Wszystkie recenzje, inne teksty, zdjęcia stosików i zdjęcia książek zamieszczone na blogu Siostry W Bibliotece są naszą własnością i nie zgadzamy się na ich kopiowanie bez naszej wiedzy i zgody.
(Na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

sobota, 29 sierpnia 2015

Krótka rozprawa na temat... #7 SZKOLNE PRZYJAŹNIE


   Ile razy cieszyliście się, że macie obok siebie wspaniałych ludzi, którzy są gotowi Wam pomóc w każdej chwili? Pewnie niezliczoną ilość razy, tak samo jak ja. A ile razy przyszło Wam do głowy, że to tylko szkolna przyjaźń i jak pójdziecie na studia, to wszystko się zacznie sypać i kontakt z tymi wspaniałymi ludźmi się Wam urwie? Pewnie rzadko, no bo jak to - to przyjaźń na całe życie. Kiedyś ktoś mi podesłał link do jakiegoś PODOBNO potwierdzonego info, że jeśli przyjaźń przetrwa siedem lat, to już jest to przyjaźń na całe życie. Nie wierzę w to i nie wierzę, żeby każda taka relacja mogła przetrwać dosłownie wszystko. Wiadomo, mówi się, że prawdziwa przyjaźń będzie zawsze, a osoba, z którą tworzy się tę wspaniałą więź zawsze będzie przy nas i nam pomoże. Ale to nie jest prawda. I trzeba się z tym pogodzić. 

   Zacznę może od podstawówki - wiadomo, to tam tworzy się pierwsze relacje przyjacielskie. Przez sześć lat miałam pewną przyjaciółkę, właściwie to przez siedem, osiem albo dziewięć, bo znałyśmy się już od przedszkola, a potem razem trafiłyśmy do podstawówki (wiadomo, jak to w mniejszym mieście bywa) w dodatku nasze siostry również chodziły razem do klasy. Potwierdzone info powinno mi zapewnić przyjaźń z tą dziewczyną na całe życie, no bo jak to - więcej niż 7 lat. Cóż, bujdy na resorach. Od podstawówki widziałyśmy się raz - na osiemnastych urodzinach mojej innej przyjaciółki, z którą zaczęłam się przyjaźnić w trzeciej klasie podstawówki. Później na kilka lat kontakt nam się urwał, w wyniku mojej przeprowadzki, a po trzech latach znów wróciłyśmy do przyjacielskich stosunków. Na trochę. Teraz znów nie rozmawiamy. Tak samo było z innymi moimi przyjaciółmi ze starego miasta - po prostu nasze relacje ochłodziły się wskutek dzielących nas kilometrów, ja zaprzestałam przyjeżdżania w weekendy tam, gdzie wcześniej mieszkałam, a oni byli za młodzi, żeby rodzice samych ich puszczali do Warszawy, logiczne. Teraz z żadną z tych osób nie mam kontaktu, ale to nie znaczy, że to nie byli moi prawdziwi przyjaciele. Następnym przykładem jest moja przyjaciółka z gimnazjum, wprawdzie dalej czasem rozmawiamy, ale już nie tak jak kiedyś. Pięć lat było okej, a potem zaczęły się nasze drogi rozchodzić. Dalej jednak mam nadzieję, że to tylko chwilowy kryzys, że tak powiem. Obie idziemy na studia, obie mamy różnych nowych znajomych, nie dziwię się. Takie rzeczy się zdarzają. Jeszcze inna przyjaciółką, z którą chodziłam najpierw trzy lata do gimnazjum, potem pół roku do liceum (obie zmieniłyśmy zdanie i poszłyśmy w różne strony) - udało nam się utrzymywać kontakt przez okres szkolny, do końca liceum. Teraz? Nie rozmawiamy. Tak po prostu. 

  Widzicie? Nie opisuje Wam tego po to, żeby się chwalić (albo żalić) ilością moich przyjaciół, ale tak naprawdę to z większością nie mam już takiego kontaktu, jaki miałam albo chciałabym mieć. Mam kilka osób, z którymi autentycznie spędzam czas, często rozmawiam i mam nadzieję, że w okresie studiów również tak będzie, ale tak naprawdę to tylko garstka. Nie mogę narzekać, bo moje przyjaciółki są wspaniałe, a ja nie chcę mieć ich tysiąca tylko po to, żeby wymieniać się ubraniami, czy dobierać odpowiedni kolor szminki do stroju na imprezę. 

   Szkolne przyjaźnie były, są i będą. I nie od nas zawsze zależy to, czy je utrzymamy. Wiadomo, jak się będzie chciało to można wszystko. Jednak należy pamiętać, że w niektórych przypadkach albo nie warto walczyć, albo nie ma się po prostu na to wpływu. Jeśli obie strony nie będą działały, to nici z przyjaźni, to chyba rozumiecie. Poza garstką przyjaciół, jakich mam od długiego czasu, mam również nowych znajomych, chociażby Mrówę, którą poznałam ledwie pół roku temu, a teraz jesteśmy takimi przyjaciółkami, niemal siostrami, jakbyśmy znały się od kilkunastu lat. Nieważne, jaki staż ma dana przyjaźń. Za przyjaciela można mieć osobę, którą się zna od kołyski, jak i kompletnie obcą, wziętą z Internetu (przepraszam za brutalność? tego stwierdzenia, ale nic innego nie przyszło mi do głowy). Piję do tego, że każda przyjaźń ma szansę istnieć, ale i każda może się rozwalić, a w szczególności te długie przyjaźnie, zawarte jeszcze w podstawówce i gimnazjum. Z liceum jest trochę inaczej, bo są profile, dzięki którym wybiera się bardzo podobne studia, przez co czasem wyląduje się z całą swoją klasą na jednej uczelni lub, co gorsza (albo na szczęście) na jednym wydziale. 

   Moim zdaniem spędzanie dwudziestu czterech godzin ze swoim przyjacielem czasem jest koniecznie, a czasem męczące. Każdy z nas pewnie miał sytuacje, kiedy nawet najlepsza przyjaciółka nas drażniła. Ja miałam, mam i będę mieć na pewno. Ale cóż, tak już jest, a gdyby tak nie było - znaczy że coś jest źle. Nie chcę Was straszyć, że ludzie, z którymi się przyjaźnicie (większość z Was jest jeszcze w gimnazjum) kiedyś odejdą, ale tak, tak właśnie będzie. I nie zawsze od Was i Waszych chęci zależy, czy zostaną. Po prostu cieszcie się tym, co macie, bądźcie uśmiechnięci, a jeśli jedni odejdą, na ich miejsce przyjdą drudzy, a Wam pozostaną wspaniałe wspomnienia, których nigdy na pewno nie zapomnicie. 

   Ciekawi jesteście, co mnie zainspirowało do napisania tego posta? Jak niektórzy z Was wiedzą, bo obserwują mnie na snapie, oglądam serial Teen Wolf. I powtarzam od początku, że nie za bardzo lubię postać Stilesa, choć wszyscy inni go kochają, jednak rozpoczynając piąty sezon (ci, co oglądali, wiedzą jak się zaczyna) zrozumiałam, że to naprawdę ciepła i kochana postać, która chce utrzymać kontakty ze swoimi przyjaciółmi (rozpoczynają właśnie ostatnią klasę liceum). To on wszystko planuje, żeby poszło tak, jak tego by chciał. Jego ojciec nie utrzymuje żadnych kontaktów z kumplami z liceum, a Stiles nie chce powtarzać jego błędów, szczególnie, że ktoś taki jak Scott to naprawdę skarb. Rozumiem go w 100%, ale czasem nie przewidzimy tego, co się może zdarzyć. I nie mówię tu o krwiożerczych istotach, które nasza wataha musi zwalczyć, mówię tu o ludzkich problemach, sytuacjach, na które człowiek nie ma wpływu. Wiem, że to może idiotyczne, że serial o nastoletnim wilkołaku skłonił mnie do takich refleksji, ale jak widać we wszystkim można znaleźć coś mądrego i inspirującego. Także nieważne, co robicie, wszystko, dosłownie wszystko, może być inspiracją. Do pisania, bycia lepszym człowiekiem, po prostu do życia. 


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Każdy komentarz jest dla nas wielką motywacją do pisania tego bloga i ulepszania go, dlatego dziękujemy bardzo za każde słowo :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka