude'a, Harolda, Andy'ego i inne postaci, które przewijają się przez ponad osiemset stron Małego życia. Na każdym kroku będę czuć magię sztuki JB, widzieć Willema na wielkim ekranie w kinie, Jude'a, który spieszy się na kolejne spotkanie z klientem, czy Malcolma, który mnie nie zauważy, bo będzie żuł końcówkę ołówka próbując nanieść poprawki na jakiś projekt. (Nie)idealna opowieść o życiu, małym życiu, które paradoksalnie jest wielkie, ogromne, nieskończone. Piękne w swojej brutalności, prawdziwe w swoim okrucieństwie, ale przede wszystkim zapadające w pamięć. Nie mogę wyjść z podziwu, mimo że za miesiąc lub dwa dojrzę całą resztę wad tej historii, ale na tę chwilę (i na każdą kolejną też, mimo wszystko) polecam wam. Nie. Ja was zmuszam do przeczytania Małego życia. Jeśli czujecie się na siłach. A jeśli nie, to jeszcze poczekajcie. Ale nie zwlekajcie zbyt długo, kto wie, ile nasi bohaterowie jeszcze będą stąpać po tym świecie?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Każdy komentarz jest dla nas wielką motywacją do pisania tego bloga i ulepszania go, dlatego dziękujemy bardzo za każde słowo :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka