Wszystkie recenzje, inne teksty, zdjęcia stosików i zdjęcia książek zamieszczone na blogu Siostry W Bibliotece są naszą własnością i nie zgadzamy się na ich kopiowanie bez naszej wiedzy i zgody.
(Na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

czwartek, 27 lutego 2014

Ulysses Moore #3: Dom Luster - Pierdomenico Baccalario

Tytuł oryginału: Ulysses Moore. La casa degli specchi
Tytuł polski: Ulysses Moore. Zeszyt trzeci: Dom Luster
Autor: Pierdomenico Baccalario
Data premiery: 7 lutego 2007
Wydawca: Firma Księgarska Jacek i Krzysztof Olesiejuk
Liczba stron: 258

„Dziwne rzeczy dzieją się w Kilmore Cove. Jest tam pomnik króla, który nigdy nie panował i tory, które nigdzie nie prowadzą. Nie można się połączyć z Internetem, a komórki nie mają zasięgu. Wygląda na to, że miasto zostało oczyszczone z wszelkich map, aby ochronić jakąś tajemnicę. Śledztwo Jasona, Julii i Ricka rozpocznie się w Domu Luster. Tu, w tajemniczym domu Petera Dedalusa, nic nie jest tym, czym się wydaje...”
- lubimyczytac.pl
Seria „Ulysses Moore”

WrotaCzasu | Antykwariat ze starymi mapami | Dom Luster | Wyspa Masek | Kamienni Strażnicy | Pierwszy Klucz | Ukryte Miasto | Mistrz Piorunów | Labirynt Cienia | Lodowa Kraina | Ogród Popiołu | Klub Podróżników W Wyobraźni

Tyle razy już rozpisywałam się na temat książek Pierdomenica Baccalario, że już nie pamiętam, co pisałam, a czego nie. Tak więc nie przejmujcie się, gdy będę powtarzała to samo ciągle i ciągle. 
W Domu luster akcja również nie jest rozłożona na wiele dni, jest to bodajże tylko jedno popołudnie? Albo dwa dni, dokładnie nie pamiętam (nie ta pamięć już, a książkę czytałam ostatnio haha). Nie jest więc to dużo, ale za to ile się dzieje! Jason i Rick wrócili z Egiptu, gdzie mieli odnaleźć tajemniczą mapę Kilmore Cove, natomiast Julia została w Willi Argo, gdzie również wiele się działo podczas nieobecności chłopców. Gdy wreszcie cała trójka zbiera się razem i odkrywa kolejne tropy prowadzące do odnalezienia Ulyssesa (tak się im przynajmniej wydaje). jednakże każda kolejna wskazówka wiąże się z ogromną odpowiedzialnością, ale i niebezpieczeństwem, które będzie czyhało na młodych poszukiwaczy. Czy uda im się powstrzymać paskudną Obliwię Newton, która za wszelką cenę chce odnaleźć Petera Dedalusa? I kim właściwie jest ten mężczyzna, o którym wszyscy mówią, że był genialny? Dlaczego uciekł z miasteczka i pytanie najważniejsze: gdzie też uciekł? Na te i wiele innych pytań otrzymacie odpowiedź w trzecim tomie wspaniałej serii Ulysses Moore, ale uprzednio należy zapoznać się z „Wrotami czasu” i „Antykwariatem ze starymi mapami”. Tak więc: do dzieła! 
Tym razem nasi bohaterowie nigdzie nie znikają, no chyba że z miasteczka. Rodzice bliźniąt nie mają bladego pojęcia o przygodach swoich dzieci i ich przyjaciela, ale chyba lepiej dla nich, bo inaczej mogliby się nieco przerazić. Jedynie Nestor, czyli ogrodnik w Willi Argo zachęca dzieciaki do dalszych poszukiwań. Bez namysłu cała trójka podejmuje się postawionego przed nimi zadania i nie marnuje czasu. Już od pierwszej strony jest ciekawie, a potem jest jeszcze lepiej! 
Styl autora pozostaje niezmienny. Prosty, ale nie za bardzo, łatwy w odbiorze i oczywiście szybki do czytania. Mogłoby się wydawać, że taka stara dziewczyna jak ja, nie odnajdzie się w książeczce dla dzieci i młodzieży do lat trzynastu. A tu proszę, kolejny raz zachwyca mnie ta książka, tak samo, jak w podstawówce. To naprawdę niesamowite, że można stworzyć coś, co przypadnie do gustu każdej osobie, niezależnie od wieku. 
Rzeczą, która za każdym razem sprawia, że jest mi przyjemniej, jest oprawa graficzna nie tylko tego tomu, ale całej serii. Kolorowe, zdejmowane obwoluty ze skrzydełkami są bajeczne, a twarda okładka stylizowana na stary i zniszczony dziennik jest obłędna! 
Na zakończenie: jeśli jeszcze nie mieliście styczności z tym autorem, bo:
a)      Uważacie, że jesteście za starzy;
b)     Myślicie, że to lektura nie dla Was;
c)      Sądzicie, że 12 tomów to naprawdę dużo.
Zmartwienia odłóżcie na bok. Nie ma co zwlekać! Żadna z tych rzeczy nie jest przeszkodą, aby przeżyć wspaniałą przygodę z Jasonem, Rickiem i Julią, a potem z innymi bohaterami, którzy jeszcze bardziej ubarwiają tę historię. Nie warto sugerować się tym, że to z szufladki oznaczonej tagiem: literatura dla dzieci i młodzieży. Czytać każdy może, co tylko mu się podoba, a tę lekturę, naprawdę warto. 

★★★★★★☆☆☆☆

Książka bierze udział w wyzwaniach: 
 
(2,3 cm)

ODAUTORSKO
Dość późno dodaję tę recenzję (miała być jeszcze później, ale nieważne). Ostatnia feriowa recenzja, nie mam już co dodawać (poza recenzją filmu i zdjęciami - na dniach posty), ale nawet nie mam czasu na czytanie, a przynajmniej nie dla przyjemności. Zmogłam się z Lalką, a teraz staram się skończyć Zbrodnię i karę. Mam nadzieję, że wybaczycie mi ten mały zastój. Zaraz trzeba wracać do szkoły - znów nie będzie kolorowo, ale coś na to trzeba będzie poradzić.
A co Wy teraz czytacie? :) Gorąco pozdrawiam w ten chłodny wieczór i głowy do góry - niedługo przyjdzie wiosna! :D

środa, 26 lutego 2014

Wołanie kukułki - Robert Galbraith

Tytuł: Wołanie kukułki
Tytuł oryginału: The Cuckoo's Calling
Autor: Robert Galbraith
Data wydania: grudzień 2013 r.
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 452

   "Ciało supermodelki Luli Landry zostaje znalezione pod balkonem jej londyńskiego apartamentu. Policja stwierdza samobójstwo, lecz brat ofiary nie wierzy w tę wersję i zatrudnia prywatnego detektywa, Cormorana Strike'a.
Strike jest weteranem wojennym, podczas służby w Afganistanie ucierpiał fizycznie i psychicznie. Ma kłopoty finansowe i właśnie rozstał się z kobietą swojego życia. Sprawa Luli to dla detektywa szansa na odbicie się od dna, ale im bardziej wikła się w skomplikowany świat wyższych sfer, tym większe grozi mu niebezpieczeństwo. 
Wołanie kukułki to wciągająca klimatyczna powieść zanurzona w londyńskiej atmosferze spokojnych uliczek Mayfair, ciasnych barów East Endu i tętniącego życiem Soho. Książka otwiera cykl kryminałów z Cormoranem Strikiem."

- od wydawcy

   Jak tylko zobaczyłam reklamy tej książki, zapragnęłam ją mieć. Dostałam ją na Gwiazdkę. Z początku obawiałam się, że pani Rowling (jak już pewnie wszyscy wiedzą, że Robert Galbraith to tylko pseudonim) nie ma talentu do pisania książek skierowanych do grona trochę starszego - Trafny wybór w moim odczuciu to porażka nad porażkami. Bałam się, że i w tym przypadku tak będzie. Zanim zaczęłam czytać książkę, przeczytałam kilka recenzji i muszę przyznać, że podniosło mnie to na duchu. Wiele osób chwaliło książkę. Więc pełna zapału zabrałam się za czytanie.

   O matko! Jak to się na początku dłużyło! Ale od początku. Głównym bohaterem jest Cormoran Strike. Weteran wojenny, który obecnie pracuje jako detektyw i znajduje się w dość kiepskim momencie w życiu - rozpadł się jego długoletni związek, a sam bohater nie ma gdzie mieszkać. Drugą ważną bohaterką jest Robin, dziewczyna, która przychodzi do biura detektywistycznego, aby przez krótki okres pracować jako sekretarka Cormorana. I najpewniej nasz bohater nie wyszedłby z ogromnych długów i wylądowałby na ulicy, gdyby nie zgłosił się do niego John Bristow, prawnik i przyrodni brat modelki Luli Landry. I właśnie o tę modelkę cała sprawa. Kilka miesięcy temu Lula wypadła z balkonu w swoim apartamencie. Policja stwierdziła samobójstwo, lecz zrozpaczony brat nie chce w to wierzyć, dlatego wynajmuje detektywa, aby ten rozwiązał sprawę. No i tu zaczynają się schody. Jest to książka bardziej o tym jak wygląda praca detektywa i jakie są jego poszczególne kroki, a nie taka, w której chodzi o zabawę w kotka i myszkę prowadzoną przez stróża prawa i mordercę. Kiedy w końcu okazuje się 'kto zabił' nie ma zbierania zębów z podłogi, bo nikt się tego nie spodziewał. Fakt, przyznaję, nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy, ale nie wydarłam się na pół bloku 'O MATKO! TO NIE MOŻLIWE! TO NIE MOŻE BYĆ ON/ONA'. Jeśli chcecie się przekonać jak rozwiązała się sprawa modelki i czy detektyw w ogóle doszedł do tego, musicie sami się przekonać.

   Kilka słów o okładce. Strasznie mi się podoba! Połączenie niebieskiego z żółtym wywołuje u mnie pewien rodzaj nostalgii, melancholii. Dodatkowo wygląda jakby opustoszałe i osnute mgłą ulice Londynu należały wyłącznie do tego osamotnionego człowieka na okładce.

   Muszę przyznać, że książka pozostawiła mnie z niełatwym orzechem do zgryzienia. Nie lubię nie kończyć serii, ale do końca nie wiem czy ta porwała mnie aż tak bardzo, żeby ją kontynuować. Jedno wiem na pewno: nie kupię kolejnych tomów. Pewnie zanim trafią do bibliotek trochę minie czasu, ale ten czas poświęcę na podjęcie decyzji. Tymczasem polecam tę książkę jako miłą i fajną lekturę. Mimo że to kryminał to nie trzyma aż tak bardzo w napięciu, dlatego osoby o mniejszej tolerancji na niepewność i pewien rodzaj niepokoju również będą z niej zadowolone.

   Uporałam się ostatnio z upiorem, jaki zrodził się podczas czytania Stukostrachów. Mam nadzieję, że niedługo będę mogła Wam przedstawić swoją opinię na jej temat. :)

★★★★★★★☆☆☆

niedziela, 23 lutego 2014

Postcrossing, czyli trochę o moim hobby

Dzisiaj przychodzę do Was z nieco innym postem, ale mam nadzieję, że i tak przypadnie Wam do gustu. Może kogoś zachęcę? Zobaczymy, może będzie więcej tego typu postów. A więc do dzieła!

Co to jest Postcrossing?

A więc Postcrossing to projekt, w ramach którego my wysyłamy kartkę do kogoś z innego kraju i w zamian również otrzymujemy kartkę od jeszcze innej osoby.

 Send a postcard and receive a postcard back from a random person somewhere in the world!

Jak to działa? 

Już od razu po rejestracji na stronie postcrossing.com możecie zaczynać zabawę! Na początku mamy limit pięciu kartek, które mogą podróżować w jednym momencie. Dostajemy pięć adresów, na które musimy wysłać kartkę. Każda kartka ma swój własny numer ID. Takie numery nigdy się nie powtarzają. Dla Polski wygląda to tak: PL-numer kartki wysłanej z kraju. Taki numer ID osoba, która dostanie kartkę musi wpisać na stronę, gdzie następnie można dodać zdjęcie, o ile nie dodał go nadawca. I już. Kiedy ktoś już zarejestruje naszą kartkę, mamy możliwość wylosowania kolejnego adresu i wysłania następnej kartki, która poleci gdzieś w świat. 

Za każdą wysłaną kartkę również powinniśmy otrzymać jedną. Jednak wiadomo, jak to czasem bywa, zdarzają się ludzie, którzy rejestrują się bez wcześniejszego przemyślenia i zostawiają swoje konto aktywne bez wysyłania kartek. Zdarzają się jednak takie sytuacje (ja miałam taką), gdzie za jedną wysłaną kartkę, otrzymujemy więcej. Nie wiem na jakiej zasadzie to działa, ale chyba jeśli użytkownik jest niezwykle aktywny, tj. rejestruje dużo kartek i jego kartki są często i gęsto rejestrowane, to jego adres do losowania pojawia się w puli adresów więcej razy niż zakładano i dostaje się wtedy więcej kartek. Ja przy 20 kartkach wysłanych, miałam około 35 otrzymanych, czyli o 15 więcej niż mieć powinnam. Ciekawa sprawa w sumie, taka nagroda za czynny udział w projekcie. 

Czy to kosztuje?

Sama rejestracja oczywiście jest darmowa, ale każda wysłana kartka nas kosztuje, wiadomo, kupienie takiej pocztówki oraz znaczków to jednak jest wydatek. Ile więc, pewnie spytacie? Przed podwyżką z 1 lutego bieżącego roku, znaczek na kartkę NIE priorytetową kosztował 4,6 zł, a na priorytetową 5 zł. Teraz jednak, jak już wspomniałam, 1 lutego 2014 roku nastąpiła podwyżka cen na znaczki i teraz za jedną kartkę NIE priorytetową należy zapłacić 5 zł, a za priorytetową 5,2 zł. Nie wiecie nawet jak ogromne było moje zdziwienie, gdy mama wróciła z poczty i poinformowała o tej zmianie. Byłam trochę załamana, bo od 1 lutego zdążyłam wysłać około 10 pocztówek ze znaczkami starej ceny. Na szczęście kartki doszły bez problemu. Może po tak szybkich zmianach, ludzie na poczcie jeszcze przymykają na to oko? 

Słowem: nie jest to tanie przedsięwzięcie, ale które hobby takie są? Nawet nasze książki są droższe od jednej wysłanej kartki ze znaczkiem priorytetowym.

Jakie kartki wysyłać?

W swoim profilu każdy użytkownik może podać swoje preferencje, co do pocztówek, jednakże osoba wysyłająca takiej osobie kartkę NIE MUSI się do nich stosować. To jest tylko luźna propozycja i ułatwienie nadawcy zadania. Ale wiadomo, milej jest dostać coś, co się lubi. 

Bardzo dużo osób nie chcę dostawać ręcznie robionych kartek (głupota, ja bym chciała!), ani żadnych reklam i ulotek (mi to bez różnicy, bo ciekawią mnie inne kraje i nie mam problemu z tego typu kartkami - ale szanujmy się, jeśli ktoś wysyła paragon albo coś w tym stylu, to podziękujmy). 

Niektórzy proszą o lekkie monety o małym nominale, więc jeśli ktoś chce spełnić taką prośbę, to kartkę należy wysłać w kopercie. Niektórzy lubią, inni nie, mi bez różnicy (choć wcześniej bardzo mi to przeszkadzało).

Wiadomo, każdy lubi co innego, ale nie wszystkim możemy dogodzić, więc należy cieszyć się z każdej otrzymanej kartki - ja tak robię i mam się dobrze. 

Co pisać na pocztówkach?

Wszystko, co chcecie! Tutaj każdy ma pole do popisu, możecie opisać swój dzień, Wasze zainteresowania, rodzinę. Niektórzy proszą o rekomendację książki albo przepis. To zależy od Waszej inwencji twórczej. Ja lubię czytać o wszystkim, ale głównie dostaje krótkie opisy nadawcy - to też bardzo ciekawe, bo każdy jest inni. Jednak zauważyłam, że dużo osób będących na Postcrossingu, lubi czytać książki.

Czy można usunąć konto na tej stronie?

Wydaje mi się, że nie, ale jeśli kogoś znudziła ta zabawa, a nie chce zachowywać się nie fair w stosunku do innych, to w ustawieniach profilu można ustawić swoje konto jako nieaktywne. Wtedy nie mamy możliwości wylosowania żadnej kartki, a i inne osoby nie będą losować naszego adresu. To dobra opcja dla osób na wakacjach, albo jak ktoś zmienia adres z powodu wyprowadzki. Ja na razie z tego nie korzystałam i chyba nie zamierzam. Za bardzo mi się podoba ten projekt.

Co innego?

Kolejną fajną rzeczą jest też to, że można znaleźć tam wielu penfriendów i pisać z nimi listy... na pocztówkach! Albo na zwykłej papeterii, a pocztówki wrzucać do koperty jako dodatek. Ja znalazłam penfrienda w dziewczynie z Ukrainy, rok ode mnie młodszej. Ostatnio właśnie wysyłałam do niej list na mojej nowej warszawskiej papeterii, która jest po prostu piękna! 

Jest to ciekawy projekt, osoby, które lubią podróżować, ale na przykład nie mogą, są w stanie dostać cząstkę odrębnej kultury w skrzynce na listy! Jest tyle możliwości, bo aż 218 miejsc, z których można otrzymać coś ciekawego! Mi się najbardziej marzą kartki ze Szwecji (mam jedną, ale jeszcze nie wysyłałam tam żadnej, a szkoda :C), ale każde inne też są cudowne! 

Postcrossing w liczbach

457,955 members
218 countries
1,560 postcards/hour
22,055,264 postcards received
500,311 postcards traveling

113,059,462,428 km traveled

Polska zajmuje 10 miejsce pod względem ilości wysłanych kartek, więc jesteśmy stosunkowo wysoko. Na pierwszych miejscach plasują się (w kolejności): Niemcy, USA, Holandia i Rosja. Ale co się dziwić, skoro jest tam dużo mieszkańców?  

Moje ogólne odczucie

Wydaje mi się, że ten projekt to bardzo fajna sprawa, która może urozmaicić nasz wolny czas, ale nie tylko. Dzięki niemu możemy poszerzyć nasze horyzonty myślowe oraz językowe, bliżej poznać kulturę innych krajów i religii, a nawet... znaleźć przyjaciół! Dodatkowo - kolorowe pocztówki potrafią naprawdę poprawić humor w szary, jesienny dzień. Z niecierpliwością oczekuje się listonosza, żeby zbiec do skrzynki pocztowej i znaleźć w niej masę kartek, które potem można przeglądać bez końca.

Mój profil na Postcrossingu - klik

Zdjęcia

Wszystkie pocztówki trzymam w pudełku po butach - ale za to w jakim!

Otrzymane kartki są oddzielone folią bąbelkową, żeby nic mi się nie pomieszało.


Stosik otrzymanych pocztówek, niektóre dostałam w kopertach (nic nie wyrzucam).
Koperty są czasem ładniejsze od ich zawartości!
Jedne z pierwszych kartek, jakie dostałam. Pierwsza jest ta z kotem (3D).
Prawie cała kolekcja otrzymanych pocztówek.
Te kartki, są moimi najulubieńszymi :)
Ale ta jest moją ulubioną ze wszystkich *.* Ma ponad 60 lat; dostałam ją z Holandii.
Tutaj jest stosik pocztówek do wysłania.
 
Te są moimi ulubionymi z tych "do wysłania". To już chyba trzeci taki komplet, który kupiłam.
A tak prezentuje się cała moja kolekcja.
Mam nadzieję, że post Wam się podobał i będziecie chcieli dołączyć, albo przynajmniej oglądać moje zdobycze, których ostatnimi czasy jest mało (nie wiem czemu :<). Na dziś to tyle. Pozdrawiam gorąco! :) 

Jeśli macie jakieś pytania, to śmiało zadawajcie je pod tym postem! :)

piątek, 21 lutego 2014

Zwiadowcy. Księga 1: Ruiny Gorlanu - John Flanagan



Tytuł oryginału: Rangers Apprentice. The Ruins of Gorlan
Tytuł polski: Zwiadowcy. Księga 1: Ruiny Gorlanu
Autor: John Flanagan
Data premiery: marzec 2009
Wydawca: Wydawnictwo Jaguar
Liczba stron: 319

„Przyszłość piętnastoletniego Willa zależy od decyzji możnego barona. Sam Will najchętniej zostałby rycerzem, ale drobny i zwinny nie odznacza się tężyzną fizyczną, niezbędną do władania mieczem. Tajemniczy Halt proponuje chłopakowi przystanie do zwiadowców ludzi owianych legendą, którzy, jak wieść niesie, parają się mroczną magią, potrafią stawać się niewidzialni... Początek nauki u mistrza Halta to jednocześnie początek wielkiej przygody i prawdziwej męskiej przyjaźni.”

- lubimyczytac.pl
Seria „Zwiadowcy”
Ruiny Gorlanu | Płonący most | Ziemia skuta lodem | Bitwa o Skandię | Czarnoksiężnik z Północy | Oblężenie Macindaw | Okup za Eraka | Królowie Clonmelu | Halt w niebezpieczeństwie | Cesarz Nihon-Ja | Zaginione historie | Królewski zwiadowca | (prawdopodobnie w przygotowaniu)

Zwiadowców chciałam przeczytać jeszcze w gimnazjum, ale wtedy tyle się działo, że potem o tym zapomniałam. Dość długi czas temu pożyczyłam pierwszy tom od znajomego, lecz dopiero w ferie zimowe znalazłam odpowiednią ilość czasu na przeczytanie go. Cieszę się i smucę, czemu? Cieszę, ponieważ książka mnie oczarowała, a smucę – zbyt długo zwlekałam z tą serią i mam teraz bardzo dużo do nadrobienia. Przynajmniej dłużej będę mogła napawać się radością, że tak daleko do końca! No ale bez zbędnych przedłużeń, opowiem Wam nieco o fabule.

Mapa krainy Araluen
Will to sierota, która straciła oboje rodziców, nie wiemy jeszcze dlaczego, ani kim byli, ale wkrótce wszystko się wyjaśni. Piętnastolatek znajduje się w przytułku przy zamku barona Aralda, którego lennem jest zamek Redmont w krainie Araluen. Ten oto wiek, czyli 15 lat, daje tym dzieciakom możliwość na odmienienie swojego losu, który tak właściwie nie jest jeszcze taki tragiczny. Dla danego rocznika organizowany jest Dzień Wyboru, podczas którego to mają możliwość zadeklarowania się, gdzie chcieliby pracować i jaki fach ćwiczyć przez najbliższe lata. Will, mimo swojego niskiego wzrostu i chuderlawości, pragnie zostać wojownikiem, inaczej: rycerzem. Dlaczego? Chce, żeby jego nieżyjący ojciec był z niego dumny, gdyż podobno był wielkim bohaterem. A kto jest bohaterem w czasach podobnych do Średniowiecza? Oczywiście, że rycerze. Jednak najważniejszy dzień jego życia zmienia się koszmar, kiedy sir Rodney odmawia mu, podając za argument jest małą siłę i niepewną posturę. Jeszcze bardziej chłopak niepokoi się tym, że zwiadowca z lenna Redmont bacznie się mu przypatruje. Jak potoczą się dalsze losy naszego młodego bohatera? Pewnie się domyślacie, że zostanie uczniem Halta, którego zadaniem będzie wyszkolenie młodziaka na prawdziwego szpiega. Nikt nie wie, że Will odegra większa rolę, niż się wydaje, nawet on sam nie wie, co jeszcze go czeka. A nie wszystko jest takie kolorowe, jak się może wydawać. Czemu? Bowiem zapomniany przez wszystkich Morgarath rośnie w siłę i mści się na swoich wrogach z przeszłości. Jakie przyniesie to skutki krainie Araluen? Gdzie jest miejsce Willa, który nawet nie wie, czy chce zostać prawowitym zwiadowcą? Tego dowiecie się tylko wtedy, gdy przeczytanie Ruiny Gorlanu. Ja Wam również nie zdradzę, czemu akurat taki tytuł, a to wyjaśni się dopiero pod koniec. Nie czekajcie więc i bierzcie się za książkę Johna Flanagana!

Akcja historii z tej części rozciągnięta jest na kilka miesięcy, nie każdy z nich jest jednak opisany. W rozdziałach pojawiają się informację, że Will odbył taki a taki trening w takim a takim czasie i tyle. Wcześniej jednak z niezwykłą dokładnością otrzymujemy opisy zadań, które ma do wykonania młody czeladnik. Nie brakuje więc niczego, w szczególności, że zakończenie jest niezwykle absorbujące i sprawiające, że po prostu trzeba zabrać się za kolejny tom (pech, że nie mam go akurat w domu!). Opisy nie są bardzo rozbudowane, ale na pewno wystarczająco, żeby wyobrazić sobie daną scenerię czy zachowania bohaterów – ja nie miałam z tym problemu i ciężko chyba o taką osobę. Realistyczne odczucia i nienaciąganie niczego -  o ile w fantastyce można mówić o naciąganiu jakichś faktów – są bardzo sympatyczne i dające możliwości wyobrażenia sobie takich osób w naszym, rzeczywistym świecie.

Jest dużo różnych bohaterów, nie każdy jest dopracowany do perfekcji, ale nie ma monotonii, co się czasem zdarza w wielu książkach, a szczególnie w obszernych seriach. Halt na czele z Willem to najbarwniejsze postaci, o nich dowiadujemy się najwięcej i najwięcej z nimi przygód przeżywamy. Są jeszcze: Horace, Jenny, George oraz Alyss – przyjaciele głównego bohatera z przytułku dla sierot. Najwięcej możemy dowiedzieć się o Horace’ym (swoją drogą, jak odmienić to imię?), mimo iż nie miał on takiej bliskiej więzi z chłopakiem. Przez całą książkę przewija się jeszcze wiele postaci, które mają większy lub mniejszy wpływ na młodziana i całą historię. Ogólnie na plus, ze względu na przemiany, jakie zachodzą w tej grupce. Są tak realistyczne, że mogłabym śmiało porównać je do niektórych swoich sytuacji z czasów podstawówki i gimnazjum.
Nagłówek rozdziałów

Cała akcja jest idealnie wpasowana w realia średniowiecza, tak mi się wydaje, że autor stylizował się na tejże właśnie epoce. Jedno wydarzenie przeplata się z innym, a tamto płynnie wchodzi w kolejne i tak to idzie, szybko, gładko i naprawdę przyjemnie.

Jedynym zgrzytem, który tutaj zauważyłam to nieskładne zdania w niektórych momentach. Albo o taką składnie chodziło, a ja jej nie rozumiem, albo ktoś się po prostu pomylił. Z początku zauważałam wiele takich omyłek, ale potem ich nie było lub ja nie zwracałam na nie większej uwagi, bo ważniejsze były dla mnie przygody.

Szczerze, to do okładki nie jestem przekonana. Według mnie bardziej pasowałyby jakieś ruiny, no właśnie, choć nie wiem, czy to nie byłoby zbyt odważne posunięcie. No nie wiem, ta okładka mnie nie urzekła, za to nagłówki rozdziałów są po prostu przepiękne. Pod koniec wyjaśnia się, dlaczego akurat liść dębu (a to naprawdę ciekawe), więc bierzcie się za tę książkę chociażby z tego powodu! Nie no, teraz żartuję.

Koniec końców, jest to naprawdę intrygująca lektura, która powtarza schematy dobra i zła w literaturze fantastycznej, ale na nieco innej płaszczyźnie – bez magów i niebezpiecznych czarów (choć niektórzy uważają, że zwiadowcy to magowie i parają się czarną magią), bez smoków (przynajmniej na razie, bo kto wie, co będzie dalej), za to z ciekawymi potworami o śmiesznych nazwach, których nie sposób jest wymówić. Wartka akcja i niebanalni bohaterowie również zasługują na pochwałę i uwagę czytelnika. Zakończenie zostało zrobione tak, że chcemy po prostu zabrać się szybko za kolejny tom (a ja go na razie nie mam :C). No i został wpleciony, minimalny, bo minimalny, wątek miłosny. Choć nie wiem, czy można określić to takim mianem. Liczę na jeszcze lepszy rozwój akcji w drugiej części, którą muszę złapać przy najbliższej wizycie w bibliotece. 

★★★★★★★☆☆☆


Książka bierze udział w wyzwaniach: 

(2,6 cm)
Czytam fantastykę




ODAUTORSKO

No i kolejna recenzja! Ta już nie jest taka zła, jak poprzednia i jestem z niej zadowolona. W dodatku ubarwiłam ją nieco zdjęciami, więc może będzie się ją lepiej czytało :)
Jednak zdjęli mi aparat! Nie wiecie nawet jaka jestem szczęśliwa! Raz na zawsze pozbyłam się tego czegoś z moich zębów :D
W najbliższym czasie pojawi się jeszcze jedna recenzja i post, o moim hobby, czyli Postcrossingu. Chętnie przeczytalibyście notkę dotyczącą tego tematu?
Piszcie, co aktualnie czytacie i co możecie mi polecić na te jakże wiosenne dni! :)

Gorąco pozdrawiam.  

środa, 19 lutego 2014

Crysis: Eskalacja - Gavin Smith



Tytuł oryginału: CRYSIS: Escalation
Tytuł polski: CRYSIS: Eskalacja
Autor: Gavin Smith
Data premiery: 20 lutego 2013
Wydawca: Wydawnictwo Insignis
Liczba stron: 279

„Rok 2020. Pierwszy kontakt z Cepidami. Pod wodzą majora Barnesa, kryptonim Prorok, na wyspy Lingshan wyrusza oddział żołnierzy w nanoskafandrach. Przeżywa niewielu. Ale zagrożenie ze strony obcych zostaje odparte.

Rok 2023. Cepidzi zajmują Nowy Jork. Umierający Prorok przekazuje swój nanoskafander żołnierzowi marines o ksywie Alcatraz. Po raz kolejny potężna technologia ratuje sytuację.

A teraz do ruin Nowego Jorku powróciła śmierć. Miasto, osłonięte olbrzymią Kopułą Wolności i kontrolowane przez skorumpowaną megakorporację CELL, zaczyna przypominać pobojowisko. Żołnierze CELL, bojownicy ruchu oporu i śmiercionośni Cepidzi walczą na ulicach niegdysiejszej metropolii, która skrywa tajemnicę zdolną zniszczyć cały świat.


Książka CRYSIS: Eskalacja to zbiór sensacyjnych opowiadań o świecie pogrążającym się w korporacyjnym koszmarze i o zawiązywaniu się ruchu oporu. Stanowi znakomite wprowadzenie do świata gier CRYSIS, jak również fascynującą lekturę dla już pochłoniętych nim graczy. Opisując losy kultowych postaci, takich jak Prorok, Psycho i Alcatraz, zamieszczone w książce opowiadania splatają się ze sobą i łączą w jedną, wstrząsającą fabułę.

Wróg już tam jest. Nadszedł czas. Przygotujcie się.”
- lubimyczytac.pl

Szczerze? Nie wiem po jakie licho zabierałam się za tę książkę. Nie jest kompletnie w moim stylu, nie wiem nic o grze, której dotyczy, ani tym bardziej co to są jakieś Cepidy, które opanowały Ziemię. Myślałam, że to będzie coś w stylu Metra 2033 (klik) albo Erebosa (klik), ale nie podejrzewałam, że to co dostanę będzie mega dziwne, mega głupie i mega nieprzyjemne. Dobrze, że za książkę nie płaciłam, bo chyba bym wyskoczyła z okna po jej przeczytaniu. A może nawet i gdzieś w połowie? Gdzieś mi się obiło o uszy, że te opowiadanka można przeczytać nawet bez znajomości gry, o których nie ma bladego pojęcia jak już wspominałam, a że sensację i sci-fi lubię, to się skusiłam. Czy było warto? Zaraz się przekonacie.

Po pierwsze: z czym się to je? Na pewno nie z tym, co ja mam w swoim jadłospisie. Bezsensowna strzelanina do kosmitów, związana jedynie przyjaźnią między niektórymi bohaterami. Tak, tak, w każdym opowiadanku jest ktoś z poprzedniego i z jeszcze wcześniejszego i tak dalej, i tak dalej. Głównie dostajemy opisy walki z Cepidami, czyli tymi obcymi, jak zrozumiałam. Język postaci ogranicza się do wulgaryzmów, których w nadmiernej ilości nie potrafię tolerować, a już na pewno nie w książkach. Rozumiem, raz czy dwa, w takiej literaturze może częściej, bo to zwykle porządny chłop jest bohaterem, ale tutaj to już przesada. Zbędne to było, nic nie wniosło do historii, a irytujące jak sto pięćdziesiąt.

Opisy ubogie, można by je rozbudować, w szczególności, że nie jest to PODOBNO powieść tylko dla fanów gry. Nie zrozumiałam nic z tego, co dostałam. Naukowe słownictwo momentami było niezwykle śmieszne, niepotrzebne i naprawdę do książki niepasujące. Zrozumiałabym, gdyby autor jeszcze wyjaśnił po co to, po co o tym wspomina i jaki to ma związek. Ale co? Oczywiście, że tego nie ma. Niech taki żółtodziób jak ja nie wie, o co chodzi.

Zdania są krótkie, często nieskładne, a powtórzeń jest co nie miara. Strata czasu, choć nie tak duża, bo książkę czyta się stosunkowo szybko. Przynajmniej ja miałam taką sytuację, ale bynajmniej nie dlatego, że byłam zafascynowana tym, co się stanie dalej, a tym, że do końca jest coraz bliżej i bliżej.

Pomijając styl rodem z pierwszej klasy podstawówki, bohaterowie są z tego wszystkiego najgorsi: płytcy, rozpaczliwi, wulgarni. Nie podobają mi się ani trochę, choć nie zdążyłam ich bliżej poznać. Tak naprawdę są tylko nietrafionym dodatkiem, bo: ktoś musiał odwalić całą robotę. Niektórzy autorzy przez setki stron starają się przekazań czytelnikowi cechy danej postaci, jej zachowania, przeżycia wewnętrzne (nie zawsze się to udaje, ale próbują), a tutaj autor pomyślał chyba: „A co tam, wrzucę im milion ludzi, w których się nikt nie ogarnie i żadnego nie przedstawię im bliżej”. Tak to rozumiem. Dużo nazwisk, jeszcze więcej pseudonimów, zero wyjaśnień kto jest kim, jaki ma cel w całej historyjce. Ja naprawdę nie wiem, po co wydaje się takie książki.

Autor nie był w stanie przekazać tego, co chciał, jego próby spełzły na niczym. Liczyłam na niezłą dawkę ciekawego sci-fi, który zaprze mi dech w piersi, a dostałam coś nijakiego, czego nie mogę nazwać nawet książką. Takie coś, to ja mogę czytać w Internecie na blogach.

Trzydzieści pięć złotych to zbyt dużo, jak na TO COŚ. Okładka nijaka, nie wnosi nic do treści książki, bo nie ma tam żadnych dziwnych ludzi (no, może poza dwoma, Prorokiem i Psycho, których opis, odbiegający wprawdzie od obrazka, w pewnej mierze jest w stanie się zgadzać) strzelających z jeszcze dziwniejszej broni łukopodobnej. Nie wiem co Gavin Smith wyobrażał sobie publikując swoje opowiadania, ale ja na miejscu osób wydających ten mały zbiorek zastanowiłabym się przynajmniej dwa razy, czy ktokolwiek będzie chciał to czytać. Wiem, że wielu osobom się to podobało, a ja jestem po prostu jakimś odchyleniem od normy, ale przeczytałam tyle świetnych książek, których porównanie do Crysis: Eskalacji jest po prostu zbrodnią dla ludzkości czytającej. 

★★★☆☆☆☆☆☆☆

Książka bierze udział w wyzwaniach: „Przeczytam tyle, ile mam wzrostu”. 
(1,7 cm)


ODAUTORSKO
Zdaję sobie sprawę z tego, że recenzja nie jest górnych lotów, ale ta książka jakoś zabiła we mnie jakąkolwiek chęć dzielenia się z Wami tym, co o niej myślę. Dno i tyle. Mam nadzieję, że wybaczycie mi to małe, chwilowe spaczenie umysłu, ale staram się wygrzebać z niedoli, w jaką się wkopałam. W dodatku jestem wściekła, bo termin zdjęcia mojego aparatu przesunął się w czasie aż o miesiąc. Za to uszy mam przekute.
Na dziś to tyle, żegnam Was gorąco i pozdrawiam serdecznie. Kolejne posty będą o niebo lepsze. Obiecuję Wam!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka