Wszystkie recenzje, inne teksty, zdjęcia stosików i zdjęcia książek zamieszczone na blogu Siostry W Bibliotece są naszą własnością i nie zgadzamy się na ich kopiowanie bez naszej wiedzy i zgody.
(Na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

piątek, 3 lipca 2015

Dary Anioła. Miasto Niebiańskiego Ognia - Cassandra Clare

Tytuł oryginału: City of Heavenly Fire. The Mortal Instruments – Book Six
Tytuł polski: Seria Dary Anioła Tom 6: Miasto niebiańskiego ognia
Autorka: Cassandra Clare
Data premiery: 24 września 2014
Wydawca: Wydawnictwo Mag
Liczba stron: 702
 Czas czytania: 3 dni

„Ciemność ogarnęła świat Nocnych Łowców. Chaos i destrukcja obezwładniają Nefilim, ale Clary, Jace, Simon i ich przyjaciele łączą siły, żeby walczyć z największym złem, z jakim kiedykolwiek się zetknęli. Brat Clary, Sebastian Morgenstern, systematycznie usiłuje zniszczyć Nocnych Łowców. Posługując się Piekielnym Kielichem, zmienia ich w istoty z koszmaru, rozdziela rodziny i kochanków, powiększa szeregi swojej armii Mrocznych. Nic na świecie nie jest w stanie go pokonać… ale jeśli Clary i jej drużyna wyprawią się do królestwa demonów, mogą mieć szansę…
Ludzie stracą życie, miłość zostanie poświęcona, cały świat się zmieni. Kto przeżyje w szóstej i ostatniej, wybuchowej części Darów Anioła?”
- lubimyczytac.pl
Seria „Dary Anioła”


Ave atque vale in perpetuum, Frater. 

Specjalnie wstałam wcześnie rano, żeby zdążyć na otwarcie biblioteki. Po cóż o tym mówię, pewnie spytacie. A otóż po to, że właśnie tak się poświęciłam, żeby nikt przypadkiem nie sprzątnął mi sprzed nosa Miasta Niebiańskiego Ognia w nowiutkiej okładce. Kolejne pytanie pewnie się nasuwa w Waszych głowach: co za różnica, jaka okładka? Treść ta sama i zakończenie takie samo? Owszem. Ale ładne rzeczy cieszą oko, a ja miałam dosyć tych brzydkich i kompletnie niepasujących okładek z pierwszego wydania, nie wiem w ogóle kto zezwolił na umieszczenie tych paskudztw na półkach. No ale jak się nie ma co się lubi… Dlatego tak mi zależało, żeby chociaż jedną książkę mieć w tej ślicznej, nowej oprawie graficznej – no i mi się udało! Wygląda na zdjęciach zdecydowanie ładniej, prawda? 

Jednak moje starania poszły na marne, miałam plany, że od razu jak wrócę zabiorę się za tę książkę. Najpierw odciągnęły mnie od niej plany z siostrą, czyli kino i seans Zbuntowanej, potem przygotowania na kolejny dzień do szkoły, pierwszy po świętach (bezcelowe, i tak nie poszłam). A gdy tylko znalazłam chwilę, by zacząć delektowanie się tą książką. Coś mi stanęło na przeszkodzie znowu? Oczywiście, ja i moje głupie rozczulanie się nad zakończeniem serii, nad ostatnim tomem. Nie mogłam się za niego zabrać. Bałam się, że to co tam jest, złamie mi serce, bałam się, że już nigdy nie spotkam Nocnych Łowców, że zakończenie mnie zawiedzie, że stanie się to, czego się tak bardzo obawiałam. 

W końcu jednak udało mi się otworzyć książkę i przeczytać kilka pierwszych stron prologu. Nie spodobały mi się. Sam prolog jest nudny, a historia nowych bohaterów z Instytutu w Los Angeles mało mnie obchodziła. Teraz wiem, że to dlatego, że pragnęłam bardziej wątku Clary i Jace’a, niż rozwiązania całej sprawy. To ich najbardziej brakowało mi wtedy, gdy nie czytałam Darów Anioła. 

Po pierwsze, jestem zaskoczona tym, jak autorka pociągnęła tę sprawę w ostatnim tomie i jak zakończyła kolejną książkę. Jedyne czego się spodziewałam i co dostałam, to moje złamane serce, które swoją drogą miało się źle już od pierwszych rozdziałów, z każdym kolejnym jego stan się pogarszał jeszcze bardziej. Kilku wątków w ogóle nie brałam pod uwagę, były momenty, kiedy naprawdę leżałam wbita w poduszkę i nie wiedziałam co powiedzieć. Naprawdę Cassandra Clare mnie zaskoczyła, choć myślę, że nie tylko mnie, ale większość czytelników. Jestem jednak pod wrażeniem, że do ostatniej strony trzymała mnie w napięciu, nie docierało do mnie, że to już koniec, a tego oczekuję od porządnej książki, którą na pewno będę długo wspominała. 

Po drugie podobało mi się wprowadzenie nowych bohaterów (pomijając oczywiście prolog, w którym w ogóle nie przypadli mi do gustu). To bardzo fajny zabieg, który nie dość, że urozmaica książkę, to jeszcze bardziej odciąga czytelnika od głównego wątku, w którym biorą udział nasi bohaterowie i zaostrza apetyt czytelnika jeszcze bardziej. Wydaje mi się, że chwilami te zabiegi, jeśli biorąc pod uwagę poprzednie tomy, autorce nie wychodziły. Tutaj wyszły idealnie, tak dobrze, że jestem naprawdę oniemiała. Nie spodziewałam się, że mogę dostać coś tak dobrego. 

Były momenty i radosne, i smutne, i przerażające. Jednak w Mieście Niebiańskiego Ognia chyba przeważały zdecydowanie te ostatnie. Nie mogłam oderwać oczu od stron, nie mogłam przestać ich przewracać, niepewna, czy to co spotkam w następnym rozdziale mi się spodoba, czy też raczej nie. Z wypiekami na twarzy i tłukącym się w mojej piersi sercem czytałam i oczekiwałam na najgorsze. Jednak nie byłam na to przygotowana, teraz wiem. 

Z opisu książki i recenzji innych zdawałam sobie sprawę, że nastąpi kilka krwawych momentów, śmierci bohaterów, których niektórzy uwielbiali, a niektórzy wręcz przeciwnie – nienawidzili. Nie docierało jednak do mnie to, gdy już nastąpiły owe straszliwe momenty. Z jednej strony jestem rozczarowana – myślałam, że i tak śmierci będzie znacznie więcej – a z drugiej strony zdumiona tym, kto musiał odejść ze świata, polec w walce od ciosu przeciwnika. Były dwie śmierci, które wstrząsnęły mną najbardziej, ale nie będę Wam o tym mówić, nie chcę Wam zepsuć radości (albo smutku) z czytania. 

Cieszę się również, że autorka postanowiła wprowadzić do ostatniego tomu bohaterów z trylogii Diabelskie Maszyny. Pokochałam tamtą serię i jestem szczęśliwa, że nawet w tak nieszczęśliwych okolicznościach, mogę ich znowu spotkać. Tessa nie należy do moich ulubionych bohaterek, ale są inni, zresztą, ona wcale nie jest taka zła. To wspaniałe móc na nowo wrócić do tych wydarzeń, szczególnie, że nie ma potrzeby czytać wspomnianej trylogii na nowo. 

Największym szokiem był dla mnie wątek Simona, oczywiście, nic nie będę zdradzać, ale generalnie z poprzednich recenzji pewnie wiecie, że nie bardzo przepadam za jego postacią. Tutaj się to zmieniło. Pokochałam Simona, jakby to był najwspanialszy chłopak pod słońcem. To, co musiał poświęcić, to kim się stał i jakie życie musiał prowadzić… naprawdę zrobił na mnie ogromne wrażenie swoją postawą, na którą chyba nawet sam Jace by się nie zdecydował.

Wszyscy byli dzielni, każdy znosił te straszne rzeczy na swój własny sposób, który pozwalał mu nie zwariować podczas całego tego piekła, jakie zrodziło się na ziemi, z jakim musieli się zmierzyć. Obserwowanie tylu różnych małych światów, każdy naprawdę specyficzny na swój własny sposób, ciekawy i intrygujący, sprawił, że naprawdę w pełni zrozumiałam, że na świecie nigdy nie było, nie ma i nie będzie dwóch takich samych ludzi. Może nam się wydawać, że znaleźliśmy idealną dla siebie, taką samą jak my, drugą połówkę, ale tak naprawdę nigdy nie będziemy takimi samymi osobami, to po prostu nie jest możliwe.

Miasto Niebiańskiego Ognia wzbudziło we mnie tysiąc sprzecznych emocji, emocji, których nigdy nie zapomnę. Wiem, że niektórym to wszystko może wydawać się mdłe i nijakie, ale to tak naprawdę zależy od nas samych, jak chcemy daną powieść odebrać. Dla mnie to była naprawdę wspaniała przygoda, a niedociągnięcia spycham na bok, jednak nie mówię, że ich nie ma. Jeśli ktoś chce naprawdę się poczuć, jak na karuzeli w wesołym miasteczku, to przy tej książce, będzie to miał gwarantowane. Jednym zdaniem – jestem zachwycona tym, co dostałam, po naprawdę słabo zapowiadających się czwartym i piątym tomie. To… ja po prostu chyba nie umiem wyrazić wszystkiego słowami. Sam epilog nie jest może taki doskonały. Zdaje się, że Cassandra Clare chciała wszystkich uszczęśliwić na siłę, jakby bała się zrobić odważniejszy krok, dać się ponieść emocjom, nawet tym złym. Większość czytelników była zawiedziona, tym, co przeczytała w ostatniej części na ostatnich pięćdziesięciu stronach. Ja w sumie nie umiem tego ocenić, niektóre rzeczy mi się podobały, inne nie, ale to nie znaczy, że to było złe, po prostu każdy ma inny gust. Trzeba wziąć pod uwagę, że nie tylko my rozstawaliśmy się z tymi bohaterami, ale sama autorka również. Wydaje mi się, że pani Clare nie była gotowa na drastyczne zakończenie, takie jak w Diabelskich Maszynach, może to było dla niej za dużo. Trzeba się cieszyć z tego, co się dostało, bo równie dobrze mogliśmy nie dostać ostatniej części i sami snuć domysły nad losami bohaterów. Jednak zakończenie jest na tyle otwarte, że możemy dopowiadać sobie sami resztę historii. Ja swoją sama już sobie wymyśliłam, a Wy?

Oczywiście, że płakałam. W pewnej chwili, gdzieś tak przed sześćsetną stroną rozpłakałam się jak głupia i łzy płynęły po moich policzkach do samego końca. Chwilami były to łzy smutku, chwilami radości, ale w głębi duszy cały czas czułam rozdzierający żal wiszącego nade mną, jak chmury burzowe, rozstania z Nocnymi Łowcami, których pokochałam całym swoim sercem przez te wszystkie lata. Nie mogę się do tej pory pogodzić, że to już koniec, że to nigdy nie wróci, chyba że jeszcze raz zabiorę się za tę serię (co na pewno uczynię), ale obawiam się, że to może już nie być to samo. Chociaż od czasu, gdy czytałam pierwszy tom minęło kilka lat, to i tak nie oczekuję tego samego co za pierwszym razem. To po prostu już nie wróci, ta niewiedza i niepewność oraz tak ogromne podekscytowanie. 

Chciałabym wierzyć, że nie jest to moje ostatnie spotkanie z Nocnymi Łowcami. Chociaż były chwile w całej serii, które bardzo mnie drażniły i nie miałam ochoty czytać niczego, co wyszło spod pióra pani Clare, to teraz jestem po prostu zrozpaczona tym, że póki co opuszczam świat Nocnych Łowców i Podziemnych, w których się zakochałam te kilka lat temu. Liczę na to, że nigdy nie zapomnę o tym, co zrobili Clary, Jace, Simon, Alec, Isabelle, Magnus, Tessa i cała reszta. Będę pamiętać o ich bohaterstwie, poświęceniu, tym, że potrafili w jednej chwili wywołać na mojej twarzy ogromny uśmiech i jednocześnie doprowadzić mnie do łez. Jestem naprawdę zżyta z tymi bohaterami i nie potrafię się tak po prostu z nimi rozstać. 

Miasto Niebiańskiego Ognia to zakończenie opowieści o sile miłości i przyjaźni, o tym, że należy kierować się w życiu własnym rozumem. Ale głównie też o tym, że wcale nie świadczy o nas to, jakie nazwisko nosimy lub to, jacy się urodziliśmy – sami piszemy swoją historię, i choć możemy być wytykani palcami, to nie należy się przejmować, w końcu to nie nasza wina, nikt nie ma obowiązku ponosić winy za czyny swoich rodziców, szczególnie ich dzieci. To, czy wybierzemy dobro, czy zło, ciemność czy światło, anioły czy demony, to zależy tylko i wyłącznie od nas. Dla mnie to również historia pozwalająca uporządkować swoje życie, zrozumieć, że nie na wszystko jednak mamy wpływ, czasem decyzje innych, pociągają za sobą nas samych, bo nasze losy związane są z innymi ludźmi, z innymi historiami, z innym życiem. Tak jest i z tym po prostu trzeba się pogodzić. 

Jestem naprawdę szczęśliwa, że zdecydowałam się zabrać za kolejne tomy Darów Anioła, a nie poprzestałam na trzech pierwszych, jak z początku planowałam. Wiele bym straciła, szczególnie, że finał jest naprawdę… mocny. Na dzień dzisiejszy kończę swoją przygodę z Nocnymi Łowcami, ale zatrzymam ich w swoim sercu, bo jak ktoś kiedyś mądrze powiedział: Wszyscy jesteśmy tym, co pamiętamy. Składamy się z nadziei i lęków tych, którzy nas kochają. Póki istnieje miłość i pamięć, nie ma prawdziwej straty. I ja w to wierzę, tak samo jak wierzę w to, że Clary z Jacem, Simon, Alec i Magnus, Tessa, Jem, a nawet Will mają się dobrze, bo są zdolni kochać, popełniają błędy, to prawda, ale ukochani im to wybaczają, od tego w końcu są. Dużo mnie nauczyli i choć w prawdziwym życiu nie przyda mi się wiedza o runach Nocnych Łowców, ani to, jak zabijać demony czy posługiwać się serafickim mieczem, czy nawet to, że nie należy brać od faerii niczego, co ci proponują, to zachowam w swoim sercu pewną ważną lekcję, która pozwoli mi przetrwać ciężkie chwile i nawet jeśli nie uchroni mnie od bólu, straty i smutku, to będzie przypominać, że życie wcale nie musi być łatwe, wystarczy po prostu, że jest. 

I płakała nad sobą i zmianami, które w niej zaszły, bo czasami nawet zmiana na lepsze jest jak mała śmierć.

★★★★★★★★★★


Punkt polecona przez przyjaciela idealnie nadaje się do tej książki, to dzięki mojej przyjaciółce, Oli, udało mi się sięgnąć po wcześniejsze tomy (4 i 5), no i po samo zakończenie. Gdyby nie ona, zapewne jeszcze przez bardzo długi czas (albo nigdy) nie zdecydowałabym się przeczytać kolejnych tomów z serii "Dary Anioła". 






Książka bierze udział w wyzwaniach:




19 komentarzy :

  1. Och, przede mną jeszcze cztery tomy tej serii!
    Niestety mam je w starych okładkach i UGH, też się zastanawiam, jak ktokolwiek mógł pozwolić, aby to ujrzało światło dzienne?!
    Recenzja świetna, bo nie zdradza nic z poprzednich części czego się bałam, jak zabierałam się za czytanie jej. ;)

    Pozdrawiam! 
    zaczytanekoty.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam tylko pierwsze trzy tomy, również w starych okładkach, ale nie zamierzam póki co ich zmieniać. Całą resztę pożyczyłam z biblioteki :)
      Dziękuję bardzo, zwykle właśnie jak piszę recenzje którego tomu z kolei, to staram się za dużo nie zdradzać, właśnie biorąc pod uwagę osoby, które chciałyby przeczytać post, a jednak nie zostać zaspoilerowane. Cieszę się, że mi to wyszło :D

      Usuń
  2. te okładki są o wiele ładniejsze :)
    skończyłam Dary anioła na 4 części, ale widzę, że powinnam sięgnąć po następne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się zdecydowanie bardziej podobają.
      Jeśli 4 tom Ci się nie za bardzo podobał, to koniecznie sięgnij po 5 i 6, bo chyba Miasto Upadłych Aniołów to najgorsza (i Miasto Popiołów) część z serii.

      Usuń
  3. Planuję w te wakacje przeczytać pierwsze trzy tomy po raz kolejny, kolejne dwa po raz drugi i zabrać się w końcu za ostatni. Wszyscy tak zachwalają, więc mam nadzieję, że gorzej niż w 4 już nie będzie ;)
    A co do okładek to się zgadzam. Te pierwsze wydania (które niestety posiadam w domu) są okropne!
    Pozdrawiam! ilmiogattonero.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 4 tom oraz 2 to według mnie najgorsze, ale jednak chyba 4 tak czy siak wygrywa ze swoją okropnością. Szóstka to zdecydowanie mój ulubieniec, tyle się dzieje!

      Usuń
    2. Zgadzam się! Może dlatego 4 jest najgorsza, bo autorka początkowo planowała trylogię. "Miasto szkła" miało świetne zakończenie, wieńczące tę serię i już kolejna część się nie "wtopiła" w pozostałe ;)

      Usuń
    3. Dokładnie! Chociaż 6 tom bardzo mi się podobał, to jak w gimnazjum przeczytałam "Miasto szkła" i nie miałam pojęcia o kolejnych planowanych częściach, to była to naprawdę dobra trylogia :)

      Usuń
  4. W wakacje koniecznie muszę przeczytać całą serie! :3

    http://fandomowe-zycie-prim.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że Ci się uda i że przypadnie Ci do gustu :D

      Usuń
  5. Podziwiam za wytrwalosc w czytaniu tej serii - ja sie poddalam po 2 tomie i nie planuje kontynuowac... Probowalam nawet ruszyc trzecia czesc, ale nie... Nie potrafie przez niego przebrnac..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie cierpię zostawiać niedokończonych serii, zawsze w końcu muszę dobrnąć do końca.

      Usuń
  6. Ja dopiero zaczęłam swoją przygodę z tą serią i kilka dni temu skończyłam czytać pierwszą część. Książka była cudowna i nie mogę się doczekać, aż przeczytam kolejne tomy ;)
    Zgadzam się jeśli chodzi o okładki - te z pierwszego wydania nie są za ładne.
    http://alejaczytelnika.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że szybko zabrniesz do samego końca i że seria Ci się spodoba, bo ja naprawdę miło ją wspominam :)

      Usuń
  7. Dopadłam ten tom jakoś zaraz po jego premierze na naszym rynku. Bardzo chciałam poznać dalsze losy bohaterów. I tak bardzo się ucieszyłam, że Clare wplotła tam także epilog dla "TID"! Tessa to postać, której historia także bardzo mnie interesowała... a jeśli chodzi o Simona - to lubiłam go... do momentu aż rozszczepiono narrację. Tutaj podobnie jak z serią Morganville - nie przepadam za takimi zabiegami, ale z czasem się człowiek przyzwyczaił :D Tom miał w sobie dużo emocji i już nie mogę się doczekać tej serialowej adaptacji, która od początku nowego roku zawita na kanale ABC Family :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Naprawdę świetna recenzja. Ja całą serię mam już za sobą od jakiegoś roku. Czekałam długo na "Miasto niebiańskiego ognia" i kupiłam ją od razu kilka dni po premierze. Miałam złamane serce przez zakończenie "Diabelskich maszyn", więc obawiałam się rozwoju zdarzeń w MNO. Nie zawiodłam się. Byłam tylko rozżalona, że to już finał... Jeszcze wrócę do DA i DM. Jestem pewna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podoba :)
      Ja niestety długo zwlekałam z przeczytaniem dalszych części po "Mieście szkła", ale jednak w końcu się przekonałam i nie żałuję.
      A całą trylogię DM przeczytałam w ciągu jednego albo dwóch tygodni i to była również fantastyczna seria i też na pewno do niej kiedyś wrócę :D

      Usuń
  9. Jak koleżanka wyżej - z niecierpliwością czekam na serialową adaptację i mam ogromną nadzieję, że się nie zawiodę. Obserwuję na bieżąco postępy w nagrywaniu serialu i na razie idzie po mojej myśli. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem jej również ciekawa, ale po prostu na tyle, że jak wyjdzie, to obejrzę i nie śledzę żadnych nowinek z planu :P

      Usuń

Każdy komentarz jest dla nas wielką motywacją do pisania tego bloga i ulepszania go, dlatego dziękujemy bardzo za każde słowo :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka