Wszystkie recenzje, inne teksty, zdjęcia stosików i zdjęcia książek zamieszczone na blogu Siostry W Bibliotece są naszą własnością i nie zgadzamy się na ich kopiowanie bez naszej wiedzy i zgody.
(Na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Atlas Chmur - David Mitchell


Tytuł oryginału: The Cloud Atlas
Tytuł polski: Nowy Przywódca
Autor: David Mitchell
Data premiery: 7 listopada 2012
Wydawca: Wydawnictwo Mag
Liczba stron: 536

„Nominowany do Nagrody Bookera bestseller Atlas Chmur Davida Mitchella to również jedna ze Stu Książek Dekady według wpływowych brytyjskich krytyków literackich Richarda Madeleya i Judy Finnigan. Teraz na jego podstawie powstał głośny film, w którym kreacje stworzyła plejada gwiazd: Tom Hanks, Halle Berry, Susan Sarandon, Jim Sturgess, Ben Whishaw, Jim Broadbent i Hugh Grant.

Pasażer statku, z utęsknieniem wyglądający końca podróży przez Pacyfik w 1850 roku; wydziedziczony kompozytor, usiłujący oszustwem zarobić na chleb w Belgii lat międzywojennych; dziennikarka-idealistka w Kalifornii rządzonej przez gubernatora Reagana; wydawca książek, uciekający przed gangsterami, którym jest winien pieniądze; genetycznie modyfikowana usługująca z restauracji, w oczekiwaniu na wykonanie wyroku śmierci; i Zachariasz, chłopak z wysp Pacyfiku, który przygląda się, jak dogasa światło nauki i cywilizacji – narratorzy Atlasu Chmur słyszą nawzajem swoje echa poprzez meandry dziejów, co odmienia ich los zarówno w błahym, jak i w doniosłym wymiarze.

W tej niezwykłej powieści David Mitchell znosi granice języka, gatunku literackiego i czasu, proponując zadumę nad właściwą ludzkości żądzą władzy i niebezpiecznym kierunkiem, w którym w pogoni za władzą zmierzamy.”
- lubimczytac.pl
O Atlasie chmur naczytałam się wiele dobrego dawno, dawno temu i w związku z tym, poprosiłam rodziców o tę książkę na Święta. ZESZŁOROCZNE ŚWIĘTA. Jakoś tak wyszło, że nigdy nie miałam większej ilości czasu na zapoznanie się z tą powieścią, a bałam się ją zaczynać podczas natłoku nauki i sprawdzianów. Więc wyszło, jak wyszło. Dopiero 22.12.2013 roku zaczęła się moja przygoda z Atlasem. Jak ona przebiegła? Czy była pozytywna, czy wręcz przeciwnie? Tego dowiecie się w dalszej części recenzji. Zapraszam.
Cała książka podzielona jest na sześć części, z których pięć występuje dwa razy, a jedna – szósta – tylko raz, ale jest znacznie dłuższa. Ułożone są w taki sposób: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 5, 4, 3, 2, 1. Czyli kończąc książkę wracamy do początku historii, od której się to wszystko zaczęło. Każdy taki fragment opisuje innego bohatera, jednak (jak się potem okazuje) wszystko się razem łączy w całość.  
Pierwszym bohaterem, którego poznajemy jest Adam Ewing, który jako prawnik podróżuje po Pacyfiku na „Wieszczce” i obserwuje życie na morzu. Przynajmniej tak wnioskuję, bo tylko to raczył opisywać w swoim genialnym dzienniku. W pierwszej część nic ciekawego się raczej nie wydarza. Płynie sobie i tyle. Najpierw myślałam, że to on będzie najbardziej nielubianą przeze mnie postacią z tej książki. Jakże się myliłam!
Kolejnym jest Robert Frobisher, czyli anglik, który udaje się do Belgii (tego nie ogarnęłam, ale chyba do Belgii), gdzie pracuje jako pomocnik sławnego, ale zniedołężniałego już kompozytora. Ach, ileż to on przygód już przeżył, a jakże ciekawych? Opisuje w swoich listach do przyjaciela, to wszystko, co tam się wydarzyło. Lubię historie w formie listów, ale ta mnie jakoś nie za bardzo urzekła. Choć co się dziwić, jak cała ta książka.
Zaraz bo Robercie jest Luisa Rey, która pracuje w jakiejś podrzędnej gazecie, gdzie nie może się nawet wykazać swoim talentem. Poznaje Rufusa Sixsmitha podczas awarii windy. Następnie zajmuje się sprawą reaktora HYDRA, który został zatwierdzony, jako nieszkodliwy, co mija się jednak z prawdą. Kobieta stara się to udowodnić za wszelką cenę. Nie wie jednak, jakie niebezpieczne może być to zadanie.
Timothy Cavendish to kolejny bohater tej książki. Pracuje w wydawnictwie i za sprawą pewnej książki, musi uciekać gdzie pieprz rośnie. Choć to może nie jest wina samej książki, ale pieniędzy, których się dzięki niej dorobił stary Cavendish. Trafia do Aurora House, gdzie wcale nie chce przebywać i gdzie nie może znaleźć dla siebie miejsca. Super ciekawe, czyż nie?
Sonmi~451 to służka, która pracuje w restauracji Papy Songa i wierzy, że poza usługiwaniem innym nie ma prawa do niczego innego. Wcina Mydło, śpi kiedy jej każą, nie ma przyjaciół, bo nie można im rozmawiać. Dziewiętnaście godzin na nogach, siedem dni w tygodniu, pięć godzin snu. Nie powiecie mi, że tego nie można nazwać niewolnictwem. Jednak z Sonmi dzieją się dziwne rzeczy, których ona sama z początku nie rozumie i nie chce do siebie tego dopuścić. W jej życiu po prostu za dużo się działo, każdy tak czasem ma.
Ostatnia część dotyczy Zachariasza i jego ludu, który się zajmuje rolnictwem, hodowlą zwierząt i „mienianiem się” z innym ludem, który przypływa do nich dwa razy w roku, podczas doby, gdzie dzień i noc mają tą samą długość. Na ich wyspy zostaje wypuszczona Meronym, której sam Zach nie toleruje i najchętniej wyrzuciłby ją do morza.
Powiązania między częściami prezentują się następująco:
o   Adam Ewing pisze dziennik i nic poza tym.
o   Robert Frobisher znalazł dziennik Ewinga i pisał listy do Sixsmitha.
o   Luisa Rey czytała listy Frobishera do Sixsmitha i szukała stworzonego przez niego „Atlasu chmur na sekstet”.
o   Timothy Cavendish dostał historię Luisy w formie książki.
o   W części o Sonmi~451 wspomniane są chyba fragmenty z historii Luisy Rey, ale dokładnie nie pamiętam.
o   Lud Zachariasza wierzy, że Sonmi jest boginią i się do niej modli.
Tak więc prezentują się powiązania. Pewnie jest ich więcej, jakieś detale, które mi umknęły, albo po prostu nie trzymały się całej kupy, która została stworzona w jakiś wymyślny i niezrozumiały sposób, przynajmniej dla mnie. Wybczacie.
Zacznę może od tego, że David Mitchell potrafi bardzo dobrze manewrować różnymi stylami swojego dzieła. Każda część wyszła mu tak, jak zapewne zamierzał. To znaczy jak? Nie ma żadnych zgrzytów w opisach, język nagle się nie zmienia, co jest plusem, bo przy takiej liczbie różnych epok (mogę nazywać to epokami) nie sposób jest nie stracić rachuby. Za to go podziwiam i sama chciałabym móc w taki sposób pisać, ale nie każdy może być takim Mitchellem, prawda?
Na tym się chyba moje pozytywne punkty kończą. Choć nie, na pochwałę zasługuje jeszcze historia Sonmi~451, która, mimo że jest smutna, to najbardziej przypadła mi do gustu. Zafascynowało mnie myślenie głównej bohaterki i jej postrzeganie świata przez pryzmat bycia, no, nie oszukujmy się, niewolnikiem. Wyzwoliwszy się z tego stanu, poznała prawdziwy świat i… I co? Miała swoje poglądy, których się trzymała, niezależnie od czegokolwiek i kogokolwiek, tyle powiem. Bardzo mi się to spodobało i dlatego mogę śmiało stwierdzić, że części poświęcone jej opowiadaniu są najlepsze i najbardziej warte uwagi.
Teraz kolorowo już nie będzie. Ale niestety, mus to mus, więc opowiadam o wszystkim.
Pytanie numer jeden – po co, do jasnej Anielki, takie długie opisy? Ja rozumiem, to głębokie przesłanie, o którym wszyscy tak namiętnie gadają, na bank ma coś z tym wspólnego. Ale, nie oszukujmy się, książka ta byłaby znośna (i na pewno dostałaby wyższy stopień ode mnie), gdyby o połowę ją skrócić. Broń Boże, część z Sonmi, ale na przykład Upiorną Udrękę Timothy’ego Cavendisha lub Bród Slooshy i wszystko co potem. Te dwie historie, to najbardziej męczące historie, jakie kiedykolwiek czytałam. Naprawdę. Przy nich, to ja nawet szybciej bym się za „Krzyżaków” wzięła! Fakt, autor idealnie dopasował styl do czasów i bohaterów, ale tak niemiłosiernie mnie drażniło czytanie tego, że mnie mało co szlag nie trafił. Przepraszam, ale po co się rozpisywać na pół strony o tym, jak jakiś Zachariasz Mężny (albo Straszliwy, już się w tym pogubiłam), który miał dziewięć czy dziesięć lat (nawet nie wiem, czy dobrze zrozumiałam) poszedł w krzaki, gdzie udał się za potrzebą? Coś naprawdę jest nie tak z tą książką, czego Wam nie udowodnię niezbitymi dowodami, ale jeśli jest ktoś, kto wierzy mi na słowo – cieszę się.
Upiorna Udręka… była nieco lepsza, ale również ten Cavendish mnie niezmiernie irytował. Według niego, jego życie było udręką, ale dla mnie to to wcale nie było takie… udręczone. Starszy facet, który trafia do Domu Spokojnej Starości. Co w tym dziwnego? Po co to komu w historii, która ma odmienić świat? Ja nie wiem, przyziemna sprawa, dobrze, pan David chce pokazać, że to dzięki takim sprawom, świat się jeszcze kręci. Ale nie musi opisywać tego w stu stronach. Wystarczyłyby dwie.
Pytanie numer dwa – tytuł „Atlas chmur”, a o samym Atlasie prawie żadnej wzmianki, jak na taką obszerną powieść. Chwila, to nie było pytanie. Nieważne. Atlas chmur tu, atlas chmur tam, atlas chmur śmam. Wszystko ok, tylko jak on się wiąże z tym wszystkim. Fajnie, Frobisher sobie go wymyślił, fajnie, na sekstet, fajnie, że jest taki wspaniały. Nazwa w sumie ciekawa, taka przyciągająca. Melodię wyobrażałam sobie zupełnie inaczej, niż tą, którą zaserwował nam muzyk z filmu, ale nie o tym teraz. Naprawdę, coś się zaczyna wprowadzać, to coś należy skończyć. A nie, ja tu siedzę, czytam, kończę książkę i czuję niedosyt. Tak, mimo że niezbyt mi przypadł do gustu ten twór, to czułam pewną pustkę w tym wszystkim. Jakby Mitchell miał zamiar wydać kolejny tom i objaśnić nam to wszystko, a ja biedna będę musiała czekać na to, Bóg wie, ile. Nic takiego jednak mieć miejsca nie będzie (i dobrze), ale więcej spraw powinno być wyjaśnionych, nie każdy siedzi podczas czytania z zeszytem, zapisuje wszystko, nawet kolor kubraka, jaki miał na sobie Ewing, Frobisher czy też Cavendish albo inny typ, i potem analizuje to przez wiele, wiele godzin, a może dni czy też miesięcy nawet. ZA MAŁO KONKRETÓW.
Liczyłam na to, że książka, która była tak szczodrze reklamowana i wychwalana pod niebiosa w całym Internecie, zachwyci również mnie. Czy tak się stało? Niestety nie i bardzo tego żałuję. Atlas chmur przy bliższym spotkaniu zawiódł mnie i to bardzo, nie macie pojęcia, jak bardzo. Oczekiwałam ździebko czegoś innego i dostałam coś, co nie do końca mi się spodobało. Owszem, wszystko się łączy, wszędzie są wspominane rzeczy z innych części, bohaterowie mają jedno znamię, które wygląda jak kometa (o zgrozo, chciałam napisać jak kosmita). Wszystko bardzo fajnie, ale głębszego sensu ja w tym nie widzę. Miałam dreszcze i ciarki na całym ciele podczas czytania niektórych fragmentów, ale żadne OCH i ACH nie padło z moich ust.
Kiedy tak czytałam i czytałam „Atlas”, myślałam sobie: gdzież to ja zawitałam? Naprawdę, możecie mnie uznać za głupią, niedoceniającą literatury nastolatkę, która uważa się za, Bóg wie jak wielkiego, krytyka literackiego, który nie rozumie prawdziwej głębi tej książki, ale za Chiny, ludzie, ja tego nie rozumiem. Ot, takie sobie historie, które autor połączył, robiąc z nich książki, pamiętniki lub artykuły w gazetach w innych częściach, ale nic poza tym.
Spodziewałam się czegoś, po czym będę mogła powiedzieć: to naprawdę dobra książka, dawno takiej nie czytałam. Chciałam mieć po niej „kaca książkowego”, przez którego nie mogę zacząć czytać innej lektury. Czy go miałam? Nie bardzo. Od razu sięgnęłam po coś lżejszego, co dałoby odpocząć mojemu umysłowi.
Uważam, że Atlas chmur to powieść nie dla wszystkich, a może dla wszystkich, tylko do niej należy dojrzeć? Ja dojrzewałam rok i powiem szczerze, nic mi z tego nie przyszło. Wiem, że młodsze dziewczyny ode mnie, widzą w tej książce wspaniałe rzeczy i poruszające przesłanie, ale ja nie. Nikomu nie polecam tej książki, chyba, że już naprawdę nie wiecie, co macie zrobić ze swoim życiem i chcecie wprowadzić do niego jeszcze więcej zamieszania, niż możecie sobie wyobrazić. Lektura bez większego sensu, która nic a nic nie wniosła do mojego życia. Jedynie może zdegustowanie, które towarzyszyło mi przy niektórych scenach. Tak, to trzeba przyznać, bezpruderyjności Mitchellowi nie brakuje. 

★★★☆☆☆☆☆☆☆

Książka bierze udział w wyzwaniach:



Ten fragment dodam później. Nie mam na razie ochoty na oglądanie 3-godzinnego filmu. Przepraszam.

ODAUTORSKO
To chyba najdłuższa recenzja jaką udało mi się napisać. Jest też chyba najbardziej nieprzychylna i najmniej składna. Za to przepraszam i oczekuję od Was zrozumienia!
Długo czekałam na moment, w którym podzielę się z Wami recenzją tej książki. Zawsze myślałam, że dostanie ona 6+ i będziemy razem się zachwycać jej niesamowitością. Zawiodłam się, mam nadzieję, że mnie nie zdepczecie.
Wolne się kończy, zaraz szkoła. Macie już wystawione oceny semestralne, czy jeszcze się uczycie, żeby wyciągnąć się na jak najlepszy stopień? Ja jeszcze muszę się uczyć, ale miejsca dla książki na pewno nie zabraknie.
Pochwalcie się, co teraz czytanie! Życzę Wam wszystkiego dobrego w nadchodzącym roku, dużo powieści godnych polecenia i dużo szczęścia. Niech los zawsze Wam sprzyja!

sobota, 28 grudnia 2013

Seria książkowo-zdjęciowa #5

     Początek zacznę tradycyjnie, czyli od przeprosin. Oj, to się już za dużo razy zdarza, ale co ja mam poradzić T.T Przepraszam, że nie było w zeszłym tygodniu postu z tej serii, ale niestety, nie miałam kompletnie zdjęć, ani pomysłów na nie, ani w ogóle niczego. Teraz niby jest wolne, ale jakoś tak szybko mi upłynęło, no i miałam przyszłościowe plany na ilość przeczytanych książek, a tu psikus. Czemu? Przeczytałam tylko JEDNĄ. Atlas chmur wymagał ode mnie wielkiego skupienia i ogromnej ilości czasu. Co z tego wyszło? Przekonacie się niedługo w recenzji, a teraz zapraszam Was na zdjęcia! :D 
Seria książkowo-zdjęciowa
#1 | #2 | #3 | #4 | #5

W dzisiejszym poście głównym tematem będzie chyba mój kot! Nie wiem, co mnie opętało i czemu dodaję aż tyle jego zdjęć. Chociaż nie. Wiem. To przez to, że w ciągu całych Świąt przeczytałam tylko jedną książkę, której się obfotografować z każdej strony nie da! W dodatku, jeśli się komuś nie podobała, to nie ma już ochoty na nią patrzeć (czytaj: JA).
A wracając do tematu mojego kota - patrzcie, jak słodziutko wyglądał na Wigilii.



Dawno już nie wysyłałam na raz takiej ilości pocztówek. Postcrossing to naprawdę fajny i wciągający projekt. No i można poznać ciekawych ludzi z całego świata! 
A wczoraj dostałam swoją pierwszą kartkę ze Szwecji! Jakie to szczęście, na ponad 450 tysięcy użytkowników z całego świata, Szwedów jest tylko 977 O.O Teraz tylko czekam, aż ja będę mogła tam wysłać jakąś pocztówkę.
(Dla niewtajemniczonych, Szwecja to mój ulubiony kraj, kocham szwedzkie kryminały, szwedzkie modelki i wszystko, co szwedzkie. Uczyłam się nawet tego języka, ale chwilowo nie mam czasu :<) 
 






Patrzcie, ile Riordana! A to nie wszystko, bo jak pokazywałyśmy z siostrą w Poście Świątecznym, dostałam całego Percy'ego pod choinkę, a Archiwum herosów mam jeszcze z gimnazjum. Jaram się, jak pizza w piecu *.* hehehehehe Nie mogę się doczekać nowego stosu, w którym większość to będzie nasz ukochany wujaszek Rick.


Podczas czytania Atlasu chmur. Nawet nie wiecie, jaka jestem teraz confjuzd. Za recenzje tej książki zabrać się jakoś nie mogę, ale postaram się ją dodać do końca tego roku.







Mój kot z miną pod tytułem: IDŹ MI STĄD I NIE PRZESZKADZAJ. ŚPIĘ, NIE WIDZISZ, GŁUPI CZŁOWIEKU?! 
Kochaniutki, bardzo często tak na mnie łypie swoim morderczym spojrzeniem. Uwielbia spać za włączonym laptopem, choć tam dla jego tłustego brzucha nie ma prawie miejsca! 










 Książka, o której na pewno nie zapomnę. Ale raczej nie z powodu, że tak bardzo mi się podobała. Rok ją odkładałam i jeszcze kolejny mogłaby poleżeć na tej półce. Nic bym nie straciła.
Mimo że okładka śliczna, a dobrych recenzji zebrała w bród, to ja jakoś nie pałam do niej większą sympatią... A liczyłam na jakąś naprawdę zaskakującą i niesamowitą powieść, która stałaby u mnie na półce i za każdym razem, jakbym obok niej przechodziła, mówiłabym: Och tak Atlas Chmur, każdy musi to przeczytać!






Na koniec macie chyba najbardziej rozbrajające zdjęcie na całym naszym blogu, a może i w całych Internetach! (tak, wiem, że to nie jest poprawnie)









czwartek, 26 grudnia 2013

Diabeł. Autobiografia - Tosca Lee

Tytuł: Diabeł. Autobiografia
Tytuł oryginału: Demon. A memoir
Autorka: Tosca Lee
Data wydania: październik 2010 r.
Wydawca: Wydawnictwo Initium
Liczba stron: 280

   "Jedna noc zmieni wszystko.

Pozbawione celu życie niedawno rozwiedzionego Claya toczy się pomiędzy ponurym, pustym mieszkaniem a monotonną pracą redaktora w niewielkim bostońskim wydawnictwie. Wszystko ulega zmianie w dniu, kiedy spotyka Luciana, a ten wypowiada z pozoru niewinne zdanie: "Opowiem ci swoją historię, a ty ją spiszesz i opublikujesz".

Tajemniczy nieznajomy wkrótce stanie się obsesją redaktora, a mroczna historia o miłości, ambicji i łasce - z czasem okaże się opowieścią o nim samym.

A wówczas tylko jedna rzecz będzie dla niego istotna: poznać jej zakończenie."

                                                                                                                    - od wydawcy

   Leżąc w szpitalu - nie będę pisać z jakiego powodu - przyszły do mnie koleżanki. Zwykle odwiedzający przynoszą mandarynki, lecz mi dziewczyny postanowiły przynieść książkę, czekoladę i kilka innych rzeczy, które bardzo mi się spodobały. Muszę przyznać, że nie lubię kiedy ktoś kupuje mi książki. Jeśli już się uprze to dostaje ode mnie listę książek, które chciałabym dostać. Nie chodzi o to, że nie lubię dostawać innych książek, ale raczej o to, że może nie utrafić w mój gust. Jednak po przeczytaniu opisu stwierdziłam, że moje koleżanki znają mnie bardzo dobrze. Prawdopodobnie sama nie trafiłabym na tą pozycje, ale byłam przekonana, że mi się ona spodoba. I nie stało się inaczej.

   Nie jestem fanką książek o tematyce chrześcijańskiej... Zaraz, wróć. Nie byłam fanką takich książek. Pierwsza książka, która nawiązywała po części do założeń religii chrześcijańskiej, którą przeczytałam to "Ostatni dobry człowiek". Bardzo mi się podobała. I teraz na półce mam kolejną książkę o tej tematyce, która podobała mi się równie mocno, a może nawet bardziej.

    Głównym bohaterem książki jest Clayton (przeszukałam całą książkę jeszcze raz, ale nie znalazłam nazwiska). Jest redaktorem w bostońskim wydawnictwie Brooks and Hanover. Akcja właściwie zaczyna się już od pierwszej strony więc czytelnik nie musi czekać na rozwój wydarzeń - na pierwszych kartach Clay wchodzi do bośniackiej jadłodajni i kelner oznajmia mu, że ktoś na niego czeka. Mimo że bohater jest zdziwiony udaje się do stolika przy którym siedzi nieznajomy. Wszystko to jest bardzo dziwne, ponieważ Clay nie rozpoznaje mężczyzny, jednak ten o nim wie zbyt dużo jak na nieznajomego. Przedstawia się jako Lucian i oznajmia mu, że jest diabłem i przyszedł opowiedzieć mu swoją historię, którą redaktor spisze i opublikuje. Clay zamienił więc obsesję z byłej żony na spotkania z Lucianem. Mimo że na początku bardzo mocno stara się uciekać od nagle pojawiających się w kalendarzu spotkań to nie wychodzi mu to. Lucian za każdym razem jest w innym ciele, raz mężczyzna, raz kobieta, innym razem młodzieniec, a następnym staruszka. po pewnym czasie okazuje się, że bohater nie żyje niczym innym niż spisywaniem spotkań z diabłem. Jednak cały czas chodzi za nim to, co powiedział mu upadły anioł. Że w gruncie rzeczy jest to opowieść o nim samym. Zakończenie jest zaskakujące i smutne. Może nie wyciska łez, ale ja byłam zasmucona.

   Wydanie jest bardzo fajne. Okładka nawiązuje do wyobrażenia piekła, czyli wszędzie płomienie. Papier jest kremowy, a litery mają odpowiednią wielkość, aby oczy się nie męczyły. Podoba mi się również to, że są zamieszczone wyjaśnienia dotyczące całej koncepcji wykreowanej przez autorkę oraz ciekawostki. Ponad to na samym końcu jest zamieszczony prolog oraz pierwszy rozdział innej książki autorki pod tytułem "Havah: Historia Ewy". Jednak nie dałam rady skończyć tego dodatku i już wiem, że nie chcę czytać tej książki.

   Anyway, książka jest dla tych, którzy kiedyś zastanawiali się jak to z tym diabłem jest. Nieważne, że historia jest koncepcją autorki. Myślę, że gdyby okazało się to prawdą, nie byłabym zdziwiona. ;D Jeśli nie to książka i tak mimo wszystko jest ciekawa i spodobałaby się każdemu, któremu niestraszne jest czytanie o opisach stworzenia świata i innych chrześcijańskich bzdur - przyznaję bez bicia, że nie jestem wierzącą osobą.

★★★★★★★★★☆

P.S.
   Trochę zajęło mi zabranie się do tej recenzji, ale udało się. Po niecałym roku skończyłam w końcu "Starcie królów" i postaram się jak najszybciej wrzucić na bloga recenzję. Aktualnie czytam "Wołanie kukułki". Wiem, że spotkała się z ciepłym przyjęciem przez czytelników. Ciekawe czy ja również podzielę ich opinię? 

wtorek, 24 grudnia 2013

Świąteczny post!

Wszyscy zawsze z niecierpliwością czekają na Święta Bożego Narodzenia. Ale co nam po nich teraz, kiedy nie ma nawet odrobinki śniegu i nie zapowiada się na to, aby ta sytuacja się zmieniła? Na szczęście, jedzenie, rodzinna atmosfera no i oczywiście prezenty jakoś nam ten brak białego puchu na chodniku mogą wynagrodzić. 
Razem z siostrą chciałybyśmy złożyć Wam i Waszym rodzinom i przyjaciołom życzenia. 


Niech Nowy Rok będzie dla Was jeszcze lepszy! 
Bogatszy w uśmiech i radosne chwile,
Bogatszy w książki i więcej czasu na czytanie. 
Niech los Wam sprzyja, 
Niech bohaterowie przeróżnych powieści trzymają Was przy życiu, 
Niech więcej uczuć wpływa do Waszego życia! (tylko tych dobrych)
Uczniom życzymy (i samym sobie również), aby dostawać same dobre oceny,
Żeby wszystko łatwo Wam przyszło, 
Dobrych ocen na semestr i jeszcze lepszych świadectw na koniec roku. 
I żeby kolejne Święta były wspaniałe, 
spędzone z rodziną, zieloną choinką i kolędami.
Wszystkiego najlepszego dla Was!


W związku z tym, że my już po prezentach, chciałyśmy Wam pokazać, co w tym roku zasiliło nasze biblioteczki po Wigilii :) 


Podzielcie się z nami, co Wy znaleźliście pod choinką w tym roku! 
Niech Was się ciepło trzyma w te chłodne dni (może nie tak bardzo, bo zima nie przyszła) i miejcie dużo czasu na książki!

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Świat po wybuchu: Nowy przywódca - Julianna Baggott



Tytuł oryginału: Fuse
Tytuł polski: Nowy Przywódca
Autorka: Julianna Baggott
Data premiery: 8 maja 2013
Wydawca: Wydawnictwo Egmont (Literacki Egmont)
Liczba stron: 560

„Świat po Wybuchu. Bezpieczni są tylko Czyści, żyjący spokojnie pod Kopułą. Na zewnątrz pozostali zmutowani.

Partridge, syn Willuksa, dowódcy Czystych, ucieka spod kopuły, by na zewnątrz odnaleźć matkę. Dołącza do grupy Wyrzutków, na których czele stoi El Capitan. Żeby odzyskać syna, Willuks nie cofnie się przed niczym.

Żeby ocalić pozostałych, Partridge będzie musiał wrócić pod Kopułę i zmierzyć się z najstraszniejszym wyzwaniem. Pressia zaś, uzbrojona tylko w tajemniczą skrzynkę ze wskazówkami, wyruszy w drogę tam, gdzie nie prowadzą żadne mapy.

Jeśli tej dwójce się powiedzie – uratują świat, jeśli nie – ludzkość zapłaci przerażającą cenę…”
- lubimyczytac.pl

Seria „Świat po wybuchu”

Nowa Ziemia | Nowy Przywódca | Burn (coming soon)

Ci z Was, którzy śledzą mojego bloga od dawna wiedzą, jak bardzo spodobała mi się pierwsza część tej trylogii, czyli „Nowa Ziemia”. Na kolejny tom czekałam z niecierpliwością, aż wreszcie, kiedy się go doczekałam to od razu poleciałam do księgarni. Kupiłam, ale książka stała tak na półce i czekała, aż wreszcie trafi do stosiku. A gdy już trafiła to musiała czekać na przeczytanie. Szczerze Wam powiem, że zwlekałam z zaczęciem „Nowego przywódcy”. Nie wiem dlaczego, nie miałam specjalnego powodu. Może się bałam, że kolejna wspaniała seria niedługo dobiegnie końca? Teraz targają mną sprzeczne uczucia, których nie umiem opisać. Postaram się, ale nie wiem co mi z tego wyjdzie.

 Po wydarzeniach z „Nowej Ziemi” nic już nie będzie takie samo, to wiemy z całą pewnością. Pressia, Bradwell, Partridge, El Capitan z Helmudem, oni wszyscy toczą walkę na śmierć i życie, walczą o każdy kolejny dzień. Ich jedynym celem jest przetrwanie w tym strasznym świecie, do którego powstania przyczynił się ojciec Partridge, Ellery Willux. Z każdym dniem jest coraz gorzej. Oddział Specjalny, który został wypuszczony z Kopuły, zaczyna porywać małe dzieci, ale nie tylko. Jednak pierwszą z nich była Wilda, mała dziewczynka, która stała się Czystą. Wypuszczona potem na zewnątrz ma głosić kolejne Przesłanie: ludzie z Kopuły chcą Partridge’a z powrotem. Czy go dostaną? Sami się przekonajcie, naprawdę ciężko jest opowiedzieć konkretniej o tej książce – trzeba to przeżyć we własnej wyobraźni.

Pressia
Początek czytania „Nowego przywódcy” był kiepski. Nie dlatego, że książka jest źle napisana czy nudna, a dlatego że musiałam się uczyć i ciągle od jej lektury mnie coś odrywało. Niezmiernie irytująca sytuacja, ale cóż poradzić, kiedy muszę się uczyć i ciągle robić jakieś głupie rzeczy do szkoły? No właśnie. Dobrnięcie do końca zajęło mi około dwóch tygodni, co jak na mnie, jest naprawdę długim okresem czytania JEDNEJ powieści. Jednak jestem niezmiernie rada, że wreszcie udało mi się ją skończyć. Teraz mogę zabrać się za inne książki, a tę Wam zrecenzować.

Przez cały czas ogarniało mnie przeraźliwe uczucie, które ciągle krzyczało w moim umyśle, ale nigdy jakoś się nie sprecyzowało. Do tej pory nie wiem o co chodziło. Może o to, że zaraz skończę drugi tom „Świata po wybuchu” i będę musiała czekać na następną część, już ostatnią, Bóg jeden wie ile? A może po prostu miałam tyle uczuć związanych z wydarzeniami i bohaterami, że nie sposób było je ogarnąć? To bardzo prawdopodobne. Prawie cały czas towarzyszyły mi ciarki i gęsia skórka, razem z Pressią, Bradwellem i El Capitanem przeżywałam to wszystko, ich wzloty i upadki, odnajdywanie miłości i jej końcowe zrozumienie, to jak ważni są bliscy, nawet jeśli nie są naszą rodziną. Nawet teraz, kiedy piszę dla Was ten post, czuję wszechogarniającą moc tego dziwnego „czegoś”. Dalej żyję wydarzeniami z tej powieści i na pewno na długo zapadną mi w pamięci. Dlatego, jeśli zamierzacie się zabrać do tej lektury, musicie się z tym liczyć – to Wam nigdy nie da o sobie zapomnieć i będziecie musieli z tym żyć.

Bradwell
Bardzo podoba mi się język Julianny Baggott i uważam, że idealnie dobrała go do sytuacji tam przedstawionych. Jest on lekki, ale nie zdaje się być ZBYT lekki. O takich wydarzeniach nie można pisać swobodnie, ale powiedzcie mi, jakiego słownictwa w takim razie trzeba by użyć? A ja Wam już odpowiadam: takiego, jak pani Baggott w swoich książkach. Coś jest w jej piórze, co przyciąga i hipnotyzuje. Czasem zdawało mi się, że skądś już to znam, może dlatego tak bardzo pokochałam Juliannę i jej książki? Może w innym wcieleniu była moją przyjaciółką (hahahaha), skąd wiemy, że tak nie było? Wszystko jest możliwe.

W Nowym przywódcy pojawia się trochę nowych bohaterów. Chociażby Mimi i Iralena, o których nie będę dużo mówiła, bo inaczej musiałabym zdradzić nieco więcej szczegółów, a Wy sami musicie je poznać. Powiem tyle… Iralena niezmiernie mnie drażni, zresztą tak samo jak Lyda, której autorka poświęciła sporo uwagi. Nie wiem czemu, one dwie są tak denerwujące, że to głowa mała! Domyślam się, że postać tej pierwszej miała taka być, ale postać Lydii? No nie wiem, ona do mnie nie przemawia, ale nie wszystko musi być idealne. Ciekawi mnie natomiast jak rozwiązany zostanie problem tej dziewczyny. To jeden z powodów, dla których chciałabym szybko zabrać się za lekturę ostatniego tomu z tej trylogii. No ale chyba będę zmuszona troszkę poczekać.

Teraz, gdy się tak zastanawiam, to moim ulubionym bohaterem z tej serii jest Bradwell. Podoba mi się to, że wie bardzo dużo na przeróżne tematy, mimo niechęci i niepewności pomaga Pressi w jej dziwnych i niebezpiecznych planach. Chce przy niej być i ją chronić. Za to El Capitan to postać, której nie lubię najbardziej. Nawet Ellery’ego Willuksa nie darzę taką antypatią jak El Capitana. Za to jego brata, Helmuda, bardzo lubię. Nie wiem czym jest to spowodowane. Może to, jaki był wcześniej i ile krzywdy zrobił ludziom? Jedynie pod koniec tego tomu udało mi się zniszczyć grubą skorupę nielubienia tego bohatera. Może z czasem i jego polubię?

Kończąc już recenzję Nowego Przywódcy mogę powiedzieć tyle, że jest to emocjonująca i porywająca książka, przy której nie ma możliwości się nudzić. Czyta się ją szybko i nie można się od niej oderwać. Telepało mną cały czas z tych emocji i uważam, że taka powinna być dobra powieść – poruszająca do głębi i wzbudzająca tysiące uczuć. Nie wiem, czy jest lepsza od swojej poprzedniczki, wydaje mi się, że obie są na tym samym poziomie. Ale liczę na to, że trzeci tom będzie o niebo lepszy i jeszcze bardziej wzruszający.

★★★★★★★★★☆

Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam fantastykę"

ODAUTORSKO

Wreszcie powróciłam do świata żywych i mam pełno energii na czytanie, pisanie i blogowanie! Mam nadzieję, że wybaczyliście mi już moją długą nieobecność. Teraz wolne, nic nam nie zadali na Święta, więc czasu mam dużo. Planuję kilka ciekawych rzeczy, liczę na to, że przypadną Wam do gustu i będziecie ich wyczekiwać z niecierpliwością.
A Wy co teraz czytacie? Bo ja kończę „Pana Tadeusza”, ale nie wiem za co się zabiorę jak już go skończę. Trzymajcie się ciepło!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka