Wszystkie recenzje, inne teksty, zdjęcia stosików i zdjęcia książek zamieszczone na blogu Siostry W Bibliotece są naszą własnością i nie zgadzamy się na ich kopiowanie bez naszej wiedzy i zgody.
(Na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

sobota, 30 marca 2013

Amerykański derwisz - Ayad Akhtar

Tytuł oryginału: Amercian Dervish
Tytuł polski: Amerykański derwisz
Autor: Ayad Akhtar
Data premiery: 16 maja 2012 r.
Wydawca: Wydawnictwo Sonia Draga
Liczba stron: 368

   "Poruszająca powieść o amerykańskiej rodzinie muzułmanów zmagających się z kwestiami wiary i przynależności w świecie sprzed jedenastego września.

Hyat Shah był zafascynowany Miną na długo przed tym, zanim ją poznał. O pięknej i błyskotliwej przyjaciółce jego matki od zawsze opowiadano w domu Shahów legendy. Kiedy chłopak dowiaduje się, że mina przyjeżdża z Pakistanu, by zamieszkać pod ich dachem, nie posiada się ze szczęścia.
Jego ojciec pała znacznie mniejszym entuzjazmem. Zerwał ze światem, w którym króluje fundamentalizm, nie bez powodu. I jego obawy okazują się niestety słuszne. Kiedy Mina zapoznaje chłopca z pięknem i siła Koranu, Hyat ulega całkowitej transformacji, a siła uczucia pcha go do podjęcia działań, których tragiczne konsekwencje dotkną jego najbliższych."

                                                                                                                     - od wydawcy

   Książkę przeczytałam już dość dawno. Kilka miesięcy temu. Nie miałam zamiaru recenzować tej książki, ponieważ była to, można powiedzieć, lektura na uczelnię. Jednak biorąc pod uwagę to, że w tym miesiącu mamy słabą frekwencję w dodawaniu postów, zmieniłam zdanie. Wiem, że nie wszystkich może interesować taka tematyka, lecz jeśli kogoś z Was zachęcę do sięgnięcia po nią to się bardzo ucieszę. Muszę powiedzieć, że warto.

   Jako że czytałam ją dość dawno, to mogę niektórych fragmentów nie pamiętać. Z góry przepraszam. Głównym bohaterem jest Hyat Shah, urodzony w Ameryce pakistański muzułmanin. Książka zaczyna się, gdy chłopak jest w college'u i rozmawia ze swoją przyjaciółką (wiara: judaizm). I opowiada jej swoje dzieciństwo. Wszystko zaczyna się w momencie, w którym rodzina Hyata dowiaduje się, że przyjaciółka matki, Mina, przyjeżdża do Stanów wraz ze swoim synem. Rodzina Shahów nie jest zbyt religijna, ojciec Hyata uważa społeczność muzułmańską we własnym mieście za.... niezbyt mądrych, lekko mówiąc. Dlatego nie jest zbyt zadowolony, kiedy ciotka Mina zaczyna uczyć Hyata własnej religii i kupuje mu Koran. Potem wydarzenia przybierają inny obrót. Mina wyprowadza się, ponieważ ponownie wyszła za mąż (mimo że pokochała przyjaciela ojca Hyata, wyznawcę judaizmu).
Chłopak mimo wszystko sam uczy się świętej księgi islamu na pamięć i staje się takim muzułmaninem, jakim nie chciał być jego ojciec. Staje się wręcz antysemitą. Jednak wszystkie wypadki, dobre i złe, doprowadzają do szczęśliwego zakończenia.

   Narracja jest pierwszoosobowa, dlatego nie ma się wrażenia, że nie wiadomo o czym mowa. Jako że Hyat jest niespełna dwudziestoletnim chłopakiem to i jego wyrażanie się jest stosowne do wieku. Łatwo i szybko się czyta. Obawiałam się, że tematyka też mi nie przypadnie do gustu, jednak jest to książka o poszukiwaniu samego siebie, a nie boga jak na początku się spodziewałam.

   Jest to raczej książka dla osób lubiących taką tematykę, niemniej jednak jest dobrze napisana i zasługuje na piątkę (5/6).

★★★★★★★☆☆☆

   Prawdopodobnie jest to ostatni post przed świętami, dlatego chciałabym Wam życzyć radosnych i spokojnych chwil, abyście nie przeziębli się po lanym poniedziałku i aby obżarstwo nie wzięło góry. Wesołych Świąt! :)

czwartek, 28 marca 2013

Księżyc w nowiu - Stephanie Meyer



Tytuł oryginału: New Moon
Tytuł polski: Księżyc w nowiu
Autorka: Stephenie Meyer
Data premiery: 19 październik 2007
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 480

„Na Księżyc w nowiu, dalszy ciąg bestsellerowego Zmierzchu, czekały z niecierpliwością tysiące czytelników z kilkunastu krajów świata. Od wielu miesięcy obie powieści znajdują się w czołówce listy bestsellerów „New York Timesa”, a nakład trzeciej z cyklu osiągnął w USA milion egzemplarzy. Podobnie jak pierwsza powieść o nastoletnie Isabelli Swan, Księżyc w nowiu jest połączeniem romansu z trzymającym w napięciu horrorem, w którym rozterki zakochanej dziewczyny przeplatają się z opisami mrożącymi krew w żyłach niesamowitych wydarzeń.

Edward Cullen to wciąż dla Belli najważniejsza osoba pod słońcem. Są parą i jest im razem cudownie. Gdyby tylko chłopak nie był wampirem! Niestety, ten fakt wszystko komplikuje, także z pozoru niewinną zażyłość z przyjacielem z dzieciństwa Jacobem. Wiosną Edward musiał bronić Belli przed swoim krwiożerczym pobratymcem, jesienią zakochani uświadamiają sobie, że był to dopiero początek ich kłopotów…”

- od wydawcy

Saga „Zmierzch”
Tom 1 | Tom 2 | Tom 3 | Tom 4

                Długo zabierałam się za przeczytanie tej książki, mimo że czytałam ją już raz i wcale taka zła nie była, to nie byłam przekonana czy chcę brnąć przez nią raz jeszcze. Jednak stwierdziłam, że skoro zobowiązałam się do zrecenzowania całej serii, dodając recenzję „Zmierzchu” i że ten pierwszy tom przeczytałam dzielnie po raz kolejny, to i „Księżyc w nowiu” uda mi się znów przeczytać. Nie czytałam długo tej książki, zajęło mi to może dwa dni? Pi razy drzwi. I bardzo się cieszę z powodu, że zdecydowałam się na kolejną przygodę z tą powieścią, gdyż zapomniałam już, jak bardzo ona mi się podobała (mimo że ten tom najgorzej wypadł na tle pozostałych trzech, według mnie). 

                Edward i Bella są razem i są bardzo szczęśliwi. Niestety, gdy nastaje dzień urodzin Belli wszystko się zmienia, oczywiście dziewczyna nie widzi w tym żadnego kłopotu, jednak jej ukochany nie może znów narazić jej na niebezpieczeństwo. W domu Cullenów, gdzie zostało urządzone przyjęcie, cała rodzina wampirów zebrała się przy uczcić urodziny dziewczyny. Gdy ta otwiera któryś z prezentów, twardy papier rozcina jej skórę i wtedy rozpętuje się piekło. Jasper, który jest z nich wszystkich najmłodszy i najtrudniej pohamować mu rządzę krwi rzuca się w stronę dziewczyny swojego „brata”. Na szczęście, albo i nie, poza zniszczeniami materialnymi obeszło się bez większych kontuzji. No, może Bella miała rozciętą rękę, ale u niej to normalne, taka z niej już po prostu osóbka. 

                Styl autorki po „Zmierzchu” raczej się nie zmienił. Zawsze liczę, że autorzy serii poprawiają swój sposób pisania i jest on lepszy i przyjemniej się go jeszcze czyta, jednak w tym wypadku bardzo się cieszę, że jest tak jak było, gdyż jest to pisane z perspektywy Belli a nie obserwatora. Gdyby nagle autorka zaczęła stosować jakieś wyniosłe słownictwo, to zaczęłabym się zastanawiać co się tak naprawdę stało. Ale pozostało tak jak było, więc to ogromny plus, przynajmniej w tym wypadku. 

                Większość na pewno zna historię tej pary, więc w sumie rozpisywać się nie trzeba. Mi książka się podobała, niestety nie tak bardzo jak pozostałe trzy tomy, jednak zła nie była. W tej części jeszcze bardziej drażniło mnie postępowanie Belli, ale przecież to głupia, zakochana nastolatka, która zrobi wszystko, żeby odzyskać ukochanego. Niemniej jednak lubię wracać do tej powieści i pewnie jeszcze nie raz ją przeczytam. 
 
                Mogę wystawić „Księżycowi w nowiu” czwórkę z ogromnym plusem. Za to, że autorka nie odsunęła swojego stylu i za kolejną historię, która bardzo lubię. Okładka niezbyt mi się podoba, a przynajmniej ta, bo znalazłam ostatnio w księgarni wersję białą z czerwonymi stronami. A ta biała jest po prostu cudowna! Gdybym nie miała już całej serii (a właściwie całej + drugi tom „Przed świtem” z filmową okładką), to na pewno bym sobie zakupiła tamte cudeńka. Nie mogę się już doczekać, aż znów rozpocznę „Zaćmienie”, miejmy nadzieję, że nastąpi to jak najszybciej!

★★★★★★☆☆☆☆

poniedziałek, 25 marca 2013

Jedz, módl się, kochaj - Elizabeth Gilbert

Tytuł oryginału: Eat, Pray, Love: One woman's search for everything across Italy, India and Indonesia
Tytuł polski: Jedz, Módl się, Kochaj
Autorka: Elizabeth Gilbert
Data premiery: 31 sierpnia 2010 r.
Wydawca: Rebis Dom Wydawniczy
Liczba stron: 448

   "Bestseller "New York Timesa" i "Publishers Weekly" 1. miejsce w kategorii non-fiction. Prawa sprzedane do 40. krajów. Ponad 7 milionów sprzedanych egzemplarzy. Ponad 185 tys. wydanych egzemplarzy w Polsce. Przeczytały ją i polubiły Oprah Winfrey, Hilary Clinton oraz Meg Ryan. Do wiernych czytelników Elizabeth Gilbert zalicza się Jonathan Carroll.

Elizabeth Gilbert przed trzydziestką miała wszystko, o czym powinna marzyć nowoczesna kobieta: męża, dom za miastem, dobrą pracę. Mimo to nie była ani szczęśliwa, ani spełniona. Przeżyła rozwód, ciężką depresję i nieszczęśliwą miłość. A potem zaczęła szukać siebie na nowo.

Jedz, módl się, kochaj mówi o tym, co może się zdarzyć, kiedy bierzemy odpowiedzialność za zadowolenie z własnego życia. To książka dla każdego, kto kiedykolwiek obudził się rano z nieopartym pragnieniem zmian."

                                                                                                                           - od wydawcy

   Książkę dostała nasza mama, chyba na urodziny.

   Byłam w kinie na filmie i tak mnie urzekł, że postanowiłam kiedyś przeczytać książkę. Nigdy nie przepadałam za Julią Roberts, ale muszę przyznać, że w tym filmie była rewelacyjna. Jednak między filmem a książką są dość duże różnice. Można powiedzieć, że scenarzysta stworzył nową historię zachowując najważniejsze informacje z książki. Za książkę zabrałam się dość późno. Szczerze powiedziawszy zapomniałam o jej istnieniu i w trakcie pobytu w domu rodzinnym przez przypadek na nią natrafiłam. Jako, że nie nie czułam się dość dobrze, stwierdziłam, że być może jest to dobry moment, żeby przeczytać tę książkę. I nie pomyliłam się! Po skończeniu poczułam się lżejsza na duchu.

   Główną bohaterką jest sama autorka, która po trudnym rozwodzie i zawodzie miłosnym postanawia odszukać równowagi w życiu. Postanawia na rok porzucić dotychczasowe życie i wyruszyć do Italii, Indii i Indonezji.

We Włoszech przyjemność może przybierać tak różne formy, że nie starczyłoby czasu na wypróbowanie wszystkiego.

   Włochy. Większości z nas kojarzą się z dobrym jedzeniem, idealnym klimatem na wypoczynek oraz najlepszymi gelato na świecie. Nasza bohaterka postanowiła pojechać do Włoch, ponieważ uważa język włoski za najpiękniejszy na świecie. Kiedy w końcu tam dociera to przez cztery miesiące oddaje się przyjemności jedzenia, uczenia włoskiego i spotykania ze znajomymi. Muszę przyznać, że to, co zostało opisane w książce jest prawdą. W żuciu nie jadłam lepszych lodów i makaronu, nie piłam lepszej kawy niż w Rzymie. Najpiękniejsze było jednak to, że na przełomie października z listopadem można było zobaczyć drzewa cytrynowe uginające się od owoców. Już planuję kolejny wyjazd do Włoch, aby samemu nic nie robić - co z tego, że po powrocie będę musiała zmienić ubrania na większe.

Są też ci, którzy mają oczy tylko trochę zaklejone kurzem i którzy przy pomocy odpowiedniego mistrza mogliby kiedyś się nauczyć widzieć wyraźniej.

   Indie. Jako studentka indologii cały czas zgłębiam temat życia codziennego, kultury, polityki, gospodarki czy problemów społecznych. Pomijając fakt nieznośnego upału, niewyobrażalnych korków na drogach oraz problemów gastrycznych, Indie naprawdę są miejscem idealnym, aby poszukiwać boga (nieważne, której religii). Mieszkańcy Indii to w większość hindusi. Hinduizm ma wiele ceremonii, rytuałów, obrządków, które są obecne w codziennym życiu. W całym kraju jest wiele ośrodków, w których można spędzić trochę czasu uprawiając jogę oraz medytując. I właśnie w tym celu nasza bohaterka wybrała się do Indii. Przez cztery miesiące próbuje zajrzeć wgłąb siebie i pogodzić się ze swoimi uczuciami, dobrymi i złymi. W tej wędrówce pomaga jej Richard z Teksasu, z którym Liz rozmawiała na tematy natury egzystencjalnej. Pod koniec pobytu potrafi całkowicie zajrzeć w siebie i odnaleźć boga, kiedy tylko chce i potrzebuje.

Mieszka tu kot, darzący mnie ogromnym uczuciem codziennie przez pół godziny, zanim go nakarmię, bo przez resztę dnia jęczy tylko szaleńczo, jakby męczyły go koszmary z wojny wietnamskiej.

   Indonezja. Historia z tym krajem zaczyna się kilka lat wcześniej, kiedy Liz przyjechała na Bali i odwiedziła lokalnego szamana. Wywróżył jej, że któregoś dnia wróci na Bali i nauczy ją wszystkiego co wie. No i bohaterka wróciła do Indonezji, aby osiągnąć równowagę pomiędzy przyjemnością a pobożnością. W trakcie pobytu poznała Wayan, której kupiła dom, Felipe, z którym nawiązała romans, Yudhim, który tęskni za żoną w Stanach Zjednoczonych. To tak w skrócie.
Muszę jeszcze na marginesie dodać, że jeżeli ktoś z Was sięgnie po tę książkę - proszę nie sugerować się wymową słów indonezyjskich. Uczę się tego języka i żaden Indonezyjczyk, z którym rozmawiałam nie tak wymawia te imiona/nazwy.

   Jako osoba z natury leniwa i po każdym treningu zmęczona, relaksuję się w wannie z dużą ilością piany. Czasami biorę ze sobą książkę i muszę przyznać, że ta książka nadaje się do tego idealnie. Książkę czyta się łatwo, styl też niczego sobie. Uważam, że książka zasługuje na piątkę (5+/6). Muszę przyznać, że po jej skończeniu poczułam się lżejsza, bardziej spokojna. Jednakże nie wiem, czy sięgnę po kolejne książki tej autorki. Przyszłość pokaże.

★★★★★★★★☆☆

niedziela, 24 marca 2013

Zbuntowana - Veronica Roth



Tytuł oryginału: Insurgent
Tytuł polski: Zbuntowana
Autorka: Veronica Roth
Data premiery: październik 2012
Wydawca: Wydawnictwo Amber
Liczba stron: 368

Jeden wybór może cię zmienić.
Jeden wybór może cię zniszczyć…

Altruizm (bezinteresowność), Nieustraszoność (odwaga), Erudycja (inteligencja), Prawość (uczciwość), Serdeczność (życzliwość) - to pięć frakcji, na które podzielone jest społeczeństwo zbudowane na ruinach Chicago. Każdy szesnastolatek przechodzi test predyspozycji, a potem w krwawej ceremonii musi wybrać frakcję. Ten, kto nie pasuje do żadnej, zostaje uznany za bezfrakcyjnego i wykluczony. Ten, kto łączy cechy charakteru kilku frakcji, jest NIEZGODNY i musi być wyeliminowany…

Dzień, w którym Tris dokonała swojego wyboru, porzucając Altruizm dla Nieustraszoności, zburzył jej świat, pozbawił rodziny, zmusił do ucieczki, ale i połączył z Tobiasem – Nieustraszonym o stalowych oczach jego uczucie pomaga jej przetrwać wśród nieustannej walki, śmierci i krwi. Tylko on rozumie dręczący ją żal i wyrzuty sumienia. I tylko on zna jej tajemnicę…

Konflikt pomiędzy frakcjami zmienia się w wojnę, łowcy zawzięcie tropią NIEZGODNYCH. Wśród Nieustraszonych szerzy się zdrada. A Tris staje przed nowym wyborem – jeszcze bardziej nieuniknionym i jeszcze bardziej dramatycznym. Czy zaryzykuje wszystko, żeby ocalić tych, których kocha?
- od wydawcy

                   Bałam się zaczynać tę książkę, gdyż nie wiedziałam co przyniesie mi jej przeczytanie. Mimo, że pierwszej części wystawiłam czwórkę, nie jestem do końca przekona co do tej oceny. Dobrze zrobiłam, czy też nie? Wiedziałam, że druga część da mi odpowiedź na to pytanie i bałam się, że rozczaruję się, jak nigdy. Na szczęście, moje zamartwianie się było bezcelowe. Mimo ogromnego podobieństwa do „Igrzysk śmierci”, seria o pięcio-frakcyjnym społeczeństwie podbiła moje serce. Czytając drugi tom, czyli „Zbuntowaną”, nieraz miałam dreszcze i łapałam się na tym, że bicie mojego serca przestawało bić na chwilkę. Raz czy dwa nawet płakałam. Mogę teraz śmiało powiedzieć, że bardzo się cieszę, że dałam szansę młodej autorce, Veronice Roth, i przepraszam, że wątpiłam w jej talent i pomysłowość.

                   Wydarzenia rozpoczynają się dokładnie tam, gdzie zakończyły się w części pierwszej. Tris wraz z Tobiasem i resztą Nieustraszonych uciekają ze swojej frakcji w poszukiwaniu schronienia gdzieś indziej. Wiedzą, że tam nie mogą zostać. Wiedzą, że muszą obalić rządy Erudycji, na której czele stoi Jeanine Matthews. Muszą zrobić wszystko, żeby ocalić „państewko”, w którym żyją. Muszą coś zrobić, bo jeśli nie oni, to nikt, a wtedy Jeanine stanie na czele wszystkiego, zabije wszystkich, którzy tylko jej przeszkodzą. Tobias i Tris wiedzą, że nie mogą do tego dopuścić, jako Nieustraszeni mogą temu zapobiec. Tylko pytanie: jak? Dwójka głównych bohaterów zmaga się z ogromnymi problemami, stojącymi na drodze w ich życiu. Dziewczyna przenosząc się z Altruizmu, wiedziała że nie będzie łatwo, nie miała jednak pojęcia, co może jeszcze ją spotkać, a przecież ledwie skończyła szesnaście lat, przeszła testy, dzięki którym otrzymała miano prawowitego Nieustraszonego, a tu już świat spadł jej na głowę. Czy da sobie radę? Nie ma wyjścia, jednak wszystko będzie zmierzało do końca, aż nasza bohaterka straci we wszystko wiarę, gotując się do śmierci.

                   Akcja w tym tomie nie pędzi z zawrotną prędkością, choć idzie stosunkowo szybko. Pełna jest niespodzianek, odpowiedzi na pytania, które piętrzyły się przez cały poprzedni tom. Nie pozawala na chwilę wytchnienia, zapiera dech w piersiach i jej bieg zmienia się w najmniej spodziewanym przez czytelnika momencie. Czytałam tę powieść z oczami jak spodki i ludzie w komunikacji miejskiej patrzyli się na mnie jak na ufoludka, ale warto było. Nawet w ogromnym tłoku, gdzie nie miałam miejsca na wygodne trzymanie otwartej książki i przewracanie stron co kilka chwil. Ja musiałam, po prostu musiałam, dowiedzieć się co będzie dalej. Jakieś moje rozczarowanie było, kiedy skończyły mi się literki, układające się w zdania na ostatnich stronach tej książki.

                   To co zawiera się w „Zbuntowanej” zasługuje na ogromną pochwałę. Autorka w drugiej części pokazała tak naprawdę prawdziwość wszystkich bohaterów i ogromne niebezpieczeństwo, jakie na nich czyha. Do tej pory byłam święcie przekonana, że to wszystko okaże się być wymysłem Tris, która jest głupiutką dziewczynką nie dającą sobie rady. Owszem, były i tutaj momenty, kiedy mnie irytowała swoim zachowaniem, ale to tylko kilka razy. Da się przeżyć. Poza tym wszystko jest niemalże idealnie złożone. Każde wydarzenie, każda decyzja. Nie ma monotonii, która czasem sprawia że cała książka jest już do chrzanu mimo genialnego pomysłu. Ten tom podobał mi się bardzo, prawie tak samo bardzo jak cała seria „Igrzysk śmierci”. Uważam, że Veronica Roth odwaliła kawał dobrej roboty pisząc tę część.

                   Teraz jedyne co mi pozostało to z niecierpliwością czekać na premierę trzeciej i ostatniej już części o Tris i Tobiasie, której angielski tytuł brzmi: Convergent, a na portalu lubimyczytac.pl wpisana data wydania to październik 2013 roku, czyli w sumie już niedługo! „Zbuntowana” zasługuję na piątkę z plusem, gdybym wyżej oceniła „Niezgodną”, to ten tom pewnie dostałby samą piątkę, jednak wtedy nie miałam jeszcze jasnego spojrzenia na całą serię i chcę jakoś wynagrodzić tamto niedomówienie. Serdecznie polecam i „Niezgodną” i „Zbuntowaną” fanom „Igrzysk”, ale i nie tylko, bo naprawdę warto, wiele można się nauczyć, poznać po części prawdę o ludziach i o ich naturze, o której sami nie mają bladego pojęcia. 

★★★★★★★★☆☆

ODAUTORSKO
              No i jest kolejna recenzja! Tak się cieszę, że chęć pisania znów wróciła, bo im szybciej skończę jeszcze dwie zaległe recenzje, tj. „Księżyca w nowiu” i „Kręgu”, tym szybciej będę znów mogła czytać bez wyrzutów sumienia inne książki! Ta recenzja jest już znacznie lepsza od swoich poprzedniczek, przynajmniej tak mi się wydaję, mam nadzieję, że też tak uważacie i cieszycie się, że znów (chyba) będę w miarę regularnie dodawała posty.

sobota, 23 marca 2013

Pies Baskerville'ów - Arthur Conan Doyle




Tytuł oryginału: The Hound of the Baskervilles
Tytuł polski: Pies Baskerville’ów
Autor: Arthur Conan Doyle
Data premiery: 2004
Wydawca: Oficyna Wydawnicza Rytm, Wydawnictwo Waza
Liczba stron: 202

„Jedna z najsłynniejszych powieści kryminalnych z Sherlockiem Holmesem w roli głównej. Akcja książki rozgrywa się na ponurych bagnach hrabstwa Devon. W tajemniczych okolicznościach giną kolejni spadkobiercy majątku Baskerville ów. Miejscowa ludność przypisuje te zagadkowe zgony pradawnej klątwie prześladującej rodzinę Baskerville ów od ponad dwustu lat. Sherlock Holmes błyskotliwie rozwiązuje tajemnice związane z tymi tragediami.”
- od wydawcy

                      „Pies Baskerville’ów” to moje pierwsze spotkanie z Sherlockiem Holmesem i doktorem Watsonem, jednak na pewno nie ostanie. Początkowo miałam problem z zabraniem się za tą powieść, mimo że jest stosunkowo króciutka. Najpierw przeczytałam kilka pierwszych stron, a później dałam sobie spokój. Nie wiem czemu tak właściwie. Stwierdziłam, że na pewno przez tę historię nie przebrnę i bardzo tego żałowałam. W końcu jednak postanowiłam, że dopóki nie skończę „Psa Baskerville’ów” nie przeczytam żadnej innej książki, a tym samym nie będę nic umieszczała na blogu. Dopiero wtedy się przemogłam i od początku zaczęłam go czytać. Początkowo szło mi to opornie, gdzieś tak do ¼ całości nie ma czym się zachwycać, znaczy, stylem owszem, ale akcji mało i strasznie mi się wszystko nużyło. Dopiero kiedy akcja się rozkręciła z zapartym tchem zaczęłam czytać powieść Doyle’a. skończyłam ją w jeden wieczór, a właściwie noc, bo do bardzo późna siedziałam przy zapalonej lampce i czekałam aż dobrnę do ostatniej strony. Kiedy ją kończyłam byłam zawiedziona, ale nie dlatego, że książka była zła, tylko że się skończyła, ale równocześnie byłam zadowolona, gdyż była to również bardzo ciekawa i ekscytująca powieść, której przeczytania nie żałuję. 

                      Wszystko zaczęło się od chwili, kiedy doktor Mortimer przychodzi w odwiedziny do Holmes’a i Watsona, żeby opowiedzieć im pewną historię. Ma ze sobą stary rękopis z 1742 roku, który dostał po śmierci swojego przyjaciela sir Charles’a Baskerville’a. W dokumencie została opisana historia sir Hugona, który żył w XVII wieku i podczas nocnej wyprawy został znaleziony martwy, a nad jego zakrwawionym ciałem stał ogromny pies o piekielnym wyglądzie, z którego pyska również kapała krew. Doktor Mortimer, który był w dobrych stosunkach z sir Charles’em, mówił, że ten wierzył w legendę o przeklętym psie. Niestety na jego ciele nie było  żadnych obrażeń, jednak na ziemi obok znajdowały się odciski łap ogromnego psa. Doktor nie opowiadał nikomu o swoich podejrzeniach, dlatego też zwrócił się o pomoc do Sherlocka Holmes’a, który był chyba najlepszym detektywem w całym Londynie. Następnego dnia doktor Mortimer wybiera się wraz z sir Henrym do Holmes’a i Watsona. Postanawiają, że Watson pojedzie z doktorem i spadkobiercą sir Charles’a do Baskerville Hall i tam Watson będzie badał sprawę, zdając sprawozdania Sherlockowi, który zostanie w Londynie. Watson podczas swojego pobytu w Baskerville Hall poznaje okolicznych sąsiadów, między innymi Jacka Stapletona i jego siostrę. Cała sprawa wydaje się Watsonowi dziwna i tajemnicza. Opowiada Holmes’owi każdą historię, która miała miejsce i której był świadkiem. W późniejszym czasie sprawa okazuje się być jeszcze bardziej tajemnicza i niebezpieczna, a rozwiązanie jej może kosztować kogoś nawet i życie. W międzyczasie rozwija się również wątek Barrymore’ów i zbiegłego mordercy z niedalekiego więzienia.

                      Pierwszy raz czytałam coś pana Doyle’a, ale wiem już teraz, że na pewno nie raz ostatni. Bardzo podobają mi się postacie wykreowane przez autora, a Sherlock Holmes i Watson w szczególności. Mimo że to klasyka, nie chciałam wcześniej czytać nic z tymi bohaterami w roli głównej, a teraz nie mogę się doczekać aż zabiorę się za inne opowieści o niesamowitym detektywie z Londynu. 

                      Przyznam się szczerze, że gdy czytałam rozdział, w którym został opisany piekielny pies, naprawdę się bałam. Lubię takie książki, mimo że później nie wiem co ze sobą zrobić, w szczególności, że czytam w nocy. „Pies Baskerville’ów” wywarł na mnie ogromne wrażenie, mimo iż wydawał się niepozorną, cienką książką z nieco pokręconą treścią. Jest to godna polecenia powieść, lecz której polecać nie trzeba, bo to klasyka, a klasykę każdy sam powinien chcieć przeczytać i uważać za dobrą, to się rozumie samo przez się.  Dobra szóstka należy się autorowi za ciekawy pomysł i stworzenie ponadczasowych postaci. Mam nadzieję, że niedługo znów uda mi się zawitać do biblioteki i pożyczyć coś Arthura Conana Doyle’a.
 
★★★★★★★★★★

ODAUTORSKO
            I znów muszę Was przeprosić za brak nowych recenzji. Ostatnio wszystko idzie mi marnie, nie mogę się skupić ani na czytaniu, ani na pisaniu. Nie wiem z czego to wynika. Statystyki w marcu mamy beznadziejne, ilość recenzji dodanych również, a miesiąc już się kończy. Mam nadzieję, że kwiecień będzie i dla mnie, i dla siostry znacznie lepszy. Nie wiem kiedy dodam kolejny post, ale postaram się jak najszybciej. Trzymajcie kciuki, pozdrawiam!
 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka