Wszystkie recenzje, inne teksty, zdjęcia stosików i zdjęcia książek zamieszczone na blogu Siostry W Bibliotece są naszą własnością i nie zgadzamy się na ich kopiowanie bez naszej wiedzy i zgody.
(Na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

niedziela, 31 stycznia 2016

Podsumowanie miesiąca #styczniorek2016


   Czy ktoś zechce wyjaśnić mi, dlaczego ten czas tak szybko leci? Dlaczego dni nie mogą ciągnąć się tak wolno, niczym ślimak, który nie ma ochoty na dalszą podróż? Dlaczego jedna dwunasta 2016 roku gdzieś mi umknęła, a ja nie mam pojęcia gdzie i kiedy? Cóż, dziwne to, ale może kiedyś odpowiem sobie na te pytania, tymczasem chciałabym Was zaprosić na podsumowanie miesiąca. Filmik z moim TBR na luty powinien pojawić się na dniach, natomiast WRAP UP będzie dopiero pod koniec lutego, razem właśnie z WRAP UP-em z tegoż miesiąca, bo nie mam kiedy go nagrać i z Waszą pomocą doszłam do tego, że najlepiej będzie połączyć te dwa filmiki, szczególnie, że wiem, że w lutym dużo nie przeczytam. Także już nie będę przedłużała i zapraszam do dalszej części posta!

CO UDAŁO MI SIĘ PRZECZYTAĆ?


   Styczeń 2016 zaliczam do bardzo, ale to bardzo udanych miesięcy pod względem czytelniczym. Jestem zadowolona z wyniku, jaki udało mi się uzyskać i (w większości) z książek, jakie przeczytałam. W całości przeczytałam 8 książek plus jakieś 150 stron z W stronę architektury oraz nieco ponad 200 z Linii serc, więc nie jest najgorzej, moim zdaniem oczywiście.
   Najlepszą książką przeczytaną w styczniu były Inne zasady lata, natomiast najgorszą, na której totalnie się zawiodłam były Kroniki Bane'a, moim zdaniem zbędny dodatek w tej serii.

 CO PLANUJĘ PRZECZYTAĆ?

 

    Mam wrażenie, że w moich planach na luty coś pochrzaniłam, bo brakuje jednej książki, którą umieściłam w filmiku, ale niestety, nie sprawdzę, jaka to książka, bo nie mam jak. Jednak to są moje priorytety na luty (wiem, że wszystkiego nie przeczytam, ale pokazuję, bo wiem, że jesteście ciekawi). Także, jak coś w ogóle w lutym czytać będę to z puli tych książek. Najbardziej jestem ciekawa Uroczyska! 

CZEGO SŁUCHAŁAM?

  

   A tego słuchałam, jeśli jesteście ciekawi. Powiem Wam szczerze, że te dwie playlisty są do siebie bardzo podobne, ale są piosenki, które się nie powtarzają, więc jeśli chcecie, to posłuchajcie, posprawdzajcie i dajcie mi znać, która nuta podobała się Wam najbardziej :) 

Czytaliście coś z tych książek? Planujecie? A co Wy przeczytaliście w styczniu i jakie macie plany na luty? Dajcie znać w komentarzu! 

!!!CZYTELNICZEGO DNIA ŻYCZĘ!!!

sobota, 23 stycznia 2016

KSIĄŻKOWA SZTUKA BOOK TAG



















Najpierw chyba powinnam się porządnie zastanowić, kiedy robiłam ostatni TAG... Dawno temu, tyle wiem. Nie liczę tych tagów na kanale, bo to coś innego, zupełnie inaczej odpowiada się na nominacje w formie filmików, nie powiem, jest to wygodniejsze, jednakże w tym przypadku nie byłoby to takie łatwe. Prawdopodobnie większości książek nie miałabym na miejscu + w tejże chwili jest 22:09 i nie mam sprzętu do nagrywania, więc po prosu odpowiadam w takiej formie, standardowej. 

Tak więc bez zbędnego przedłużania powiem już, że nominację dostałam od Oli z bloga Słowa z kartek, tak więc jakby ktoś był zainteresowany, to serdecznie zapraszam!

Najładniejsza okładka pojedynczej książki

Chociaż to nie książka, a powieść graficzna, to i tak muszę dać tutaj Blankets. Pod śnieżną kołderką. Niby nic specjalnego, ale ja się zakochałam! Całość jest tak prześliczna, że aż brak mi słów!

Najbrzydsza okładka pojedynczej książki

WHAT THE FUCK?! Więcej chyba nie muszę dodawać. 

Najładniejsze okładki serii

Dzieło sztuki to to może nie jest, ale i tak je kocham. Są takie cudowne, klimatyczne i... I po prostu je kocham!

Najbrzydsze okładki serii

Chyba powtórzę schemat i dam to, co wszyscy, czyli Dary Anioła w pierwszej wersji okładkowej wydanej w Polsce. Paskudztwo, a fe! 

Okładka zapadająca w pamięć

Zdecydowanie tutaj dam Black Ice. Nie dość, że książka sama w sobie jest super, to ma cudowną okładkę, która przykuwa wzrok i mi zapadła w pamięć na bardzo, bardzo długo. Chętnie odświeżyłabym sobie tę mrożącą krew w żyłach historię!

Okładka niepasująca do treści

   Długo się zastanawiałam i jeszcze dłużej musiałam przeglądać swoją biblioteczkę na Lubimy czytać, ale chyba w końcu coś wybrałam i tą książką jest Jeśli zostanę w starej wersji okładkowej. Nie wiem, jak się odnosi to do treści, nie mówię, że jest zła, bo wcale nie jest, ale... cóż, z treścią ma tyle wspólnego, ile ja z nowo narodzonym dzieckiem Louisa Tomlinsona. 

Strony: białe czy żółte?

   Zdecydowanie te żółte! Mają przyjemniejszą strukturę i nie brudzą się tak szybko, w dodatku trudniej się nimi skaleczyć, a tak ciamajdowata osoba jak ja, potrafi zrobić sobie krzywdę nawet papierem, wierzcie mi! A mówią, że czytania nie można nazwać sportem, w dodatku, kurde, wyczynowym!

Strony: grube czy cienkie?

   Grubaski, grubaski, grubaski. Wprawdzie przez to książki są cieńsze i... no cóż, grubsze, to wolę mieć 450-stronicową książkę pokaźnych rozmiarów, niż 600-stronicową, która wygląda na dwieście i jest koszmarnie, koszmarnie zbita, tak bardzo, że nawet się nie otwiera.

Najlepsze wydawnictwo pod względem wyglądu książek

   Wydawnictwo Otwarte/Moondrive oraz Bukowy Las. No i Feeria Young. Uwielbiam oprawy graficzne od tych wydawnictw, choć jest jeszcze kilka, które naprawdę moim zdaniem są warte uznania. Ale przy tych w 90% okładka mi się spodoba.


Tak więc to byłoby na tyle, napiszcie mi, czy zgadzacie się z tym, co napisałam, a jeśli nie, to podajcie mi swoje typy do poszczególnych kategorii!
+ Mam wrażenie, że już każdy zrobił ten tag, więc nikogo nie nominuję. Chyba, że jesteś, osobo, która to czyta, właśnie tą osobą, która jeszcze tego tagu nie zrobiła, także - czuj się nominowana!

czwartek, 21 stycznia 2016

Złe dziewczyny nie umierają - Katie Alender

Tytuł oryginału: Bad Girls Don't Die
Tytuł polski: Złe dziewczyny nie umierają
Autorka: Katie Alender
Data premiery: 13 stycznia 2016
Wydawca: Wydawnictwo Feeria Young
Liczba stron: 356
Czas czytania: 2 dni

"Alexis ucieka w fotografowanie i trzyma się na uboczu, jak niejedna nastolatka. Nie każdy jest urodzoną cheerleaderką. Zresztą jak się żyje z takimi rodzicami, nie ma w tym nic dziwnego. Młodsza siostra Alexis, trzynastoletnia Kasey, też jest specyficzna, z tym swoim zbzikowaniem na punkcie starych lalek. W sumie życie Alexis, choć trochę wyobcowane, nie odbiega od normy. Tak się przynajmniej wydaje…

Nagle sprawy wymykają się spod kontroli. Staje się jasne, że złowróżbne sygnały to był dopiero przedsmak prawdziwej grozy. Kasey zaczyna się zachowywać jeszcze bardziej niepokojąco niż wcześniej: jej błękitne oczy skrzą czasem zielonym blaskiem, pamięć odmawia jej posłuszeństwa, a słowa… słowa, które wypowiada, są żywcem wyjęte z dawnych epok. Kasey z radosnej kolekcjonerki lalek zmienia się w uosobienie zła. Dziwne rzeczy dzieją się też w domu. Drzwi otwierają się i zamykają, pchane niewidzialną ręką, woda sama się gotuje, klimatyzacja, choć wyłączona, przepełnia całe wnętrze chłodem.

Początkowo Alexis bierze te sytuacje za urojenia, ale wkrótce zdaje sobie sprawę, że wszystko dzieje się naprawdę i tylko ona może podjąć walkę z czającym się zagrożeniem i ratować siostrę. Tylko czy zielonooka potworna dziewczynka to wciąż ta sama osoba co wcześniej?"
- lubimyczytac.pl

Trylogia "Złe dziewczyny nie umierają"
Złe dziewczyny nie umierają | From Bad to Cursed | As Dead As It Gets

    Kiedy pierwszy raz usłyszałam o książce Złe dziewczyny nie umierają tak naprawdę nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać. Początkowo byłam przekonana, że będzie to historia w stylu tej z Pretty Little Liars, jednak moje wątpliwości szybko zostały rozwiane. Później zaczęłam się zastanawiać nad powiązaniem z trylogią o Marze Dyer, ale koniec końców okazało się to czymś zupełnie innym, niż zakładałam. Czy to dobrze? Cóż, to kwestia sporna. Przynajmniej nie jest to historia, jak każda inna. Ale z drugiej strony, wcale mnie nie urzekła, więc z dwojga złego, może lepiej by było, jakby była czymś, co znam i co mi się całkiem podobało, niż czymś, co było nowe i czego wcale poznawać nie chciałam. 

   Alexis ma piętnaście lat i mieszka w dziwacznym domu, jej rodzice nie mają czasu dla niej i jej młodszej siostry, trzynastoletniej Kasey. W pewnym momencie główna bohaterka ma wrażenie, że zaczynają dziać się z nią rzeczy, które nie powinny, jednak czy to aby na pewno Lexi jest tą, która zaczyna świrować? Czy może to nie ona, a jej niebieskooka młodsza siostra, u której coraz częściej można zobaczyć nie błękitne, a zielone tęczówki? Cóż, ja już wiem, a Wy?

   Zacznę może od plusów tej książki: przede wszystkim jest całkiem ładnie wydana, cieszę się, że wydawnictwo nie zmieniło oryginalnej okładki, bo w sumie tak myślę, że nie mam przed oczami nic lepszego dla tej książki. Nie wiem, czy pasuje aż tak bardzo, dziewczyna schowana za firanką (?), ale w sumie teraz, jak już przeczytałam i wiem, o czym mniej więcej to jest, to mogę się zgodzić - pasuje. A druga rzecz to styl Katie Alender - jest naprawdę przyjemny i łatwy w odbiorze, dzięki czemu Złe dziewczyny nie umierają czyta się naprawdę szybko, a przy średniej jakości historii moim zdaniem to dużo nadrabia i jest bardzo, bardzo ważne. Także tutaj pióro autorki, mimo że niewybitne, sprawdza się całkiem dobrze i gdyby ta historia była napisana nieco innym, bardziej wyszukanym językiem, mogę się założyć, że spodobałaby mi się jeszcze mniej.

   Jak już mówiłam, w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać nad tym, że książka jest podobna do trylogii Mara Dyer, jednak po kilku kolejnych stronach, gdy sprawa zaczęła się nieco wyjaśniać, zrozumiałam, że moje rozumowanie było błędne. I powinnam się cieszyć, wow, być zaskoczona, ale nie byłam. Szczerze powiedziawszy to nawet troszkę się zawiodłam na tym (?), Mara Dyer była chociaż straszna, a to ani trochę. No dobra, może nie ani trochę, była przerażająca na pierwszych pięciu stronach, które czytałam po nocy i szybko książkę odłożyłam obawiając się jej, jednak nie było czego się obawiać - z każdym rozdziałem byłam bardziej zirytowana, niż przestraszona, niestety. 

   Złe dziewczyny nie umierają mogło być dobrą powieścią, gdyby Katie Alender postanowiła dodać troszkę więcej strasznych i makabrycznych opisów, gdyby nie wprowadzała takiego chaosu (wiem, to było zamierzone, ale moim zdaniem wyszło słabo) i gdyby nie zrobiła z Alexis i Kasey takich irytujących postaci. Bo powiem Wam szczerze, że Kase to naprawdę interesująca dziewczynka i gdyby nie była aż tak denerwująca, to chciałabym, by autorka rozwinęła jej wątek, bo szczerze powiedziawszy, nie poznałam jej tak, jak, wydaje mi się, że mogłabym. Ale cóż, na tym polega urok wartkiej akcji, którą pani Alender szybko chciała doprowadzić do końca, bo, moim zdaniem, to jedyne wytłumaczenie.

   Moim zdaniem jest to książka idealna dla osoby, która nie ma jeszcze sprecyzowanych kierunków, w których chciałaby się udać, aby poznać/polubić jakiś gatunek literacki. Taka osoba bowiem nie zawiedzie się na tej powieści i na pewno z wielką radością będzie czekać na kolejny tom, o ile w międzyczasie nie rozkocha się w nieco bardziej wybitnych książkach. Nie mówię, że to totalny chłam, którego nie należy czytać, bo tak nie jest. Po prostu moim zdaniem nie jest to górnolotna historia, chociaż na pewno byłby lepsza, jakbym mogła poczuć ten klimacik - uczucie grozy, niewiedzy (tej ekscytującej), co zdarzy się w następnym rozdziale. Ani nie polecam, ani nie odradzam, ale lepiej nie miejcie do tej książki zbyt wygórowanych oczekiwań. 

   Czy będę sięgać po kontynuację? Na tę chwilę mówię stanowcze nie, ale kto wie, może mi się odmieni? Czytając opis drugiego tomu na portalu goodreads.com nie byłam zachęcona, a jedynie znudzona. Czyżby kolejna autorka, która chce pociągnąć na siłę historię, która już się skończyła? Hm, a może jednak nie dostrzegam jednego ważnego szczegółu, który powiedziałby mi, że sprawa Kasey i Alexis tak naprawdę nigdy się nie skończyła i być może, nigdy się nie skończy? Who knows...

★★★★★☆☆☆☆☆

wtorek, 19 stycznia 2016

#CzytamyRazem



*zdjęcie pochodzi z materiałów otrzymanych od Wydawnictwa Otwarte

Idea jest prosta i chcemy ją szeroko ogłosić światu! Córki i ich mamy. Czy oprócz kosmetyków i ciuchów, mogą sobie jeszcze coś polecać? Tak. Książki! Mama poleca książkę córce, córka poleca książkę mamie. Mama wpoiła kiedyś miłość do książek córce, teraz mają ulubione tytuły. Mama nie ma czasu na czytanie, córka tak i podrzuca mamie tytuły, lub na odwrót. Wersji może być wiele, ale docelowo zakończenie jest jedno - mamy i córki dzielą pasję do książek wspólnie, dyskutują o książkach, wymieniają się nimi, sprawiają sobie książkowe prezenty. 

*zdjęcie pochodzi z materiałów otrzymanych od Wydawnictwa Otwarte

Moja mama jest właśnie w trakcie czytania Linii serc, a zaraz po niej zabieram się za nią ja. Jestem ciekawa, jak przypadnie mi do gustu, ale przede wszystkim jestem ciekawa, jak wyjdzie nam, mi i mojej mamie, napisanie recenzji. Jestem tym podekscytowana! Ale o tym będzie więcej w recenzji, na pewno! 

Napiszcie mi, co sądzicie o tej akcji i czy bierzecie w niej udział!


czwartek, 14 stycznia 2016

Zrób mi jakąś krzywdę - Jakub Żulczyk

Tytuł: Zrób mi jakąś krzywdę, czyli wszystkie gry video są o miłości
Autor: Jakub Żulczyk
Data wydania: 2006 r.
Wydawca: Lampa i Iskra Boża
Format: E-BOOK
Liczba stron: 168

   "Dawid - 25 letni student prawa - spotyka uzależnioną od gier video piętnastolatkę, zakochuje się w niej i... postanawia ją porwać. Zrób mi jakąś krzywdę to łamiąca serce historia drogi, w którą zaplątani są świadkowie Jehowy, polscy aktorzy porno, detektywi - paranoicy i nieletni anarchiści. "

- od wydawcy

   Zacznę może od okładki. Ta konkretna jest okropna, ale wstawiam ją tutaj, ponieważ taka była przy moim e-booku. Inne są dużo bardziej przyjazne. Jeśli lubicie audiobooki to polecam Wam przesłuchanie tej książki, ponieważ czyta ją Sokół. Dla niewtajemniczonych jest to polski raper o nieziemskim niskim głosie - słuchając go można odpłynąć.

   Na książkę trafiłam przypadkiem. Szukając różnych książek na swój czytnik trafiłam na cytat z tej książki. Już nie pamiętam, który konkretnie, ale zainteresował mnie na tyle, że znalazłam książkę i po przeczytaniu opisu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Za lekturę zabrałam się od razu i dość szybko przez nią przebrnęłam. Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem, że nie rzuciłam jej w kąt, biorą pod uwagę, że nie przepadam za rodzimą literaturą, ale ta książka jest warta przeczytania.

   Główny bohater Dawid ma 25 lat i jest studentem ostatniego roku prawa. Poznajemy go, gdy znajduje się w dość nietypowej sytuacji, jak na niego - mianowicie podczas aresztowania. Aby czytelnik zrozumiał jak do tego doszło zabiera nas w podróż w niedaleką przeszłość. 

   Podczas wspólnych wakacji ze znajomymi nad jeziorem poznaje młodszą siostrę jednego z kolegów, Kaśkę. Dziewczyna ma 15 lat, wygląda jakby nigdy nie wychodziła z domu, a jedyną rzeczą, którą robi na wakacjach jest gra w Nintendo. Chłopak jest zafascynowany Kaśką, chociaż wie, że to dość dziwaczne, w końcu jest od niej 10 lat starszy. po za tym w świetle prawa ich związek podlegałby karze. Jednak fascynacja bierze górę i po wyjeździe dziewczyny postanawia ją odnaleźć, a gdy mu się to udaje, proponuje jej wspólne wakacje. Nie mają przy sobie dużo pieniędzy, podróżują stopem, w trakcie drogi poznają dużo nietypowych ludzi, między innymi Pana Wiktora, który w mniemaniu ogółu jest dziwakiem. Poznają również podstarzałych aktorów porno, okradają starsze kobiety podając się za świadków Jehowych, odwiedzają też festiwal Przestrzenie. 

   To książka o drodze - dosłownej, obfitującej w różnego rodzaju przygody, ale również drodze w sensie metafizycznym, wchodzenia w dorosłość młodziutkiej dziewczyny, odnajdywaniu się dwóch osób i rozwijaniu swojej miłości, dojrzewaniu lekkoduchów, którymi są przyjaciele Dawida. Niestety styl trochę odbiera na znaczeniu tej książki.

   Styl autora jest dość specyficzny. Może to też spowodowane jest tym, że narracja jest pierwszoosobowa, opowiadająca wszystko, co się dzieje, fizycznie i w umyśle bohatera, na bieżąco. Momentami jednak nie wiedziałam, co jest rzeczywistością, a co tylko imaginacją bohatera - nie ma wyraźnego rozdzielenia, co wprowadza pewien chaos. Mi osobiście to nie odpowiada, ale na pewno znajdą się amatorzy. Jeśli zdecydujecie się sięgnąć po tę książkę, to powinniście być też przygotowani na dużą dawkę wulgaryzmów i generalnie mocno potocznego stylu wysławiania się bohatera, chociaż muszę przyznać, że nie do końca chce mi się wierzyć, że istnieją tacy faceci jak główny bohater - niby facet, a przemyślenia ma jak baba, i to na dodatek nastolatka, oczywiście taka stereotypowa.

   Myślę, że jest to fajna pozycja, aby zacząć swoją przygodę z polską literaturą niefantastyczną. Może nie wniesie do waszego życia jakiejś ważnej mądrości, która się przyda, ale jestem pewna, że niektóre sytuacje przypomną Wam wydarzenia z własnego życia. Po za tym każdy lubi poczytać o miłości, która spełnia się mimo wszelkich przeciwności losu. Myślę, że w przyszłości skuszę się na inne powieści autora.

★★★★★★★★☆☆

środa, 13 stycznia 2016

PREMIEROWO: Program. Kuracja samobójców + Rehabilitacja- Suzanne Young

Tytuł oryginału: The Treatment | The Recovery
Tytuł polski: Kuracja samobójców | Rehabilitacja
Autorka: Suzanne Young
Data premiery: 13 stycznia 2016
Wydawca: Feeria Young
Liczba stron: 445
Czas czytania: 2 dni

"Sloane i James uciekli przed epidemią i Programem, ale nie udało im się uciec przed niebezpieczeństwem. Bo Program nie chce o nich zapomnieć…

Teraz, dołączywszy do grupy buntowników, muszą uważać na to, komu mogą zaufać, i znaleźć sposób na obalenie Programu i powstrzymanie epidemii. A to jest bardzo trudne, gdy w pamięci mają tyle białych plam. Pomóc im może tylko Kuracja – tajemnicza tabletka, która może przywrócić wspomnienia. Za bardzo wysoką cenę.

I istnieje tylko jedna dawka."
-lubimyczytac.pl

Seria/duologia "Program"
Plaga samobójców | Kuracja samobójców + Rehabilitacja | Lek dla samobójców (prawdopodobnie to będzie zbiór dodatków)

    Pamiętacie moje zachwyty nad Plagą samobójców? Jeśli nie, to odsyłam Was do recenzji (link powyżej), bo naprawdę byłam pod wrażeniem tego, co przygotowała dla nas Suzanne Young. Pierwszy tom z serii Program okazał się być tak fantastyczny, że Kuracja samobójców to była najbardziej wyczekiwana przeze mnie premiera 2016 roku. I wiecie co? Mimo wszystko obawiałam się, że drugi tom nie dorówna pierwszemu i w sumie, nie jest aż tak dobry, ale i tak jest świetny i z czystym sumieniem mogę Wam go polecić. Ale, ale, po więcej informacji zapraszam do dalszej części recenzji!

   Program, który został wprowadzony w życie nie spełnia swojej roli, coraz więcej dzieciaków nie potrafi poradzić sobie z problemami, a okazuje się, że i tam, gdzie są zabierane, nie są do końca bezpieczne. Jaką rolę w tym wszystkim odegrają James, Sloane i Realm? Czy wyjdą z tego cało i czy poradzą sobie z kolejnymi objawami depresji, prowadzącej do samobójstwa? Na te i inne pytania dostaniecie odpowiedź w Kuracji samobójców!

   Sama nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać po drugiej części i jednocześnie zakończeniu (zapewne, zapowiedź trzeciego tomu z tyłu książki nieco mnie zmyliła) i bałam się troszkę ją zaczynać, ale powiem Wam, że to było chwilowe. Od momentu, gdy rozpoczęłam jej czytanie, chciałam więcej i więcej i żałuję trochę, że to wszystko wreszcie dobiegło końca, ale nie czuję niedosytu. Może to jest spowodowane tą trzecią częścią, która ma mieć niedługo premierę? Kto to wie, ale jestem bardzo ciekawa. I Wy też powinniście, bo to, oczywiście moim zdaniem, jedna z najlepszych serii/duologii, jakie zostały wydane! Nie przesadzam, naprawdę. Pierwszy tom był genialny, drugi nieco mniej, ale tak czy siak jest niesamowity i uważam, że obie te książki zasługują na uwagę z Waszej strony. W dodatku te okładki! Są prześliczne, czego więc chcieć więcej? No ja nie wiem.

   Były momenty, w których nie wiedziałam, co mam myśleć, ponieważ tak jak pisałam w recenzji pierwszego tomu, Sloane nie była podobna do Katniss, Tris, czy innych im podobnych bohaterek i to mi się bardzo podobało, natomiast tutaj były sytuacje, w których nie była do końca sobą (?) i wydawało mi się, że straciła swój urok bezbronnej bohaterki, która nie chce już walczyć i która jest pokonana przez depresję i chorobę. Mimo że były to chwilowe wątpliwości, to postanowiłam Wam o tym wspomnieć, żeby nikt nie posądził mnie o kłamstwo. Racja, w drugim tomie można byłoby pomyśleć, że Sloane jest kreowana na tamte dziewczyny, ale to jest do przeżycia, szczególnie że na kilku kolejnych stronach to się zmienia. Wygląda to trochę tak, jakby Suzanne Young chciała zrobić z niej drugą Katniss, ale w pewnym momencie się rozmyśliła. Nie jest to idealne, wiem, że powinnam być z tego powodu trochę bardziej zła, ale nie mogę być, bo całość jest naprawdę świetnie napisana, a to, co wymyśliła autorka bardzo mi się podoba, więc...

   Na pewno zakończenie tej książki, jak i serii/duologii jest świetne! Przyznam Wam się szczerze, że nie tego się spodziewałam i totalnym, totalnym szokiem było dla mnie to, jak się cała akcja potoczyła, ale nie żałuję, że to nie poszło po mojej myśli. Autorka poszła w nieco inną stronę, niż reszta popularnych pisarzy i chociaż na pewno znalazłabym książkę, która ma podobne zakończenie, to ta jest pierwszą, która zwróciła moją uwagę, serio! Kuracja samobójców to świetny drugi tom i boję się, że jeśli Lek dla samobójców okaże się być kontynuacją (co jest chyba niemożliwe, ale jeszcze nie jestem pewna, w jakim kierunku to idzie, nie znalazłam informacji o trzecim tomie na zagranicznych stronach) to mogę się na tym nieco zawieść, dlatego liczę na to, że to po prostu dodatek, który uzupełni fajnie jakoś tę duologię. 

   Na sam koniec chciałabym wspomnieć o dodatku, który został wrzucony na koniec tej książki. Rehablitacja to taka mini "kontynuacja" losów bohaterów (nie wszystkich, uwaga skupiona jest głównie na jednym, ale pozostali też się przewijają) i jest naprawdę ciekawym uzupełnieniem kilku informacji, które mogłoby wzbudzać w nas niedosyt, gdyby jej nie było. Wprawdzie Rehabilitacja dotyczy bohatera, którego lubiłam umiarkowanie, to i tak przyjemnie mi się ją czytało i fajnie było obserwować zmiany, jakie w nim zaszły po tych wszystkich strasznych rzeczach, jakich musiał doświadczyć. 

   Z czystym więc sumieniem polecam Wam Kurację samobójców, bo to naprawdę świetna książka, a jeśli jeszcze nie mieliście okazji przeczytać Plagi samobójców, to koniecznie to nadróbcie czym prędzej. Naprawdę, moim zdaniem nie powinniście się zawieść, choć wiadomo, ile ludzi, tyle opinii. Ale dla mnie jak najbardziej warto sięgnąć po obie te książki, a ja z niecierpliwością oczekuję Leku dla samobójców, bo jestem ciekawa, co tam będzie zawarte. Wydaje mi się, że bardzo prawdopodobne, że to te dodatki, bo na GoodReads nie ma nic więcej (w sensie informacji o żadnym trzecim tomie), ale zobaczymy, może się zaskoczę? Kto to wie. Choć szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy chciałabym takie konkretne dalsze losy Jamesa i Sloane, bo to mogłoby już zepsuć fantastyczne zakończenie, jakie miałam okazję przeczytać .

 ★★★★★★★★☆☆

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Feeria Young! Serdecznie dziękuję!



poniedziałek, 4 stycznia 2016

Kolorowanki nie tylko dla dzieci

Tytuł: Inwazja bazgrołów
Tytuł oryginału: Doddle Invasion
koncepcja: Zifflin
Ilustrator: Kerby Rosanes
Data premiery: 18 marca 2015 r.
Wydawca: Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba stron: 104

   "Inwazja bazgrołów to niezwykły blok rysunkowy. Nie tylko dla dzieci - również dla dorosłych, którzy nigdy nie zapomnieli, jak kiedyś lubili kolorować obrazki. Niesamowite czarno-białe światy powołane do życia przez Zifflina (pomysłodawcę tego projektu równie tajemniczego jak same bazgroły) i wybitnego grafika Kerby'ego Rosanesa sprawią, że nie nadążysz z temperowaniem kredek... Dzięki wyjątkowej dbałości artysty o szczegóły ta książka to nie tylko kolorowanka, lecz także dzieło sztuki, które można podziwiać godzinami."

- od wydawcy

Mój kolorowy zestaw. Śmieszne, bo czasami brakuje mi różnych odcieni tego samego koloru.
   Idąc za modą - choć bardzo rzadko to robię - kupiłam sobie jedyną na polskim rynku kolorowankę dla dorosłych, która mi się podobała. Przez kilka miesięcy leżała i o niej zapomniałam. Jednak jakiś czas temu, zamiast robić rzeczy ważne, postanowiłam zrobić coś całkowicie nieprzydatnego. I jak usiadłam do kolorowania, to odpłynęłam na kilka godzin. Przez kolejne kilka dni w ogóle nie mogłam się oderwać. Potem przyszły Święta i kolorowanki poszły w odstawkę. Teraz do nich wróciłam, ale ciąży nade mną pisanie pracy licencjackiej, więc nie sprawia mi to aż takiej frajdy. Jak tylko nie będzie tak gorąco i będę mieć chwilę spokoju to na pewno do nich wrócę. 

   Już planuję kupić inny zestaw kolorowanek. Animorphia narysowana również przez Kerby'ego Rosanesa.
Skończone! :D

Duży obrazek jest jednym z moich ulubionych.



sobota, 2 stycznia 2016

Seria książkowo-zdjęciowa #grudniopad2015


Dzień dobry, cześć i czołem! 
   Dzisiejszy post robiony na szybko, w pośpiechu, bo oczywiście zapomniałam, że zaplanowałam go na... wczoraj, no właśnie. Ale, ale... Nieważne, mam nadzieję, że i tak Wam się podoba (znów krótki i mało zdjęć, wiem -.-). Postaram się w kolejnych miesiącach porobić więcej fotek (szczególnie książkowych), ale nic nie obiecuję, więc musicie mi wybaczyć, gdy będą one marne i ubogie, tak jak w ciągu kilku ostatnich miesięcy.
  Nowy Rok się zaczął, a ja... znów zanudzam i znów przychodzę prawie z niczym. Cóż, zobaczymy, jak to mówią, jaki początek roku, taki cały rok. OBY NIE.
Zapraszam Was do przeglądnięcia tego, co udało mi się uwiecznić na fotkach w grudniu. Nie jest tego dużo, ale lepszy rydz, niż nic!




 









































Szczęśliwego Nowego Roku raz jeszcze! :*
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka